Wyspa Książęca – raport z podróży – Wojciech Dabrowski (Eqaf6pl.htm)

czyli  Wyspa 

Książęca

Po przylocie z Gabonu do Stolicy państewka – Sao Tome zacząłem studiować

możliwości dotarcia na Principe. Dwie

wyspy tworzące Demokratyczną Republikę Wysp Świętego Tomasza i Książęcej rozdziela

150 kilometrów oceanu.  Principe zaopatrywana jest przez małe stateczki

wyruszające w morze nieregularnie (średnio co drugi dzień) o bliżej

nieokreślonej porze. Ci którzy nie mają zbyt napiętego programu podróży i

gotowi są na 10-godzinne huśtanie na falach mogą się zabrać taką krypą

płacąc około 10 USD w każdą stronę. Ja niestety miałem jeszcze w Afryce

sporo do zobaczenia i raczej skazany byłem na przelot małym samolotem.

Kosztuje to niestety aż 130 USD (bilet powrotny). Rezerwację i wykup biletu

można załatwić tylko na miejscu – w Sao Tome.   

Mało

jest wysp o podobnie dostojnych nazwach. Gdy czytamy o Wyspie Książęcej

wyobraźnia podsuwa wizje zamków, pałaców i parków – bo przecież w takim

otoczeniu zwykle mieszkają książęta… A jak będzie tam naprawdę? 

Princ2757.jpg (14792 bytes)
                 Nad Wyspą

Świętego Tomasza wschodziło takie oto wspaniałe słońce gdy z plecakiem na

grzbiecie znalazłem się na opustoszałych ulicach stolicy.  Przy

bazarowej hali niemrawo krzątało się kilku sprzątaczy.  Po drugiej stronie

ulicy, w miejscu, gdzie w ciągu dnia stoi zazwyczaj kilkadziesiąt żółtych

taksówek stały zaledwie dwa czy trzy pojazdy… Aeroporto? 

Pokazuję odliczone 1500 dobra. Kierowca nie jest zachwycony, ale dochodzi

widać do wniosku, że lepiej zarobić 1,50 dolara niż stać na postoju.

Jedziemy… Zostawia mnie na opustoszałym terminalu. Jestem zaskoczony. Z

godzinę odlot, a tu żywej duszy nie widać… Czyżby odwołali lot? Po

kwadransie czekania przypadkowy kierowca uświadamia mnie: odprawa na

Principe odbywa się 200 m dalej, na “krajowym” terminalu.  Niewiele

brakowało…

Princ2761.jpg (28514 bytes)

Takie lekkie twin-ottery,

zadowalające się stosunkowo krótkim pasem startowym latają po peryferiach

wszystkich kontynentów:

wsiadałem do nich na Melanezji, w Nepalu i na Karaibach. Ten egzemplarz na zdjęciu to

jedyna maszyna Air Sao Tome & Principe.  To on lata kilka razy w tygodniu na

Wyspę Książęcą.  Ale nie codziennie – bo czasem na rozkładowy lot

zgłasza się za mało pasażerów, a  w inne dni musi polecieć w jedynej relacji

międzynarodowej tej linii: Sao Tome – Libreville (Gabon).  Ja chciałem lecieć

w piątek.  Lot jednak odwołano z powodu braku chętnych no i z tego powodu 

wystartowałem szczęśliwie – ale dopiero w sobotę.

Princ2759.jpg (39386 bytes)

DHC (taki jest

kod tego statku powietrznego) zabiera w zależności od modelu od 14 do 18

pasażerów. Było nas na pokładzie ośmioro gdy wystartowaliśmy do

40-minutowego lotu. 

Gdy na horyzoncie skończyła

się w końcu pustka granatowego, pomarszczonego oceanu zobaczyliśmy najpierw

skaliste wybrzeża, ostre szczyty zielonych gór i wystające między nimi

skalne baszty. Potem ukryte w zatokach półksiężyce żółtego piasku.  Wreszcie lotnisko, czy

raczej lądowisko na trawiastym pasie wyciętej dżungli.  Przy wiacie

zastępującej terminal nie czekają żadne taksówki – nie ma ich na wyspie.   Ale ktoś życzliwy na pewno podrzuci was do odległej o 2 km stolicy wyspy – Santo Antonio. 

Princmap.jpg (80985 bytes)

Europejczycy zobaczyli ją dopiero w XV wieku. Portugalski żeglarz dojrzawszy

na horyzoncie zieloną wyspę z której strzelały w niebo skalne iglice i

baszty nazwał ją na cześć swojego księcia Ilha de Principe – Wyspą Książęcą.       Przed wyruszeniem w

podróż daremnie szukałem w internecie przyzwoitej mapy Wyspy Książęcej.  Nic dziwnego,

kraj jest zapomniany, a wyspa maleńka.   Mapę mogłem kupić dopiero w stolicy  Sao Tome.  W

Agencji Mistral Voyages sprzedawali mapę obu wysp wydrukowaną w Europie Zachodniej po

5 dolarów lub 5000 dobra. Przygotowując niniejszą stronę postanowiłem na

podstawie tamtej mapy przygotować dla Was jej uproszczoną wersję, dającą jednak

wystarczającą orientację. Prawdopodobnie jest to zatem pierwsza przyzwoita mapka Principe osiągalna w światowej sieci…


Wyspa Książęca ma tylko 140 kilometrów

kwadratowych powierzchni. 

Princ2809.jpg (45540 bytes)

Na całej Principe mieszka

zaledwie 6000 ludzi.  Zapomniałem zapytać ile w samym Santo Antonio.

Tysiąc, może dwa – jakie to zresztą ma znaczenie?   W sennym

miasteczku, które można obejść w 15 minut są dwa kościółki, bank i trzy

pensjonaty. Uliczki nie mają jeszcze przyzwoitej nawierzchni, ale trwają

prace przygotowawcze do układania pierwszych odcinków asfaltu.  Ze środków pomocowych  odnawia się kilka

starych, kolonialnych budynków malowanych w pastelowe kolory.

Princ2799.jpg (46833 bytes)

Moja

uliczka…  Bar. Sklepik (tu już nieco drożej: dwulitrowa butla napoju

kosztuje 12000 dobra, wody mineralnej – 8000, a duże bułki są po 1000) a po

prawej stronie (za palmą) mój przytulny, choć mocno odrapany pensjonat “Arca Noe”…

czy podobna oprzeć się takiej nazwie? Najelegantszym i najdroższym

pensjonatem w Santo Antonio jest centralnie usytuowane w betonowym domu “Pensao

Palhota”.  Pokoje z klimatyzacją, telefonem, lodówką i wliczonym śniadaniem

kosztują tu po 50 dolarów…


Ale ja jeszcze zanim zarysy Wyspy

Książęcej zamajaczyły na horyzoncie wiedziałem już,  że muszę

zamieszkać w “Arce Noego”…   

Gdy

dotarłem na miejsce drzwi

„Pensao Arca Noe” były na głucho zamknięte.  Dopiero po kilkukrotnym pukaniu

uchyliła je czarna dziewczyna – Dina. Znała tylko portugalski. “Arka Noego”

nie zawiodła mnie: w korytarzach

skrzypiały podłogi, a stare szafy pamiętające portugalskie czasy domykały

się z niejaką trudnością.  Ale za to na stelażu nad szerokim, podwójnym łóżkiem

miałem rozpiętą czystą moskitierę. Na Wyspie Książęcej mogłem spać naprawdę

jak książę…  Byłem jedynym gościem!

To właśnie ona – Dina .


W “Arce Noego” za pokój z indywidualną

łazienką (jest taki jeden) płaci się 25 USD, za pozostałe – ze wspólną

łazienką w korytarzu po 20 USD. Wliczona w to jest czyściutka pościel i

setki drobnych mrówek które ludziom nie dokuczają, ale bez trudu znajdą

drogę do waszych zapasów żywności – radzę powiesić je w worku na jakimś

sznurku… Na życzenie i za dodatkowa opłatą Dina przygotuje na palenisku w

ogródku posiłek (była

bardzo miła, ale wolałem nie ryzykować)

Princ2801.jpg (37665 bytes)

Princ2812.jpg (55021 bytes)

 W

Santo Antonio stoi wciąż jest  kilka zniszczonych 

budowli świadczących o dawnej świetności miasteczka .   W czasach

gdy kolonia rozkwitała tu prawdopodobnie mieścił się bank do którego

wpływały pieniądze za sprzedane do Europy kakao.  Dziś to już tylko

ruina porośnięta przez tropikalną roślinność.

Princ2767.jpg (47793 bytes)

Niewielka hala bazarowa na peryferiach miasteczka. Tu sprzedają

warzywa, owoce i artykuły codziennego użytku. Bazar rybny jest w innym

miejscu – blisko przystani     

A to

drugi kościółek. Na ładnym placyku przy którym go usytuowano rosną wspaniałe “drzewa podróżników” i

stoją stare portugalskie armaty. Gdy zbliżyłem się do wejścia  –

zaskoczenie!. Nad otwartymi szeroko drzwiami napis: INTERNET. Okazuje się,

że różowy kościółek zamieniono współcześnie na dom kultury. W dużej sali

miejscowi oglądają satelitarną telewizję. A w głębi, w dawnym pomieszczeniu

zakrystii ustawionych na stolikach klika komputerów. Internet dotarł nawet

na Wyspę Książęcą!  A może właśnie tu, gdzie nie ma gazet, bibliotek

czy kin powinien dotrzeć w pierwszej kolejności?  Nie omieszkałem

oczywiście skorzystać z dostępu do sieci – niestety wolnego (28800 kb/s) i

płatnego (10 000 dobra za 15 minut).

Na liście budowli które warto zobaczyć

w Santo Antonio jest jeszcze pałacyk prezydencki czy może raczej po prostu

willa w której zatrzymuje się głowa państwa podczas swoich pobytów na

Principe. Stoi w pobliżu przystani. A że prezydenta podczas mojego pobytu

tam nie było to nikt jej nie pilnował.    

Princ2805.jpg (48824 bytes)

Princ2797.jpg (52037 bytes)

Wszystko się nosi

na głowie i to od najmłodszych lat.   

 

Po południu

wyruszyłem asfaltową drogą (prezent od Chińczyków z Tajwanu) na zachód. Droga wiedzie wśród wysokich

bananowców, rzędów kakaowych drzew i krzewów obsypanych zielonymi jeszcze

ziarnami kawy. Nie, nie ma tu żadnego regularnego transportu najlepiej zatem

liczyć na własne nogi lub na przypadkowo spotkany traktor, który podwiezie

ze dwa kilometry.  Zmierzając pieszo do

słynącego z górskich widoków Sao Joaquin odwiedziłem  opuszczoną

plantację Porto Real.  Żal patrzeć na wyschniętą fontannę na środku

dziedzińca, budynki szkoły i stołówki – świadków dawnej świetności wyspy.

Princ2784.jpg (47905 bytes)

Po

ogłoszeniu niepodległości wszystkie plantacje znacjonalizowano, a ich dawni

portugalscy właściciele i napływowi robotnicy wyjechali.  Przy braku

odpowiedniego zarządzania kwitnące niegdyś faktorie zaczęły popadać w ruinę.  Dziś wiele z nich ma jedynie status zaniedbanych i zarośniętych,

malowniczych zabytków z ubiegłej epoki. A wiele upraw założonych kilka

wieków temu przez czarnych niewolników po prostu zdziczało. Na zdjęciu obok

– opuszczona roςa Porto Real – bodaj największa na całej wyspie.   

Przy

Porto Real asfalt się skończył. Dalej była już tylko szutrowa droga

przez dżunglę, miejscami kamienista i trudna do sforsowania nawet dla

terenowego pojazdu. Od rana panowała

duchota. Pot obficie kapał z czoła. Szedłem w dużej mierze na wyczucie, bo

nie ma tu oczywiście żadnych strzałek ani znaków drogowych.

Princ2785.jpg (64254 bytes)

Princ2788.jpg (64283 bytes)

-Bom

dia!  Może kupisz na pamiątkę drewniany owoc kakaowca?  Ludzie żyją tu z

rolnictwa.  Tylko nieliczni (jak ci na zdjęciu obok) produkują pamiątki

dla rzadko pojawiających się turystów – płaskorzeźby i drewniane owoce.

Pracowali w podcieniu przy chacie stojącej na rozdrożu…

Princ2789.jpg (52898 bytes)

Gdy ponad tą wyspą leci się samolotem w kilku miejscach na

oczyszczonych z drzew polanach widać grupy małych, drewnianych domków. 

 To folwarczne zabudowania dawnych plantacji.

Na zdjęciu obok plantacja

palm oleistych. W czasach kolonialnych zapewne była lepiej utrzymana. 

Princ2787.jpg (55024 bytes)

Biedacy z książęcej wyspy są pogodni, zazwyczaj uśmiechnięci i łatwo

nawiązują kontakt.  Są sympatyczni, chętnie wskażą

drogę…

Princ2790.jpg (40017 bytes)

Widok otwierający się z urwiska w Sao

Joaquin nagradza trud wielogodzinnego marszu. Horyzont przesłaniają skalne

baszty i piramidy. Pod nimi natura rozłożyła gęsty, zielony dywan dżungli i

błękit Zatoki Alughas. Te skalne iglice pochodzenia wulkanicznego są wielką atrakcją tutejszego krajobrazu.  Gdzieś

tam w dole powinien być efektowny wodospad. Ale bez przewodnika nie sposób

tam dotrzeć…  

Przysiółek Sao

Joaquin. W zniszczonym piętrowym domu właściciela plantacji na parterze

mieści się teraz chlew….  A potomkowie folwarcznych robotników mieszkają w kilku

parterowych baraczkach usytuowanych nieopodal.  Nie było tu sklepu w którym

mógłbym kupić coś bezpiecznego do picia. Jedyna budka pełniąca funkcję

kiosku owszem oferowała wodę – ale tylko “ognistą”.  

Chleba ani bułek też nie ma…  Ktoś z miejscowych wynosi spomiędzy

chałup wielką kiść drobnych bananów. Płacę 2000 dobra (80 groszy) i siedząc

przed chatą objadam się jak bąk nie bacząc na możliwe komplikacje żołądkowe.

Wokół roje much,

półnagie, niedomyte dzieci.  Tak, prawdą jest to, co

napisano w podręcznikach geografii: to jeden z najbiedniejszych krajów

regionu.

Princ2794.jpg (46043 bytes)

W

powrotnej drodze złapał mnie tropikalny deszcz. Ulewa trwała na szczęście

tylko pół godziny. Przeczekałem je w chacie na rozdrożu i pomaszerowałem

dalej mając przed oczami kuszący obraz łoża z moskitierą. Następnego poranka

wyruszyłem na północ wyspy. Ale o tym już na kolejnej stronie.        

>>>>>>>>>>>>>>>>>>CIĄG  DALSZY

przejście do drugiej

części   relacji z Wyspy Książęcej