czyli Wyspa
Świętego Tomasza


Choć
turystyka przez zagranicznych ekspertów uważana jest za wielką szansę Sao Tome to
władze tego kraju same niewiele robią dla jej rozwoju. Pobierają opłaty wizowe (50 USD
– ale ostatnio mówi się o tym, ze zniesienie tej opłaty mogło by zachęcić
zagranicznych turystów) oraz opłatę lotniskową, która nigdy nie jest wliczona do
biletu i płatna jest o dziwo w dwóch walutach: 20 USD i 3700
dobra. Nieliczne
agencje turystyczne i dwa renomowane ośrodki plażowe prowadzone są tu przez
cudzoziemców. Przy “Ministerio de Comercio, Industria e Turismo”
jest wprawdzie “Dyrekcja” zajmująca się turystyką, ale nikt tam nie mówi po
angielsku. Z francuskim trochę lepiej – jeden z młodych pracowników – niejaki
Gualter Soares (tel. 221 542) zrozumiał o co mi chodzi i próbował mi nawet pomóc.
Tylko możliwości miał widać ograniczone… Zwiedzać zachodnie i
północne wybrzeże ruszyłem zatem na własną rękę, korzystając z publicznego
transportu…

taksówki i mikrobusy kursujące po wyspie nie są drogie: za przejazd do Santa Catarina
zapłaciłem 10000 dobra czyli niewiele ponad dolara. Są jednak w tym biednym kraju
ludzie, dla których nawet te 10 tysięcy (tyle kosztuje znaczek na list do Europy) jest
znaczącą kwotą. Oni podróżują jeszcze taniej – okazją lub furgonetkami takimi jak
na zdjęciu, które popularne są także na terenach dawnej francuskiej Afryki i nazywają
się tam baché…. .
ma zaledwie 25 tysięcy mieszkańców, zawsze jednak jest to jednak miasto, gdzie ludzie
są bardziej obyci, częściej stykają się z obcokrajowcami i nawet czasem próbują
wykorzystywać ich dla osiągnięcia jakichś korzyści. Ludzie, których
spotykałem na prowincji byli zawsze bardziej spontaniczni, ciekawi przybysza i chętni do
bezinteresownej pomocy… I nigdy nie próbowali żądać pieniędzy za
zrobienie zdjęcia. A tematów do zrobienia zdjęć było naprawdę wiele.
Zawsze z entuzjazmem wyciągałem kamerę na widok małych
dzieci: Niemowlęta nosi się tu “po afrykańsku” –
ciasno przytroczone do pleców matki. Lubię to zdjęcie. Nie wiem, czy
widzicie, że drugie dziecko przywarło do matczynych nóg i z tego bezpiecznego
schronienia ciekawie spogląda na kamerę…


zachodniej stronie wyspy wyróżnia czarny, wulkaniczny piasek – jak tu – na Praia Moca.
Wybrzeże nie jest tu tak górzyste jak po stronie wschodniej. Tylko w jednym
punkcie wzniesienia docierają aż na brzeg – wykuto tam dla szosy nawet krótki
tunel. Gdzieś tutaj jest miejsce na wybrzeżu zwane Anambo, gzie po raz pierwszy w
dzień św. Tomasza 21 grudnia 1470 roku wylądowali Europejczycy.

Catarina. Z nazwy wioski wnosiłem, że znajdę tu przynajmniej wart odnotowania
kolonialny kościół pod wezwaniem św. Katarzyny. Znalazłem jedynie małą,
współcześnie wzniesioną kaplicę i takie oto domy na palach. Niemal cała wioska ma
taką zabudowę… Taka konstrukcja chat ma kilka zalet: gwarantuje przepływ
powietrza pod podłogą łagodząc skutki upału, w przypadku obfitych opadów zabezpiecza
przed wodą no i wreszcie stwarza pod domem cieniste, przewiewne miejsce gdzie można
odpoczywać i wykonywać różne prace domowe, włączając w to gotowanie. Wokół
chat rosną bananowce – ryby i banany różnych to podstawa tutejszego
pożywienia…

oddalonych od świata wioskach młode mamy jadą na spacer z wózkiem. Tutaj do
przechowywania niemowlęcia służy wymoszczona szmatami miska.
głów zmieściło się na tym zdjęciu! Mój przyjazd do Santa Catarina był
sensacją – chętnych do pozowania do zdjęć było aż nadto. W pewnym momencie stało
się to dla mnie nawet kłopotliwe – bo gromadka dzieciaków zaczęła się popisywać
przed obiektywem, a ja musiałem odmawiać ich prośbom o kolejne zdjęcie…


leżą w nierównym szeregu wyciągnięte na ląd rybackie
łodzie-dłubanki. Niektóre z nich zaopatrzone są w prymitywny żagiel. Tu
i ówdzie wałęsają się szukające odpadków prosiaki…

rozumieniu tego słowa tutaj, na prowincji nie ma. Zastępują je małe drewniane budki z
jednym okienkiem z przodu. Nazywają to “baraka”. W takiej barace
sprzedaje się podstawowe artykuły spożywcze, napoje (w tym niestety alkohol).

Catarina i Esprainha mijałem liczne i malownicze palmiarnie – lasy z tysiącami
kokosowych palm. Zbiera się tu orzechy kokosowe by pozyskiwać z nich koprę – surowiec
do produkcji między innymi oleju na i oczywiście wiórek kokosowych. Suszarnie kopry
widziałem w nadmorskim przysiółku Diogo Vaz.

wielkości miastem wyspy i całej republiki jest Neves – położony właśnie na zachodnim
wybrzeżu. Jest tu niewielkie nabrzeże mogące przyjmować małe statki handlowe. W rzece
Rio Contador, który uchodzi tu do morza kobiety piorą (często z dziećmi na plecach).
Rzeka pełni też funkcję miejskiej łaźni, gdzie pucują się krajowcy obojga
płci.

apetycznie wyglądającymi bułeczkami bez przerwy latają muchy więc małoletni
sprzedawca aby nie zniechęcić potencjalnych klientów bez przerwy macha nad swoim
towarem czerwoną chustą. Jego sąsiadki sprzedają obok owoce i porcje smażonej ryby z
gotowanym ryżem… Z nieba lał się południowy skwar, a ja miałem już
“w nogach” kilka ładnych kilometrów. Był najwyższy czas na
południowy posiłek. Musiałem zabawnie wyglądać, gdy jako jedyny “białas”
usiadłem w cieniu wśród nich i zacząłem pałaszować świeże, słodkie bułki.
Usłużny chłopak zadowolony z obrotu w interesie przyniósł mi
“baraki” naprzeciwko butelkę coca-coli.

kierunku stolicy. To Lagoa Azul (Błękitna Zatoka) – zamknięta niewielkim półwyspem
mała zatoczka cieszy się sławą jednego z najbardziej malowniczych miejsc na
północnym wybrzeżu. Woda, szczególnie na płyciznach ma tu kolor nie tyle
błękitny co turkusowy, a może nawet szmaragdowy. Szkoda tylko, że plaża jest tu
kamienista. Na górzystym, porośniętym wysoką trawą cyplu stoi mała latarnia
morska czy raczej znak nawigacyjny – można tam dotrzeć ścieżką w kilka minut po to by
otworzył się przed Wami taki oto widok…

nasady cypla zamykającego zatoczkę od strony otwartego morza jest tu mała plaża z
małymi rybackimi dłubankami. Ci czarni rybacy wrócili właśnie z połowu z
wiaderkiem ryb – taką małą i chybotliwą łódeczką na wiosłach nie da się
wypłynąć daleko w morze – a na motor ich nie stać…
Nie wiem, czy rozpoznajecie, ale te drzewa, które
rosną z tyłu za rybakami to baobaby. Po raz pierwszy widziałem te mocarne drzewa
rosnące na samym brzegu morza…
Widzieliście
kiedykolwiek owoce baobabu? Wyglądają jak wydłużone bombki wiszące na długich
sznurkach, podwieszonych do gałęzi tego przysadzistego drzewa. Kiedyś w Mali
jadłem ich miękki, biały miąższ przypominający słodkawą watę. Krajowcy robią z
niej desery.
Natura jest tu bardzo
szczodra. Ale wilgotny klimat sprawia, że więcej tu także moskitów. Radzę nie
oszczędzać na środkach antymalarycznych. Na Sao Tome spotkałem młodego podróżnika z
Anglii. Andy nie brał środków profilaktycznych no i… przytrafiła mu się
malaria… Dwa tygodnie przeleżał w tanim guesthousie w Trinidade. Miejscowy felczer
przynosił i serwował mu kroplówki. Po dwóch tygodniach siły wróciły i mógł
ruszyć dalej. Wszystko dobrze się skończyło. Tylko szkoda tych dwóch
tygodni… Trudno sobie wyobrazić że nagle w trakcie precyzyjnie zaplanowanej i
przygotowywanej przez lata podróży pojawia się taka przymusowa przerwa, która wszystko
burzy… Dlatego mimo sygnalizowanych skutków ubocznych cierpliwie łykam w tropiku mój
“Lariam”…


w takiej prymitywnej, ręcznej prasie wyciska się sok, który nastepnie fermentuje przez
kilka dni w wielkiej kadzi, a następnie destyluje się go w prymitywnej aparaturze
otrzymując alkohol przypominający rum. Produkcję tego napoju
rozwiniętą na
dużą skalę widziałem na Wyspach Zielonego Przylądka. Prawdopodobnie technologię
przywieźli ze sobą najemni robotnicy z Cabo Verde którzy w portugalskich czasach
przyjeżdżali pracować na tutejszych plantacjach kakao.

miejscowości Guadalupe, gdzie przy szosie stoi mały, kolonialny kościółek skręciłem
w drogę prowadzącą w kierunku wybrzeża. Od rana słońce prażyło niemiłosiernie. Na
szczęście zaraz na początku stała dobrze utrzymana i wyjatkowo dobrze
zaopatrzona “baraka”, gdzie uzupełniłem zapas wody i pogawędziłem łamanym
francuskim z sympatycznym właścicielem. W tej wiosce właściciel takiego
“sklepu” to jest KTOŚ….

jedyna droga, która prowadzi od głównej szosy w Guadalupe do rybackiej wioski Morro
Peixe. Człapałem raźno w upale wśród wysokich traw, gdy niespodziewanie na drodze
pojawił się mikrobus. Niestety – jechał w przeciwnym kierunku i bardzo możliwe,
że był to jedyny kurs tego dnia. Po kilku dniach pobytu na wyspie wiedziałem już że
rozkłady jazdy komunikacji publicznej są tu pojęciem raczej abstrakcyjnym – pojazd
rusza w drogę, gdy znajdzie się dostateczna liczba pasażerów…

Morro Peixe –
zatoczkę z ładną plażą osłania górzysty cypel
Aby nie wracać
pieszo tą samą drogą szukałem możliwości przepłynięcia pirogą wzdłuż wybrzeża,
do Micolo skąd częściej kursują mikrobusy do stolicy. Taka przejażdżka łodzią
wydłubaną z jednego pnia wielkiego drzewa jest atrakcją sama w sobie. W innym kraju
zapewne dawno znalazł by się obrotny agent, który oferował by turystom takie
przejażdżki wzdłuż wybrzeża albo na pobliską wysepkę Cabras, gdzie można na
przykład zorganizować piknik z degustacją ryb pieczonych na ruszcie. To zupełnie coś
innego niż pływanie plastykową motorówką… Niestety, z inicjatywą na Sao Tome
jest słabo… “Oni wolą biedować i biernie czekać, aż w ramach międzynarodowej
pomocy ktoś zrobi to za nich…” – powiedział w rozmowie ze mną mieszkający tam
od lat Europejczyk. Ale są sympatyczni…
motorówką oczywiście można popłynąć – z Sao Tome i za duże pieniądze.
Agencja Club Maxel proponuje wynajmowanie ich 8-10 osobowej motorówki: półdniowa
wycieczka na wysepkę Cabras kosztuje 345 euro, ośmiogodzinna tura wokół wyspy – 640
euro, a wycieczka na Wyspę Żółwi – 505 euro. Można też wynajmować motorówkę jak
taksówkę płacąc 150 euro za pierwsze 2 godziny i 55 za każdą następną… To ma
sens, gdy jesteśmy w małej grupie i koszty można rozłożyć na kilka osób…
Ta mała dziewczynka rozkładała do
suszenia na nabrzeżnych głazach złowione przez tatusia ryby. Wysuszone można dłużej
przechowywać na własne potrzeby albo sprzedać na targu…


znalazła. Motor pożyczono od “donu” – jakiegoś bogatego rybaka. Długo
i zażarcie targowałem sie o cenę… W końcu mocno połataną jednostkę zepchnięto na
wodę i popłynęliśmy wzdłuż wąskich, żółtych plaż przy których rosną baobaby a
dalej – palmy kokosowe. Rejs zakończył się w Micolo ponad którym na wzgórzu
przycupnął stary kościółek San Francisco. Początkowo chciałem się tam wdrapać,
ale na placyk w centrum wioski zajechał właśnie mikrobus. Zbliżał się
wieczór i to mógł być ostatni mikrobus z Micolo tego dnia…
Odłożyłem zwiedzanie kościółka do następnego pobytu na Sao Tome…
kilku dniach takiego podróżowania po “stołecznej” wyspie poleciałem małym
samolocikiem na drugą, mniejszą wyspę tego państewka – Principe – Wyspę Książęcą.
Okazała się jeszcze słabiej zagospodarowana i… jeszcze piękniejsza…
Ale o niej już na następnych stronach:
do dalszego ciągu relacji – do Wyspy Książęcej
