czyli Wyspa
Książęca


Po przylocie z Gabonu do Stolicy państewka – Sao Tome zacząłem studiować
możliwości dotarcia na Principe. Dwie
wyspy tworzące Demokratyczną Republikę Wysp Świętego Tomasza i Książęcej rozdziela
150 kilometrów oceanu. Principe zaopatrywana jest przez małe stateczki
wyruszające w morze nieregularnie (średnio co drugi dzień) o bliżej
nieokreślonej porze. Ci którzy nie mają zbyt napiętego programu podróży i
gotowi są na 10-godzinne huśtanie na falach mogą się zabrać taką krypą
płacąc około 10 USD w każdą stronę. Ja niestety miałem jeszcze w Afryce
sporo do zobaczenia i raczej skazany byłem na przelot małym samolotem.
Kosztuje to niestety aż 130 USD (bilet powrotny). Rezerwację i wykup biletu
można załatwić tylko na miejscu – w Sao Tome.
Mało
jest wysp o podobnie dostojnych nazwach. Gdy czytamy o Wyspie Książęcej
wyobraźnia podsuwa wizje zamków, pałaców i parków – bo przecież w takim
otoczeniu zwykle mieszkają książęta… A jak będzie tam naprawdę?

Świętego Tomasza wschodziło takie oto wspaniałe słońce gdy z plecakiem na
grzbiecie znalazłem się na opustoszałych ulicach stolicy. Przy
bazarowej hali niemrawo krzątało się kilku sprzątaczy. Po drugiej stronie
ulicy, w miejscu, gdzie w ciągu dnia stoi zazwyczaj kilkadziesiąt żółtych
taksówek stały zaledwie dwa czy trzy pojazdy… Aeroporto?
Pokazuję odliczone 1500 dobra. Kierowca nie jest zachwycony, ale dochodzi
widać do wniosku, że lepiej zarobić 1,50 dolara niż stać na postoju.
Jedziemy… Zostawia mnie na opustoszałym terminalu. Jestem zaskoczony. Z
godzinę odlot, a tu żywej duszy nie widać… Czyżby odwołali lot? Po
kwadransie czekania przypadkowy kierowca uświadamia mnie: odprawa na
Principe odbywa się 200 m dalej, na “krajowym” terminalu. Niewiele
brakowało…

zadowalające się stosunkowo krótkim pasem startowym latają po peryferiach
wszystkich kontynentów:
wsiadałem do nich na Melanezji, w Nepalu i na Karaibach. Ten egzemplarz na zdjęciu to
jedyna maszyna Air Sao Tome & Principe. To on lata kilka razy w tygodniu na
Wyspę Książęcą. Ale nie codziennie – bo czasem na rozkładowy lot
zgłasza się za mało pasażerów, a w inne dni musi polecieć w jedynej relacji
międzynarodowej tej linii: Sao Tome – Libreville (Gabon). Ja chciałem lecieć
w piątek. Lot jednak odwołano z powodu braku chętnych no i z tego powodu
wystartowałem szczęśliwie – ale dopiero w sobotę.

kod tego statku powietrznego) zabiera w zależności od modelu od 14 do 18
pasażerów. Było nas na pokładzie ośmioro gdy wystartowaliśmy do
40-minutowego lotu.
Gdy na horyzoncie skończyła
się w końcu pustka granatowego, pomarszczonego oceanu zobaczyliśmy najpierw
skaliste wybrzeża, ostre szczyty zielonych gór i wystające między nimi
skalne baszty. Potem ukryte w zatokach półksiężyce żółtego piasku. Wreszcie lotnisko, czy
raczej lądowisko na trawiastym pasie wyciętej dżungli. Przy wiacie
zastępującej terminal nie czekają żadne taksówki – nie ma ich na wyspie. Ale ktoś życzliwy na pewno podrzuci was do odległej o 2 km stolicy wyspy – Santo Antonio.

Europejczycy zobaczyli ją dopiero w XV wieku. Portugalski żeglarz dojrzawszy
na horyzoncie zieloną wyspę z której strzelały w niebo skalne iglice i
baszty nazwał ją na cześć swojego księcia Ilha de Principe – Wyspą Książęcą. Przed
wyruszeniem wpodróż daremnie szukałem w internecie przyzwoitej mapy Wyspy Książęcej. Nic dziwnego,
kraj jest zapomniany, a wyspa maleńka. Mapę mogłem kupić dopiero w stolicy Sao Tome. W
Agencji Mistral Voyages sprzedawali mapę obu wysp wydrukowaną w Europie Zachodniej po
5 dolarów lub 5000 dobra. Przygotowując niniejszą stronę postanowiłem na
podstawie tamtej mapy przygotować dla Was jej uproszczoną wersję, dającą jednak
wystarczającą orientację. Prawdopodobnie jest to zatem pierwsza przyzwoita mapka Principe osiągalna w światowej sieci…
Wyspa Książęca ma tylko 140 kilometrów
kwadratowych powierzchni.

Na całej Principe mieszka
zaledwie 6000 ludzi. Zapomniałem zapytać ile w samym Santo Antonio.
Tysiąc, może dwa – jakie to zresztą ma znaczenie? W sennym
miasteczku, które można obejść w 15 minut są dwa kościółki, bank i trzy
pensjonaty. Uliczki nie mają jeszcze przyzwoitej nawierzchni, ale trwają
prace przygotowawcze do układania pierwszych odcinków asfaltu. Ze środków pomocowych odnawia się kilka
starych, kolonialnych budynków malowanych w pastelowe kolory.

uliczka… Bar. Sklepik (tu już nieco drożej: dwulitrowa butla napoju
kosztuje 12000 dobra, wody mineralnej – 8000, a duże bułki są po 1000) a po
prawej stronie (za palmą) mój przytulny, choć mocno odrapany pensjonat “Arca Noe”…
czy podobna oprzeć się takiej nazwie? Najelegantszym i najdroższym
pensjonatem w Santo Antonio jest centralnie usytuowane w betonowym domu “Pensao
Palhota”. Pokoje z klimatyzacją, telefonem, lodówką i wliczonym śniadaniem
kosztują tu po 50 dolarów…
Ale ja jeszcze zanim zarysy Wyspy
Książęcej zamajaczyły na horyzoncie wiedziałem już, że muszę
zamieszkać w “Arce Noego”…
dotarłem na miejsce drzwi
„Pensao Arca Noe” były na głucho zamknięte. Dopiero po kilkukrotnym pukaniu
uchyliła je czarna dziewczyna – Dina. Znała tylko portugalski. “Arka Noego”
nie zawiodła mnie: w korytarzach
skrzypiały podłogi, a stare szafy pamiętające portugalskie czasy domykały
się z niejaką trudnością. Ale za to na stelażu nad szerokim, podwójnym łóżkiem
miałem rozpiętą czystą moskitierę. Na Wyspie Książęcej mogłem spać naprawdę
jak książę… Byłem jedynym gościem!
To właśnie ona – Dina .
W “Arce Noego” za pokój z indywidualną
łazienką (jest taki jeden) płaci się 25 USD, za pozostałe – ze wspólną
łazienką w korytarzu po 20 USD. Wliczona w to jest czyściutka pościel i
setki drobnych mrówek które ludziom nie dokuczają, ale bez trudu znajdą
drogę do waszych zapasów żywności – radzę powiesić je w worku na jakimś
sznurku… Na życzenie i za dodatkowa opłatą Dina przygotuje na palenisku w
ogródku posiłek (była
bardzo miła, ale wolałem nie ryzykować)


Santo Antonio stoi wciąż jest kilka zniszczonych
budowli świadczących o dawnej świetności miasteczka . W czasach
gdy kolonia rozkwitała tu prawdopodobnie mieścił się bank do którego
wpływały pieniądze za sprzedane do Europy kakao. Dziś to już tylko
ruina porośnięta przez tropikalną roślinność.

Niewielka hala bazarowa na peryferiach miasteczka. Tu sprzedają
warzywa, owoce i artykuły codziennego użytku. Bazar rybny jest w innym
miejscu – blisko przystani
drugi kościółek. Na ładnym placyku przy którym go usytuowano rosną wspaniałe “drzewa podróżników” i
stoją stare portugalskie armaty. Gdy zbliżyłem się do wejścia –
zaskoczenie!. Nad otwartymi szeroko drzwiami napis: INTERNET. Okazuje się,
że różowy kościółek zamieniono współcześnie na dom kultury. W dużej sali
miejscowi oglądają satelitarną telewizję. A w głębi, w dawnym pomieszczeniu
zakrystii ustawionych na stolikach klika komputerów. Internet dotarł nawet
na Wyspę Książęcą! A może właśnie tu, gdzie nie ma gazet, bibliotek
czy kin powinien dotrzeć w pierwszej kolejności? Nie omieszkałem
oczywiście skorzystać z dostępu do sieci – niestety wolnego (28800 kb/s) i
płatnego (10 000 dobra za 15 minut).
Na liście budowli które warto zobaczyć
w Santo Antonio jest jeszcze pałacyk prezydencki czy może raczej po prostu
willa w której zatrzymuje się głowa państwa podczas swoich pobytów na
Principe. Stoi w pobliżu przystani. A że prezydenta podczas mojego pobytu
tam nie było to nikt jej nie pilnował.


na głowie i to od najmłodszych lat.
wyruszyłem asfaltową drogą (prezent od Chińczyków z Tajwanu) na zachód. Droga wiedzie wśród wysokich
bananowców, rzędów kakaowych drzew i krzewów obsypanych zielonymi jeszcze
ziarnami kawy. Nie, nie ma tu żadnego regularnego transportu najlepiej zatem
liczyć na własne nogi lub na przypadkowo spotkany traktor, który podwiezie
ze dwa kilometry. Zmierzając pieszo do
słynącego z górskich widoków Sao Joaquin odwiedziłem opuszczoną
plantację Porto Real. Żal patrzeć na wyschniętą fontannę na środku
dziedzińca, budynki szkoły i stołówki – świadków dawnej świetności wyspy.


Po
ogłoszeniu niepodległości wszystkie plantacje znacjonalizowano, a ich dawni
portugalscy właściciele i napływowi robotnicy wyjechali. Przy braku
odpowiedniego zarządzania kwitnące niegdyś faktorie zaczęły popadać w ruinę. Dziś wiele z nich ma jedynie status zaniedbanych i zarośniętych,
malowniczych zabytków z ubiegłej epoki. A wiele upraw założonych kilka
wieków temu przez czarnych niewolników po prostu zdziczało. Na zdjęciu obok
– opuszczona roςa Porto Real – bodaj największa na całej wyspie.
Porto Real asfalt się skończył. Dalej była już tylko szutrowa droga
przez dżunglę, miejscami kamienista i trudna do sforsowania nawet dla
terenowego pojazdu. Od rana panowała
duchota. Pot obficie kapał z czoła. Szedłem w dużej mierze na wyczucie, bo
nie ma tu oczywiście żadnych strzałek ani znaków drogowych.


dia! Może kupisz na pamiątkę drewniany owoc kakaowca? Ludzie żyją tu z
rolnictwa. Tylko nieliczni (jak ci na zdjęciu obok) produkują pamiątki
dla rzadko pojawiających się turystów – płaskorzeźby i drewniane owoce.
Pracowali w podcieniu przy chacie stojącej na rozdrożu…

oczyszczonych z drzew polanach widać grupy małych, drewnianych domków.
To folwarczne zabudowania dawnych plantacji.
Na zdjęciu obok plantacja
palm oleistych. W czasach kolonialnych zapewne była lepiej utrzymana.

Biedacy z książęcej wyspy są pogodni, zazwyczaj uśmiechnięci i łatwo
nawiązują kontakt. Są sympatyczni, chętnie ws
każądrogę…

Widok otwierający się z urwiska w Sao
Joaquin nagradza trud wielogodzinnego marszu. Horyzont przesłaniają skalne
baszty i piramidy. Pod nimi natura rozłożyła gęsty, zielony dywan dżungli i
błękit Zatoki Alughas. Te skalne iglice pochodzenia wulkanicznego są wielką atrakcją tutejszego krajobrazu. Gdzieś
tam w dole powinien być efektowny wodospad. Ale bez przewodnika nie sposób
tam dotrzeć…
Przysiółek Sao
Joaquin. W zniszczonym piętrowym domu właściciela plantacji na parterze
mieści się teraz chlew…. A potomkowie folwarcznych robotników mieszkają w kilku
parterowych baraczkach usytuowanych nieopodal. Nie było tu sklepu w którym
mógłbym kupić coś bezpiecznego do picia. Jedyna budka pełniąca funkcję
kiosku owszem oferowała wodę – ale tylko “ognistą”.
Chleba ani bułek też nie ma… Ktoś z miejscowych wynosi spomiędzy
chałup wielką kiść drobnych bananów. Płacę 2000 dobra (80 groszy) i siedząc
przed chatą objadam się jak bąk nie bacząc na możliwe komplikacje żołądkowe.
Wokół roje much,
półnagie, niedomyte dzieci. Tak, prawdą jest to, co
napisano w podręcznikach geografii: to jeden z najbiedniejszych krajów
regionu.

powrotnej drodze złapał mnie tropikalny deszcz. Ulewa trwała na szczęście
tylko pół godziny. Przeczekałem je w chacie na rozdrożu i pomaszerowałem
dalej mając przed oczami kuszący obraz łoża z moskitierą. Następnego poranka
wyruszyłem na północ wyspy. Ale o tym już na kolejnej stronie.
>>>>>>>>>>>>>>>>>>CIĄG DALSZY
części relacji z Wyspy Książęcej
Powrót na