czyli Wyspa
Książęca

moi korespondenci narzekają na niską jakość zdjęć umieszczonych na moich
stronach internetowych. Przepraszam!: pliki powinny być małe, by nie zajmowały zbyt
wiele miejsca na serwerze i względnie szybko wczytywały się przez modemowe
łącza. Zbyt dobre zdjęcia kuszą też internetowych złodziejaszków, którzy bez
przyzwolenia publikują je tu i tam… Gdyby nie te
ograniczenia na moich stronach mogło by być więcej zdjęć takich jak
poniżej… To jedna z wielu plaż Wyspy Książęcej fotografowana przez
iluminator samolotu. Bezludny, tropikalny raj…


linią zaznaczyłem na mapie drogi asfaltowe, cienką – drogi szutrowe. Jak widać
południowa część Wyspy Książęcej jest pokryta dżunglą, pozbawiona dróg i
niedostępna. To teren dla tych, którzy chcieliby spróbować wędrówki przez wilgotny,
tropikalny gąszcz z maczetą w ręku. Taka ekspedycja wymaga jednak
posiadania odpowiedniej odzieży, sprzętu i przewodnika. Teren jest trudny. Gdy ktoś z
miejscowych chce dotrzeć do dzikich, odciętych od świata plaż na południu wyspy
płynie tam raczej łodzią…
Z
przewodnikiem można się także wybrać w podobnej scenerii ale już ścieżkami na
najwyższy szczyt wyspy – Pico de Principe mający 948 metrów – ale to wyprawa na cały
duszny, tropikalny dzień…
Wędrówki z maczetą przez dżunglę
próbowałem już na innych kontynentach więc drugiego dnia pobytu postanowiłem
wyruszyć na północ wyspy.
na wieży starego kościoła przez całą noc pracowicie wybijał godziny. Rano
okazało się, że wyłączyli prąd i poranny, przygotowywany z udziałem mojej starej
grzałki kubek herbaty pozostanie na razie w sferze marzeń. Jak dojechać do plantacji
Belo Monte? Ktoś radził wynająć samochód za 50 dolarów na dzień ale uznaję,
że nie jest to najlepszy pomysł. Bo na wyspie jest tylko 12 kilometrów dróg –
nie bardzo jest gdzie jeździć!

podwozi mnie za jedne 5 dolarów przypadkowo zatrzymany terenowy wóz. Droga wiedzie
wśród wysokich bananowców, rzędów kakaowych drzew i krzewów obsypanych zielonymi
jeszcze ziarnami kawy. Najpierw docieramy asfaltem w okolice lotniska. Potem skręcamy
wąziutką drogą przecinającą półwysep na którym rozłożyła się plantacja.
Stylowa brama wprowadza jak sto lat temu na dziedziniec “roszy” (mniej więcej
tak wymawia się portugalskie słowo roça
-plantacja). Warto przyjechać do Belo Monte już chociażby dla tej
oryginalnej bramy. Dalej wokół prostokątnego dziedzińca stoją straszące
pustką suszarnie kakao i budynki gospodarcze. Ale dom mieszkalny pełni wciąż
swoje funkcje i widać, że ktoś dba, aby całość nie popadła w całkowitą ruinę.

mi, ze dawny właściciel, Portugalczyk wrócił tu po latach za przyzwoleniem władz i
kierowany sentymentem wykłada pieniądze na odnowienie dawnej siedziby…
Czterysta metrów dalej, zjeżdżając nieco w dół
ku morzu jest zawieszony na urwisku taras widokowy z którego można podziwiać
bezkresny ocean, ale przede wszystkim leżącą w dole malowniczą i zupełnie pustą
plażę – jedną z wielu, które ukryte są w zatokach Wyspy Książęcej. Tą
nazwano Praia Banana – być może dlatego, że kształtem przypomina wygięty
banan. Jest to na pewno jeden z piękniejszych pejzaży
Principe.

przypatrzyć się urokom tego rajskiego zakątka: dostrzec głazy spiętrzone na krańcu
plaży, idealnie czysty piasek, kryształową wodę i rafę na której można
nurkować ze snorkelem. Można oczywiście zejść na plażę, ale z bólem serca
musiałem z tego zrezygnować – samochód którym przyjechałem nie chciał dłużej
czekać. Rezygnacja z transportu mogła oznaczać konieczność długiego
marszu… Właściciel Pensao Palhota oferuje dowóz turystów z
Santo Antonio do plaż: Banana – 20 USD, Evoro- 10, Terreiro Velho – 15,
Bombom- 20 i do ciekawej plantacji Sundy, której nie widziałem – też 20. Do Porto
Real, gdzie dotarłem pieszo też przyszło by zapłacić 10 dolarów.

Książęcej jest jedna jedyna oaza luksusu: przeznaczony dla bardzo zamożnych
turystów ośrodek na wysepce o zabawnej nazwie Bombom, która leży u północnego
wybrzeża Principe. Tak wygląda z daleka wysepka Bombom. Tak naprawdę to luksusowe
bungalowy mieszkalne usytuowane są na stałym lądzie – na półwyspie, który
krótką groblą połączony jest z wysepką. Na samej wysepce pokrytej gęstą
roślinnością, na końcu grobli jest bar urządzony w stylu wnętrza starego żaglowca i
restauracja oraz przystań dla jachtów i motorówek.

półwyspu goście ośrodka maja do dyspozycji długie, puste plaże. Luksus na skraju
dżungli kosztuje 175 dolarów USA płaconych dziennie od osoby za zakwaterowanie w
klimatyzowanych bungalowach wzniesionych pod palmami tuż przy szerokiej plaży i
całodzienne wyżywienie o standardzie dobrego europejskiego hotelu. Za
wypożyczenie sprzętu do nurkowania, do połowów na otwartym morzu czy motorówki na
przejażdżkę trzeba zapłacić dodatkowo.

mieszkalna: 25 dwuosobowych, okrągłych domków w afrykańskim stylu stoi wokół basenu
na drugim krańcu grobli, na skraju dżungli. Ośrodek był prawie pusty. Zastałem tam
tylko dwie białe panie z dzieckiem – żony dyplomatów i dwóch Portugalczyków w
podróży służbowej. I to byli jedyni turyści (?), których widziałem na
Principe.

administrujące ośrodkiem twierdzą, że największy tu ruch w okresie naszego lata, gdy
jest sezon połowu wielkich marlinów. Ale i w pozostałych miesiącach ośrodek nie
stoi pusty. Przyjeżdżają nie tylko zamożni Amerykanie i Europejczycy ale także
politycy z afrykańskich krajów i rezydujący w Afryce dyplomaci. Tak daleko od świata i
w dodatku za szlabanem strzeżonym przez czarnych chłopców w mundurach security
mogą czuć się bezpieczni. .

mijałem takie oto “domki jednorodzinne” krajowców i zastanawiałem się, czy
ich dochody z całego roku wystarczyły by na spędzenie choć jednej nocy w
“resorcie” na Bombom.
się tu po afrykańsku – ciasno przytroczone do matczynych pleców.


czas na pożegnanie pomachali mi rękami. A ja przez Sao Tome i Libreville poleciałem do
Brazzaville nad wielką rzeką Kongo. Ale to już inna opowieść…
>>>>>>>>>>>>>>>>>>CIĄG DALSZY – przejście do relacji
z Konga
Powrót na