


Długo
studiowałem taryfy lotnicze by znaleźć najtańszy przelot z Europy. Odkryłem trasę
Madryt – Malabo prowadzącą do dawnej hiszpańskiej kolonii. Na trasie tej konkurują za
sobą dwie linie lotnicze i pewnie dlatego cena za powrotny przelot z Hiszpanii do Gwinei
Równikowej wynosi tylko 530 euro. Wiedziałem już zatem skąd rozpocznę wędrówkę.
Teraz potrzebna była wiza. Najbliższa ambasada tego kraju – w Brukseli zażądała
przedstawienia potwierdzenia rezerwacji hotelu. To był problem – bo z Polski do tej
Gwinei na równiku nie sposób wysłać faks… Pomógł przyjaciel wysyłając go z
Francji. W Brukseli udało mi się także dostać na poczekaniu wizę Sao Tome &
Principe. Ambasady Gabonu i Konga stanowczo odmówiły wydania wiz Polakowi, tłumacząc,
że muszą pytać o zgodę swoje ministerstwo, a ta procedura trwa bardzo długo…
Odlatywałem zatem z kraju nie wiedząc do końca jaki wariant podróży uda mi się
zrealizować…
to było
tutaj…

Ulica w Malabo.
Równikowa jest podzielona na dwie części: dużą wyspę Bioko (w czasach kolonialnych
nazywaną Fernando Po) mającą kształt orzeszka o długości około 100 km oraz Rio Muni
– spory, prostokątny szmat dżungli na kontynencie afrykańskim mający jakieś 200 km
linii brzegowej. Stolica kraju – Malabo leży na wyspie – i tu właśnie miałem
wylądować.
Z
samolotu podchodzącego do lądowania w Malabo widać płonące na urwisku znicze
naftowych odwiertów. Na Bioko trysnęła ropa! Widać już pierwsze
skutki naftowego boomu. Można oczekiwać, że ten kraj będzie się teraz bardzo szybko
zmieniał. Zwiastunem zmian dla przybysza jest 6-kilometrowy odcinek dwujezdniowej
autostrady wybudowany między lotniskiem i stolicą oraz kończony właśnie
budynek nowego terminalu. Ja odprawiany byłem jeszcze w starym, żenującym baraku,
gdzie żołnierz podpierał wyjściowe drzwi drągiem, ale za rok turysta zapewne będzie
czekał na lot w klimatyzowanej poczekalni i będzie płacił za przejazd w bramkach
autostrady poprowadzonej przez dziewiczą dżunglę.
kraju – nikt ze znajomych tam nie był. Po uzyskaniu niepodległości w
1968 roku nastąpił w tym kraju 10-letni okres brutalnych rządów prezydenta Maciasa
Nguemy porównywany do tego co działo się w Ugandzie za Idi Amina i w cesarstwie
Bokassy. Mordy polityczne, czystki etniczne, obozy dla opornych… W tym czasie
zamknięto w kraju nawet kościoły i misyjne szkoły. Dziś rządzi już tutaj
bardziej liberalny prezydent (bratanek tamtego). Właśnie w styczniu
2003 naród zgodnie wybrał go na kolejną, 7-letnią kadencję.
Gdy przyleciałem do Malabo okazało się, że choć
stara dyktatura w tym kraju oficjalnie się skończyła przetrwała tam jednak
atmosfera podejrzliwości i zastraszenia znana czytelnikom z “Psów wojny”
(ten właśnie kraj był pierwowzorem dla miejsca akcji tej sensacyjnej
powieści). I tak zanim na ulicy zrobisz jakiekolwiek zdjęcie lepiej
udać się do Ministerstwa Informacji, Turystyki i Kultury złożyć 2 fotografie,
zapłacić 17 000 CFA i poczekać na wydanie zezwolenia na fotografowanie
czegokolwiek… Zapłaciłem… Urzędnik wydający zezwolenie został
sfotografowany jako pierwszy…. Potem poprosił abym osobiście zaniósł
drugi egzemplarz zezwolenia na komendę policji… To zezwolenie możecie
zobaczyć tutaj…

Stara część miasta jest
malowniczo rozłożona na klifie ponad portową zatoką
Ale nawet mając w kieszeni
taki papier nie jesteś w Malabo pewien, czy podnosząc aparat do oka nie będziesz się
za chwilę tłumaczyć za fotografowanie jakiegoś obiektu rządowego. Centrum
Malabo w porównaniu z innymi stolicami afrykańskimi jest ładne – po Hiszpanach
pozostało tu sporo przykładów ciekawej kolonialnej architektury. Ale większość
tych budowli mieści dziś jakieś oficjalne instytucje, których fotografowanie może
być związane z ryzykiem utraty filmu czy nawet aparatu. Kilka razy jednak
zaryzykowałem… Takie zdjęcie jak obok (port i w dali kolonialne budynki na
klifie zajęte przez wojsko) też pewnie jest zabronione…
(i całego kraju) jest katedra stojąca przy Plaza de Espana. Ten niewielki plac
jest bardzo ładnym zakątkiem, otwartym z jednej strony w kierunku zatoki. Ale pierzeję
na lewo od katedry wypełnia jakiś rządowy pałac, którego oczywiście fotografować
nie wolno, a naprzeciw katedry budują stylowy i luksusowy hotel
“President” – ciekawe czy wolno będzie go fotografować…
Ja mieszkałem w najtańszej
“Residencial Nely” płacąc 10000 CFA (15 USD) za pokój ze wspólnym
prysznicem na korytarzu. Prysznic i kran były czynne tylko wtedy gdy recepcjonista
Zurano włączył pompę. A pompę można było włączyć tylko wtedy gdy czarni chłopcy
nanosili wiadrami wody do zbiornika. Jakie to proste i logiczne! Za
18000 CFA (28 USD) w tej samej noclegowni można mieć pokój z klimatyzatorem. Ale z wody
korzysta się na takich samych zasadach… A klimator działa oczywiście tylko
wtedy gdy jest prąd… Że drogo? No cóż, to przecież centrum
stolicy… Ale jest wybór: płacąc trzy razy więcej można spać w takim
hotelu , który ma własny agregat i własną studnię głębinową…


są dobrze zaopatrzone. W niektórych można dostać nawet importowane, markowe alkohole.
Płaci się frankami Centralnej Afryki (CFA). Ale niektórzy przyjmują także
równowartość w dolarach. Za 1 USD dają 650 CFA.
W centrum miasta, naprzeciwko przedstawicielstwa
“Iberii” jest supermarket. Próbki cen: bułka jak pół bagietki:
50, litrowy karton soku: 850, kostka masła: 700, puszka mielonki: 850, najtańsze
piwo – mała butelka: 300.

Atrakcji
turystycznych na wyspie Bioko jest niewiele: W okolicach stolicy nie ma plaż. Ponoć na
południu wyspy – w Ureca jest plaża na której żółwie składają jaja. Tyle że
dostać się tam można tylko drogą morską lub helikopterem; droga jest nieprzejezdna.
Atrakcją może też być wspinaczka na wulkan Pico de Malabo (Kiedyś – jak na
mapie obok – nazywany Pico de Santa Isabel – ma nieco ponad 3000 m npm) wystrzelający w
niebo w centrum wyspy. Podobno jedynie końcowy odcinek trasy pokonuje się pieszo,
bo do instalacji wojskowych które są pod szczytem doprowadzono drogę. Tyle, że przed
wycieczką należy wystąpić do znanego już nam ministerstwa o zezwolenie, zapłacić
kolejne 17000 CFA… Podczas mojego pobytu wierzchołek wulkanu tonął w chmurach –
uznałem, że nie warto.
Luba – reprezentacyjna ulica
Zafundowałem
sobie za to wycieczkę do drugiego co wielkości miasta wyspy: do Luby. Minibus
kosztował 1500 CFA w każdą stronę. W wioskach po drodze miejscowi sprzedawali
upolowane małpy i duże małże. A sama Luba okazała się nieciekawą,
prowincjonalną dziurą… Przez miasteczko przepływa rzeczka w której miejscowe kobiety
piorą bieliznę. Instytucje turystyczne reprezentuje pamiętający dobre kolonialne czasy
Hotel Jones ulokowany w centrum – właśnie nad tą rzeczką. Z jego dawnej
świetności
niewiele pozostało ale i pobierane opłaty nie są wysokie: 10 000 CFA za noc…
Mieszkańcy
wyspy Bioko raczej rzadko się uśmiechają, nie szukają też kontaktu wzrokowego. Na
cudzoziemca przechodzącego ulicą pozornie nie zwraca się wcale uwagi. Ale wystarczy
tylko wyciągnąć aparat z torby, aby wywołać poruszenie i aby podniósł się krzyk.
Taki zalotny uśmiech jak na zdjęciu obok jest rzadkością.

na prowincji, z dala od miast są sympatyczni i bardziej kontaktowi, pod warunkiem , że
nie są państwowymi funkcjonariuszami…

Zniszczone kolonialne
budowle w Bata.
spędzonych na Bioko i uzyskaniu wizy Gabonu małym samolocikiem lokalnej kompanii
poleciałem do kontynentalnej części tego państewka. Stolicą Rio Muni –
kontynentalnej części Gwinei Równikowej jest niewielkie miasteczko Bata. Na
podrzędne lotnisko przylatują małe samoloty – nie tylko z Malabo ale
także (choć rzadziej) z Douali i Libreville.
W centrum znajdziecie tam starą wieżę zegarową na której rośnie
tropikalne zielsko. A nieopodal niej budują pierwszy wieżowiec. Dawna kolonialna
architektura jest tu bardzo zaniedbana. Z ładniejszych obiektów warto odwiedzić
chiński hotelik Nnang Afang przy nadbrzeżnym bulwarze. Ma przewiewną restaurację
na wysuniętym w morze molo…
aktualnie najlepszy w Bata. Stoi nad morzem przy wąskiej i brudnej plaży.
Ale z jego przewiewnego tarasu (na wysokości pierwszego piętra – od strony zatoki)
otwiera się ładny widok na palmy i morze. Mieszkają tu miejscowi dygnitarze w podróży
służbowej z Malabo i zagraniczni specjaliści. Turystów nie widać…
turystyczną Rio Muni (poza plażami, które są tu o wiele ładniejsze niż na Bioko)
mógłby być Park Narodowy Monte Alen zlokalizowany na północ od Bata. W parku
zbudowano nawet hotelik dla turystów. Sondowałem, czy mam szansę tam pojechać.
W miejscowej delegaturze ministerstwa turystyki oświadczono mi: najpierw podanie
do nas o pozwolenie na wycieczkę (10 000 CFA) potem
dojazd lokalnym transportem do bramy parku za 3000. Tam trzeba wynająć sobie
przewodnika, który pieszo poprowadzi do dżungli. Nie potrafili powiedzieć za
ile… Skapitulowałem…

ulice Baty. W takiej dzielnicy – przy wylocie z miasta na południe znalazłem
pomalowany na niebiesko Hostal Doris Melina – bodaj najtańszy zakład noclegowy Baty. Nie
ma szyldu… Za pokoik ze stojącym wentylatorem (on i tak nie miał znaczenia
bo zaraz po zmroku wyłączyli prąd) zapłaciłem po targach 6000 CFA. Do mycia
klient dostawał kubeczek i kilka wiaderek wody wyciągniętych ze studni na środku
dziedzińca… To niewiele zważywszy że od rana do zmroku panowała
niesamowita duchota…

odeszli, ale bagietki w kramach zostały! W sąsiedztwie bagietek w budce pod
zardzewiałą blachą był zakład fryzjerski, dalej bar i wulkanizacja opon… Kto
by mógł przypuszczać, że to co widać na sąsiednim obrazku to przystanek odjazdowy
publicznej komunikacji w kierunku gabońskiej granicy?… Tu ponad godzinę
czekałem w skwarze (to i tak krótko) zanim skompletowaliśmy i wtłoczyliśmy do
pojazdu, który widać na zdjęciu całą załogę . Jechał do Mbini –
miejscowości położonej gdzieś połowie drogi do granicy… Zapłaciłem
1000 CFA za siebie i drugie tyle za plecak. Potem kierowca zatrzasnął drzwi
dociskając mnie szczelnie do sąsiadki – korpulentnej Murzynki i ruszyliśmy wyboistą
drogą przez dżunglę. Rozprostować zbolałe członki mogłem dopiero na posterunku
kontrolnym, gdzie trzeba było przespacerować się do siedzącego w cieniu pana
sierżanta. Umiał czytać!

dojechaliśmy. Kierowca wyrzucił nas na brzegu Rio Benito – szerokiej rzeki o brzegach
porośniętych bujną zielenią. -Mbini jest tam – po drugiej stronie!
Kursujący tu prom samochodowy też był po drugiej stronie. Nie wiedząc jak długo
przyjdzie na niego czekać postanowiliśmy ze współpasażerami przeprawić się
pirogą. Kosztowało to wprawdzie po 500 CFA od głowy (prom – 200) ale nie trzeba
było czekać w nieskończoność…
Ludzie żyją tu z ogródkowego rolnictwa (bo to, co obrabiają to
bardzo małe poletka) oraz z rybołówstwa.
przystani w Mbini czekali przy piwie: znudzony policjant i nadgorliwy podoficer
miejscowego garnizonu. Bez trudu wyłuskali mnie spośród czarnych
pasażerów pirogi. Nareszcie mogli pokazać jacy oni są tu
ważni! Paszport! Dokąd? Po co? Dlaczego przez
Mbini? A gdzie zezwolenie? Kto powiedział że nie trzeba zezwolenia?
-Pójdziesz ze mną do dowódcy! – nadgorliwy, młody podoficer chciał się wykazać
przed przełożonym wyjątkową czujnością.

Poszedłem… Do wojskowego campusu nie było na szczęście daleko. Musieliśmy poczekać
pod cienistym mangowcem aż kapitan Claude skończy południową sjestę. Na
szczęście znał francuski i miał trochę jaśniej w głowie niż jego podwładny. Po
zarejestrowaniu moich danych na posterunku zostałem zwolniony… Taka właśnie
kochani jest ta Zachodnia Afryka… Trzeba dużo cierpliwości i odporności na
stresy…
Mbini jest
niewielkim miasteczkiem o niskiej zabudowie rozrzuconej wśród zieleni. W czasach
kolonialnych w Mbini był duży zakład przerabiający pozyskiwane w okolicznej dżungli
drewno. Dziś betonowe konstrukcje suwnic i hale zarosły już tropikalną
roślinnością.
Jedyny hotelik w Mbini. Drzwi z nieheblowanych desek zamykane od środka na
gwóźdź. Bez światła (ale dostałem nową, chińską lampę naftową), bez bieżącej
wody, bez siatek w oknach i bez moskitiery… Gospodarza – Melchiora nauczyłem, że
w takiej sytuacji gościowi wypada wydawać chociaż bezpłatny wrzątek… Nocleg w tych
luksusach kosztował 3000 CFA…


wyruszyłem na spacer po osadzie. Przy ładnej plaży rybacy czyścili sieci, ale nie
chcieli abym ich fotografował. Nieco dalej pracował szkutnik. Przy kiepskim
stanie dróg podstawowym środkiem transportu jest w tych okolicach łódź – dłubanka o
płaskim dnie wykonywana taką samą techniką jak przed wiekami – przy użyciu toporka
mającego kształt motyczki. Ten jegomość już drugi miesiąc pracowicie ociosywał
kadłub. Ale jak widać niewiele mu już zostało do wodowania…
został w Mbini ładny, choć ubogi kościółek i popadający w ruinę budynek na
cyplu nad morzem, który mieścił kiedyś stację meteo. I to już wszystko, co
jest tu do zobaczenia…
Ruch
na czerwonych, szutrowych ulicach był minimalny. Przezornie rozpytywałem w
sklepikach o to, czy rano pojedzie coś w kierunku gabońskiej granicy. -Stąd to raczej
nic nie jeździ, ale dwa kilometry na południe od miasteczka jest wioska King. Tam
na skrzyżowaniu możesz złapać jakiś przelotowy samochód jadący z Bata!


człapałem z plecakiem przez osadę przed barakiem posterunku policji komendant (w
cywilu) właśnie wciągał na maszt państwową flagę. Przystanąłem nie chcąc
manifestować lekceważenia tej uroczystej chwili. – Poczekaj, podwiozę cię do
King! Policyjny samochód toczył się powoli, postukując na wybojach.
W Kingu okazało się, że zazwyczaj tylko raz dziennie – rano jedzie do Acalayong
taki oto środek publicznego transportu. Płaci się 5000 + 1000 CFA za plecak.
Przytroczyli go do sterty bagażu liną – tuż nad przednią szybą. -To dobre miejsce-
pomyślałem – będę widział jak będzie spadał!
wioskowym sklepiku na rozdrożu dostać można nie tylko importowane puszki i napoje, ale
także śniadanie: małą bagietkę posmarowaną margaryną i zawinięte w liście
korzenie gotowanej kassawy (manioku) …


Wyboje, kałuże pełne wody, błoto. W porze deszczowej niektóre odcinki można
przejechać tylko trakiem o wysokim zawieszeniu lub traktorem… Po obu stronach
bujna, dziewicza dżungla. Osiedli po drodze zaledwie kilka. Prawdziwa Afryka…
Takimi drogami przyjdzie Wam jechać, gdybyście
chcieli dostać się lądem, wzdłuż wybrzeża z Kamerunu do Gabonu. To jest
możliwe – spotkałem podróżnika który tak przyjechał – głównie na skrzyniach
ciężarówek – z Kribi w Kamerunie. W Bata są konsulaty zarówno Gabonu jak i Kamerunu,
gdzie bez większych trudności można dostać potrzebne wizy.

czerwonej drogi nad rzeką leży małe osiedle Acalayong. Małe, bez żadnego
hoteliku, ale jednocześnie dostatecznie duże, aby był tu szlaban i dwóch znudzonych
policjantów, którzy przez prawie godzinę pastwić się będą nad paszportem białego
podróżnika. Miejscowych nie kontrolują… Ale biały – może straci
cierpliwość i da w końcu jakąś łapówkę za szybsze wpisanie jego danych do
zeszytu? Wytrzymałem… Popatrzcie na mapkę poniżej: aby dotrzeć do
granicznego miasteczka Cogo trzeba było przeprawić się pirogą przez jedno z ramion
szerokiego estuarium Rio Muni… Piroga była solidna: pomieściła 8
tubylców, kilka koszy z towarem i mnie – jedynego w tym towarzystwie białego.
motorowych piróg oferują podróżnym udającym się do Gabonu kompleksową obsługę:
zabierają ich z Acalayong do Cogo (ok. pół godziny rejsu) tam czekają, aż klienci
załatwią w “comandarii” formalności wyjazdowe i wpłacą łapówki a
następnie płyną dalej na gaboński brzeg aż do Coco Beach u ujścia estuarium
(około 1,5 godziny pływania). W Coco Beach jest placówka graniczna Gabończyków.
Cała ta kombinacja kosztuje 4000 CFA od osoby – jeżeli jest dostatecznie duża liczba
chętnych. Ale jeśli podróżnych jest mało i bardzo im się spieszy to wynajęcie
całej pirogi na tą trasę kosztuje 40 000 CFA. A jak cię nie stać to siedź i
czekaj… Zauważyłem, że przewoźnicy szmuglują na drugą stronę zagraniczny
alkohol. Widać i na tym można dorobić!


obok) jest znacznie większą osadą od Acalayong, z ładnym, widocznym z daleka
kościołem i posterunkiem straży granicznej w którym uzyskuje się wyjazdowy
stempel. Ten stempel kosztował mnie 2000 CFA – bezprawnie pobrane przez
urzędnika. Inni – celnik i ten, który odprowadzał nas do pirogi też chcieli coś
na piwo, ale wybronił mnie przed nimi Kazimierz. Kazimierz spod
równika… Naprawdę miał w dokumentach napisane polskie imię: Casimiro.
Przyjechaliśmy razem przeładowanym pick-upem z Kingu. Kiedy dowiedział się, że
jestem z Polski poczuł się za mnie odpowiedzialny i holował aż do odjazdu z Cogo
broniąc zażarcie przed miejscowymi biurokratami i łapówkarzami. Dzięki
Ci, Kazimierzu!
kraj bez żalu. Gwinea Równikowa nie jest miejscem zbyt przyjaznym dla podróżnika…
Ale po to, aby się o tym dowiedzieć trzeba było tam dotrzeć…
Przewoźnik – Gwinejczyk ubrany był w propagandowego
T-shirta reklamującego jedynego słusznego prezydenta. Podczas mojego pobytu w Gwinei
Równikowej widziałem tak ubranych ludzi na każdym kroku. Popularne byłe także
czapeczki z prezydentem i takież spódnice… Widać przed wyborami rozdano biednemu
narodowi kilkaset tysięcy sztuk takiej odzieży, aby wiedział na kogo
głosować…
W miarę, jak zbliżaliśmy się do
otwartego morza naszą pirogą huśtało coraz bardziej. Na brzegu po lewej dało
się wkrótce rozróżnić rozrzucone wśród zieleni domy i wystającą ponad zabudowę
sylwetkę wieży ciśnień z widocznym z daleka napisem “COCOBEACH” – to już
był Gabon – następny kraj na szlaku mojej wędrówki przez Czarny Kontynent…

Gabonu