Wyspa Świętego Tomasza- raport z podróży cz.III – Wojciech Dabrowski (Eqaf5pl.htm)

czyli  Wyspa

Świętego Tomasza

STomap.jpg (47584 bytes)

Choć

turystyka przez zagranicznych ekspertów uważana jest za wielką szansę Sao Tome to

władze tego kraju same niewiele robią dla jej rozwoju. Pobierają opłaty wizowe (50 USD

– ale ostatnio mówi się o tym, ze zniesienie tej opłaty mogło by zachęcić

zagranicznych turystów) oraz opłatę lotniskową, która nigdy nie jest wliczona do

biletu i płatna jest o dziwo w dwóch walutach: 20 USD i 3700

dobra.             Nieliczne

agencje turystyczne i dwa renomowane ośrodki plażowe prowadzone są tu przez

cudzoziemców.   Przy “Ministerio de Comercio, Industria e Turismo”

jest wprawdzie “Dyrekcja” zajmująca się turystyką, ale nikt tam nie mówi po

angielsku.  Z francuskim trochę lepiej – jeden z młodych pracowników – niejaki

Gualter Soares (tel. 221 542) zrozumiał o co mi chodzi i próbował mi nawet pomóc.

Tylko możliwości miał widać ograniczone…   Zwiedzać zachodnie i

północne wybrzeże ruszyłem zatem na własną rękę, korzystając z publicznego

transportu…

STom2575.jpg (60106 bytes)

        Żółte

taksówki i mikrobusy kursujące po wyspie nie są drogie: za przejazd do Santa Catarina

zapłaciłem  10000 dobra czyli niewiele ponad dolara. Są jednak w tym biednym kraju

ludzie, dla których nawet te 10 tysięcy (tyle kosztuje znaczek na list do Europy) jest

znaczącą kwotą. Oni podróżują jeszcze taniej – okazją lub furgonetkami takimi jak

na zdjęciu, które popularne są także na terenach dawnej francuskiej Afryki i nazywają

się tam baché…. .

Choć stolica kraju – Sao Tome

ma zaledwie 25 tysięcy mieszkańców, zawsze jednak jest to jednak miasto, gdzie ludzie

są bardziej obyci, częściej stykają się z obcokrajowcami i nawet czasem próbują

wykorzystywać ich dla osiągnięcia jakichś korzyści.  Ludzie, których

spotykałem na prowincji byli zawsze bardziej spontaniczni, ciekawi przybysza i chętni do

bezinteresownej pomocy…   I nigdy nie próbowali żądać pieniędzy za

zrobienie zdjęcia.  A tematów do zrobienia zdjęć było naprawdę wiele.  

Zawsze z entuzjazmem wyciągałem kamerę na widok małych

dzieci:     Niemowlęta nosi się tu “po afrykańsku” –

  ciasno przytroczone do pleców matki.  Lubię to zdjęcie. Nie wiem, czy

widzicie, że drugie dziecko przywarło do matczynych nóg i z tego bezpiecznego

schronienia ciekawie spogląda na kamerę…  

                   

STom2582.jpg (62827 bytes)

STom2596.jpg (36281 bytes)

Plaże po

zachodniej stronie wyspy wyróżnia czarny, wulkaniczny piasek – jak tu – na Praia Moca.

Wybrzeże nie jest tu tak górzyste jak po stronie wschodniej.  Tylko w jednym

punkcie wzniesienia docierają aż na brzeg – wykuto tam dla szosy nawet krótki

tunel. Gdzieś tutaj jest miejsce na wybrzeżu zwane Anambo, gzie po raz pierwszy w

dzień św. Tomasza 21 grudnia 1470 roku wylądowali Europejczycy.

     

STom2580.jpg (65194 bytes)

A to już Santa

Catarina. Z nazwy wioski wnosiłem, że znajdę tu przynajmniej wart odnotowania

kolonialny kościół pod wezwaniem św. Katarzyny.  Znalazłem jedynie małą,

współcześnie wzniesioną kaplicę i takie oto domy na palach. Niemal cała wioska ma

taką zabudowę…   Taka konstrukcja chat ma kilka zalet: gwarantuje przepływ

powietrza pod podłogą łagodząc skutki upału, w przypadku obfitych opadów zabezpiecza

przed wodą no i wreszcie stwarza pod domem cieniste, przewiewne miejsce gdzie można

odpoczywać i wykonywać różne prace domowe, włączając w to gotowanie. Wokół

chat rosną bananowce – ryby i banany różnych to podstawa tutejszego

pożywienia… 

STom2577.jpg (58551 bytes)

U nas nawet w

oddalonych od świata wioskach młode mamy jadą na spacer z wózkiem. Tutaj do

przechowywania niemowlęcia służy wymoszczona szmatami miska.     

    

Popatrzcie ile

głów zmieściło się na tym zdjęciu!   Mój przyjazd do Santa Catarina był

sensacją – chętnych do pozowania do zdjęć było aż nadto. W pewnym momencie stało

się to dla mnie nawet kłopotliwe – bo gromadka dzieciaków zaczęła się popisywać

przed obiektywem, a ja musiałem odmawiać ich prośbom o kolejne zdjęcie…

STom2584.jpg (54240 bytes)

STom2586.jpg (56778 bytes)

Plaża tu kamienista. Na niej

leżą w nierównym szeregu wyciągnięte na ląd rybackie

łodzie-dłubanki. Niektóre z nich zaopatrzone są w prymitywny żagiel.  Tu

i ówdzie wałęsają się szukające odpadków prosiaki… 

STom2592.jpg (63978 bytes)

Sklepów w naszym

rozumieniu tego słowa tutaj, na prowincji nie ma. Zastępują je małe drewniane budki z

jednym okienkiem z przodu. Nazywają to “baraka”.  W takiej barace

sprzedaje się podstawowe artykuły spożywcze, napoje (w tym niestety alkohol).

 

STom2598.jpg (69546 bytes)

Między Santa

Catarina i Esprainha mijałem liczne i malownicze palmiarnie – lasy z tysiącami

kokosowych palm. Zbiera się tu orzechy kokosowe by pozyskiwać z nich koprę – surowiec

do produkcji między innymi oleju na i oczywiście wiórek kokosowych. Suszarnie kopry

widziałem w nadmorskim przysiółku Diogo Vaz.     

STom2605.jpg (54277 bytes)

Drugim co do

wielkości miastem wyspy i całej republiki jest Neves – położony właśnie na zachodnim

wybrzeżu. Jest tu niewielkie nabrzeże mogące przyjmować małe statki handlowe. W rzece

Rio Contador, który uchodzi tu do morza kobiety piorą (często z dziećmi na plecach).

Rzeka pełni też funkcję miejskiej łaźni, gdzie pucują się krajowcy obojga

płci.      

STom2601.jpg (51618 bytes)

Neves. Nad

apetycznie wyglądającymi bułeczkami bez przerwy latają muchy więc małoletni

sprzedawca aby nie zniechęcić potencjalnych klientów bez przerwy macha nad swoim

towarem czerwoną chustą. Jego sąsiadki sprzedają obok owoce i porcje smażonej ryby z

gotowanym ryżem…  Z nieba lał się południowy skwar, a ja miałem już 

“w nogach” kilka ładnych kilometrów.   Był najwyższy czas na

południowy posiłek. Musiałem zabawnie wyglądać, gdy jako jedyny “białas”

usiadłem w cieniu wśród nich i zacząłem pałaszować świeże, słodkie bułki.

   Usłużny chłopak zadowolony z obrotu w interesie przyniósł mi

“baraki” naprzeciwko butelkę coca-coli. 

STom2621.jpg (44561 bytes)

Wracałem w

kierunku stolicy. To Lagoa Azul (Błękitna Zatoka) – zamknięta niewielkim półwyspem

mała zatoczka cieszy się sławą jednego z najbardziej malowniczych miejsc na

północnym wybrzeżu.  Woda, szczególnie na płyciznach ma tu kolor nie tyle

błękitny co turkusowy, a może nawet szmaragdowy. Szkoda tylko, że plaża jest tu

kamienista. Na górzystym, porośniętym wysoką trawą cyplu stoi mała latarnia

morska czy raczej znak nawigacyjny – można tam dotrzeć ścieżką w kilka minut po to by

otworzył się przed Wami taki oto widok…         

STom2611.jpg (61309 bytes)

Lagoa Azul.  U

nasady cypla zamykającego zatoczkę od strony otwartego morza jest tu mała plaża z

małymi rybackimi dłubankami.  Ci czarni rybacy wrócili właśnie z połowu z

wiaderkiem ryb – taką małą i chybotliwą łódeczką na wiosłach nie da się

wypłynąć daleko w morze – a na motor ich nie stać…

Nie wiem, czy rozpoznajecie, ale te drzewa, które

rosną z tyłu za rybakami to baobaby. Po raz pierwszy widziałem te mocarne drzewa

rosnące na samym brzegu morza…

Widzieliście

kiedykolwiek owoce baobabu?  Wyglądają jak wydłużone bombki wiszące na długich

sznurkach, podwieszonych do gałęzi tego przysadzistego drzewa. Kiedyś w Mali

jadłem ich miękki, biały miąższ przypominający słodkawą watę. Krajowcy robią z

niej desery. 

Natura jest tu bardzo

szczodra.  Ale wilgotny klimat sprawia, że więcej tu także moskitów. Radzę nie

oszczędzać na środkach antymalarycznych. Na Sao Tome spotkałem młodego podróżnika z

Anglii.  Andy nie brał środków profilaktycznych no i… przytrafiła mu się

malaria… Dwa tygodnie przeleżał w tanim guesthousie w Trinidade. Miejscowy felczer

przynosił i serwował mu kroplówki.  Po dwóch tygodniach siły wróciły i mógł

ruszyć dalej.  Wszystko dobrze się skończyło.  Tylko szkoda tych dwóch

tygodni…  Trudno sobie wyobrazić że nagle w trakcie precyzyjnie zaplanowanej i

przygotowywanej przez lata podróży pojawia się taka przymusowa przerwa, która wszystko

burzy… Dlatego mimo sygnalizowanych skutków ubocznych cierpliwie łykam w tropiku mój

“Lariam”…

STom2623.jpg (73045 bytes)

STom2740.jpg (78226 bytes)

Z trzciny cukrowej

w takiej prymitywnej, ręcznej prasie wyciska się sok, który nastepnie fermentuje przez

kilka dni w wielkiej kadzi, a następnie destyluje się go w prymitywnej aparaturze

otrzymując alkohol przypominający rum.  Produkcję tego napoju

rozwiniętą na

dużą skalę widziałem na Wyspach Zielonego Przylądka. Prawdopodobnie technologię

przywieźli ze sobą najemni robotnicy z Cabo Verde którzy w portugalskich czasach

przyjeżdżali pracować na tutejszych plantacjach kakao.

STom2737.jpg (54901 bytes)

W sporej

miejscowości Guadalupe, gdzie przy szosie stoi mały, kolonialny kościółek skręciłem

w drogę prowadzącą w kierunku wybrzeża. Od rana słońce prażyło niemiłosiernie. Na

szczęście zaraz na początku stała dobrze utrzymana  i wyjatkowo dobrze

zaopatrzona “baraka”, gdzie uzupełniłem zapas wody i pogawędziłem łamanym

francuskim z sympatycznym właścicielem. W tej wiosce właściciel takiego

“sklepu” to jest   KTOŚ….

STom2743.jpg (59141 bytes)

To najlepsza i

jedyna droga, która prowadzi od głównej szosy w Guadalupe do rybackiej wioski Morro

Peixe. Człapałem raźno w upale wśród wysokich traw, gdy niespodziewanie na drodze

pojawił się mikrobus.  Niestety – jechał w przeciwnym kierunku i bardzo możliwe,

że był to jedyny kurs tego dnia. Po kilku dniach pobytu na wyspie wiedziałem już że

rozkłady jazdy komunikacji publicznej są tu pojęciem raczej abstrakcyjnym – pojazd

rusza w drogę, gdy znajdzie się dostateczna liczba pasażerów…

STom2744.jpg (45782 bytes)

Morro Peixe –

zatoczkę z ładną plażą osłania górzysty cypel

Aby nie wracać

pieszo tą samą drogą szukałem możliwości przepłynięcia pirogą wzdłuż wybrzeża,

do Micolo skąd częściej kursują mikrobusy do stolicy. Taka przejażdżka łodzią

wydłubaną z jednego pnia wielkiego drzewa jest atrakcją sama w sobie. W innym kraju

zapewne dawno znalazł by się obrotny agent, który oferował by turystom takie

przejażdżki wzdłuż wybrzeża albo na pobliską wysepkę Cabras, gdzie można na

przykład zorganizować piknik z degustacją ryb pieczonych na ruszcie. To zupełnie coś

innego niż pływanie plastykową motorówką…  Niestety, z inicjatywą na Sao Tome

jest słabo… “Oni wolą biedować i biernie czekać, aż w ramach międzynarodowej

pomocy ktoś zrobi to za nich…” – powiedział w rozmowie ze mną mieszkający tam

od lat Europejczyk.  Ale są sympatyczni… 

A na wycieczkę

motorówką oczywiście można popłynąć – z Sao Tome i za duże pieniądze.  

Agencja Club Maxel proponuje wynajmowanie ich 8-10 osobowej motorówki: półdniowa

wycieczka na wysepkę Cabras kosztuje 345 euro, ośmiogodzinna tura wokół wyspy – 640

euro, a wycieczka na Wyspę Żółwi – 505 euro. Można też wynajmować motorówkę jak

taksówkę płacąc 150 euro za pierwsze 2 godziny i 55 za każdą następną… To ma

sens, gdy jesteśmy w małej grupie i koszty można rozłożyć na kilka osób…

 

 

Ta mała dziewczynka rozkładała do

suszenia na nabrzeżnych głazach złowione przez tatusia ryby. Wysuszone można dłużej

przechowywać na własne potrzeby albo sprzedać na targu…

         

STom2748.jpg (57844 bytes)

STom2751.jpg (58160 bytes)

Piroga się

znalazła.  Motor pożyczono od “donu” – jakiegoś bogatego rybaka. Długo

i zażarcie targowałem sie o cenę… W końcu mocno połataną jednostkę zepchnięto na

wodę i popłynęliśmy wzdłuż wąskich, żółtych plaż przy których rosną baobaby a

dalej – palmy kokosowe.   Rejs zakończył się w Micolo ponad którym na wzgórzu

przycupnął stary kościółek San Francisco. Początkowo chciałem się tam wdrapać,

ale na placyk w centrum wioski zajechał właśnie mikrobus.  Zbliżał się

wieczór  i to mógł być ostatni mikrobus z Micolo tego dnia… 

Odłożyłem  zwiedzanie kościółka do następnego pobytu na Sao Tome…

 

Po

kilku dniach takiego podróżowania po “stołecznej” wyspie poleciałem małym

samolocikiem na drugą, mniejszą wyspę tego państewka – Principe – Wyspę Książęcą.

  Okazała się jeszcze słabiej zagospodarowana i… jeszcze piękniejsza…

   Ale o niej już na następnych stronach:

>>>>>>>>Przejście

do dalszego ciągu relacji – do Wyspy Książęcej