Wyspa Książęca cz.II – raport z podróży – Wojciech Dabrowski (Eqaf7pl.htm)

czyli  Wyspa 

Książęca

Niektórzy

moi korespondenci narzekają na niską jakość zdjęć umieszczonych  na moich

stronach internetowych. Przepraszam!: pliki powinny być małe, by nie zajmowały zbyt

wiele miejsca na serwerze i względnie szybko wczytywały się przez modemowe

łącza.  Zbyt dobre zdjęcia kuszą też internetowych złodziejaszków, którzy bez

przyzwolenia publikują je tu i tam…      Gdyby nie te

ograniczenia na moich stronach mogło by być więcej zdjęć takich jak

poniżej…   To jedna z wielu plaż Wyspy Książęcej fotografowana przez

iluminator samolotu. Bezludny, tropikalny raj… 

Pr77120.jpg

Princmap.jpg (80985 bytes)

Grubą czerwoną

linią zaznaczyłem na mapie drogi asfaltowe, cienką – drogi szutrowe. Jak widać

południowa część Wyspy Książęcej jest pokryta dżunglą, pozbawiona dróg i

niedostępna. To teren dla tych, którzy chcieliby spróbować wędrówki przez wilgotny,

tropikalny  gąszcz z maczetą w ręku.  Taka ekspedycja wymaga jednak

posiadania odpowiedniej odzieży, sprzętu i przewodnika. Teren jest trudny. Gdy ktoś z

miejscowych chce dotrzeć do dzikich, odciętych od świata plaż na południu wyspy

płynie tam raczej łodzią…

Z

przewodnikiem można się także wybrać w podobnej scenerii ale już ścieżkami na

najwyższy szczyt wyspy – Pico de Principe mający 948 metrów – ale to wyprawa na cały

duszny, tropikalny dzień… 

Wędrówki z maczetą przez dżunglę

próbowałem już na innych kontynentach więc drugiego dnia pobytu postanowiłem

wyruszyć na północ wyspy.        

Zegar

na wieży starego kościoła przez całą noc pracowicie wybijał godziny.  Rano

okazało się, że wyłączyli prąd i poranny, przygotowywany z udziałem mojej starej

grzałki kubek herbaty pozostanie na razie w sferze marzeń. Jak dojechać do plantacji

Belo Monte?  Ktoś radził wynająć samochód za 50 dolarów na dzień ale uznaję,

że nie jest to najlepszy pomysł.  Bo na wyspie jest tylko 12 kilometrów dróg –

nie bardzo jest gdzie jeździć!

Do Belo Monte

podwozi mnie za jedne 5 dolarów przypadkowo zatrzymany terenowy wóz.  Droga wiedzie

wśród wysokich bananowców, rzędów kakaowych drzew i krzewów obsypanych zielonymi

jeszcze ziarnami kawy. Najpierw docieramy asfaltem w okolice lotniska. Potem skręcamy

wąziutką drogą przecinającą półwysep na którym rozłożyła się plantacja. 

Stylowa brama wprowadza jak sto lat temu na dziedziniec “roszy” (mniej więcej

tak wymawia się portugalskie słowo roça

-plantacja).  Warto  przyjechać do Belo Monte już chociażby dla tej

oryginalnej bramy.  Dalej wokół prostokątnego dziedzińca stoją straszące

pustką suszarnie kakao i budynki gospodarcze.  Ale dom mieszkalny pełni wciąż

swoje funkcje i widać, że ktoś dba, aby całość nie popadła w całkowitą ruinę.

  

Ktoś opowiadał

mi, ze dawny właściciel, Portugalczyk wrócił tu po latach za przyzwoleniem władz i

kierowany sentymentem wykłada pieniądze na odnowienie dawnej siedziby…

Czterysta metrów dalej, zjeżdżając nieco w dół

ku morzu  jest zawieszony na urwisku taras widokowy z którego można podziwiać

bezkresny ocean, ale przede wszystkim leżącą w dole malowniczą i zupełnie pustą

plażę  – jedną z wielu, które ukryte są w zatokach Wyspy Książęcej. Tą

nazwano Praia Banana – być może dlatego, że kształtem przypomina wygięty

banan.   Jest to na pewno jeden z piękniejszych pejzaży

Principe.              

Zbliżenie pozwala

przypatrzyć się urokom tego rajskiego zakątka: dostrzec głazy spiętrzone na krańcu

plaży, idealnie czysty piasek, kryształową wodę i rafę na której można

nurkować ze snorkelem. Można oczywiście zejść na plażę, ale z bólem serca

musiałem z tego zrezygnować – samochód którym przyjechałem nie chciał dłużej

czekać. Rezygnacja z transportu mogła oznaczać konieczność długiego

marszu…     Właściciel Pensao Palhota oferuje dowóz turystów z

Santo Antonio do plaż: Banana – 20 USD, Evoro- 10, Terreiro Velho – 15, 

Bombom- 20 i do ciekawej plantacji Sundy, której nie widziałem – też 20. Do Porto

Real, gdzie dotarłem pieszo też przyszło by zapłacić 10 dolarów. 

    

Na ubogiej Wyspie

Książęcej  jest jedna jedyna oaza luksusu: przeznaczony dla bardzo zamożnych

turystów ośrodek na wysepce o zabawnej nazwie Bombom, która leży u północnego

wybrzeża Principe. Tak wygląda z daleka wysepka Bombom.  Tak naprawdę to luksusowe

bungalowy mieszkalne usytuowane są na stałym lądzie – na półwyspie, który

krótką groblą połączony jest z wysepką. Na samej wysepce pokrytej gęstą

roślinnością, na końcu grobli jest bar urządzony w stylu wnętrza starego żaglowca i

restauracja oraz przystań dla jachtów i motorówek. 

Po obu stronach

półwyspu goście ośrodka maja do dyspozycji długie, puste plaże. Luksus na skraju

dżungli kosztuje  175 dolarów USA płaconych dziennie od osoby za zakwaterowanie w

klimatyzowanych bungalowach wzniesionych pod palmami tuż przy szerokiej plaży i

całodzienne wyżywienie o standardzie dobrego europejskiego hotelu.  Za

wypożyczenie sprzętu do nurkowania, do połowów na otwartym morzu czy motorówki na

przejażdżkę trzeba zapłacić dodatkowo.

 

Część

mieszkalna: 25 dwuosobowych, okrągłych domków w afrykańskim stylu stoi wokół basenu

na drugim krańcu grobli, na skraju dżungli. Ośrodek był prawie pusty. Zastałem tam

tylko dwie białe panie z dzieckiem – żony dyplomatów i dwóch Portugalczyków w

podróży służbowej. I to byli jedyni turyści (?), których widziałem na

Principe. 

 

Dwie Francuzki

administrujące ośrodkiem twierdzą, że największy tu ruch w okresie naszego lata, gdy

jest sezon połowu wielkich marlinów.  Ale i w pozostałych miesiącach ośrodek nie

stoi pusty. Przyjeżdżają nie tylko zamożni Amerykanie i Europejczycy ale także

politycy z afrykańskich krajów i rezydujący w Afryce dyplomaci. Tak daleko od świata i

w dodatku za szlabanem strzeżonym przez czarnych chłopców w mundurach security

mogą czuć się bezpieczni.     .

W powrotnej drodze

mijałem takie oto “domki jednorodzinne” krajowców i zastanawiałem się, czy

ich dochody z całego roku wystarczyły by na spędzenie choć jednej nocy w

“resorcie” na Bombom.

Małe dzieci nosi

się tu po afrykańsku – ciasno przytroczone do matczynych pleców.

Gdy przyszedł

czas na pożegnanie pomachali mi rękami. A ja przez Sao Tome i Libreville poleciałem do

Brazzaville nad wielką rzeką Kongo. Ale to już inna opowieść…

        

>>>>>>>>>>>>>>>>>>CIĄG  DALSZY – przejście do relacji

z Konga