Gwinea Równikowa – raport z podróży – Wojciech Dabrowski (Eqaf1pl.htm)

AfrR.gif
AfrE.gif
Amask.jpg

Długo

studiowałem taryfy lotnicze by znaleźć najtańszy przelot z Europy. Odkryłem trasę

Madryt – Malabo prowadzącą do dawnej hiszpańskiej kolonii. Na trasie tej konkurują za

sobą dwie linie lotnicze i pewnie dlatego cena za powrotny przelot z Hiszpanii do Gwinei

Równikowej wynosi tylko 530 euro. Wiedziałem już zatem skąd rozpocznę wędrówkę.

Teraz potrzebna była wiza. Najbliższa ambasada tego kraju – w Brukseli zażądała

przedstawienia potwierdzenia rezerwacji hotelu.  To był problem – bo z Polski do tej

Gwinei na równiku nie sposób wysłać faks…  Pomógł przyjaciel wysyłając go z

Francji.   W Brukseli udało mi się także dostać na poczekaniu wizę Sao Tome &

Principe. Ambasady Gabonu i Konga stanowczo odmówiły wydania wiz Polakowi, tłumacząc,

że muszą pytać o zgodę swoje ministerstwo, a ta procedura trwa bardzo długo…  

Odlatywałem zatem z kraju nie wiedząc do końca jaki wariant podróży uda mi się

zrealizować…

Afm.jpg (19280 bytes)to było

tutaj…

Bioko369.jpg (42819 bytes)

Ulica w Malabo.

   Gwinea

Równikowa jest podzielona na dwie części: dużą wyspę Bioko (w czasach kolonialnych

nazywaną Fernando Po) mającą kształt orzeszka o długości około 100 km oraz Rio Muni

– spory, prostokątny szmat dżungli na kontynencie afrykańskim mający jakieś 200 km

linii brzegowej.  Stolica kraju – Malabo leży na wyspie – i tu właśnie miałem

wylądować.  

Z

samolotu podchodzącego do lądowania w Malabo widać płonące na urwisku  znicze

naftowych odwiertów.  Na Bioko trysnęła ropa!   Widać już pierwsze

skutki naftowego boomu. Można oczekiwać, że ten kraj będzie się teraz bardzo szybko

zmieniał. Zwiastunem zmian dla przybysza jest 6-kilometrowy odcinek dwujezdniowej

autostrady   wybudowany między lotniskiem i stolicą oraz kończony właśnie

budynek nowego terminalu. Ja odprawiany  byłem jeszcze w starym, żenującym baraku,

gdzie żołnierz podpierał wyjściowe drzwi drągiem, ale za rok turysta zapewne będzie

czekał na lot w klimatyzowanej poczekalni i będzie płacił za przejazd w bramkach

autostrady poprowadzonej przez dziewiczą dżunglę.

Niewiele wiedziałem o tym

kraju – nikt ze znajomych tam nie był.    Po uzyskaniu niepodległości w

1968 roku nastąpił w tym kraju 10-letni okres brutalnych rządów prezydenta Maciasa

Nguemy porównywany do tego co działo się w Ugandzie za Idi Amina i w cesarstwie

Bokassy. Mordy polityczne, czystki etniczne, obozy dla opornych…  W tym czasie

zamknięto w kraju nawet kościoły i misyjne szkoły.  Dziś rządzi już tutaj

bardziej liberalny prezydent  (bratanek tamtego).   Właśnie w styczniu

2003 naród zgodnie wybrał go na kolejną, 7-letnią kadencję.

Gdy przyleciałem do Malabo okazało się, że choć

stara dyktatura  w tym kraju oficjalnie się skończyła przetrwała tam jednak

atmosfera podejrzliwości  i zastraszenia znana czytelnikom z “Psów wojny”

(ten właśnie kraj był pierwowzorem dla miejsca akcji tej sensacyjnej

powieści).    I tak zanim na ulicy zrobisz jakiekolwiek zdjęcie lepiej

udać się do Ministerstwa Informacji, Turystyki i Kultury złożyć 2 fotografie,

zapłacić 17 000 CFA i poczekać na wydanie zezwolenia na fotografowanie

czegokolwiek…   Zapłaciłem…  Urzędnik wydający zezwolenie został

sfotografowany jako pierwszy….   Potem poprosił abym osobiście zaniósł

drugi egzemplarz zezwolenia na komendę policji…   To zezwolenie możecie

zobaczyć tutaj…

  

Stara część miasta jest

malowniczo rozłożona na klifie ponad portową zatoką

Ale nawet mając w kieszeni

taki papier nie jesteś w Malabo pewien, czy podnosząc aparat do oka nie będziesz się

za chwilę tłumaczyć za fotografowanie jakiegoś obiektu rządowego.   Centrum

Malabo w porównaniu z innymi stolicami afrykańskimi jest ładne – po Hiszpanach

pozostało tu sporo przykładów ciekawej kolonialnej architektury.  Ale większość

tych budowli mieści dziś jakieś oficjalne instytucje, których fotografowanie może

być związane z ryzykiem utraty filmu czy nawet aparatu.   Kilka razy jednak

zaryzykowałem…  Takie zdjęcie jak obok (port i w dali kolonialne budynki na

klifie zajęte przez wojsko) też pewnie jest zabronione… 

Najciekawszym zabytkiem stolicy

(i całego kraju) jest katedra stojąca przy Plaza de Espana.  Ten niewielki plac

jest bardzo ładnym zakątkiem, otwartym z jednej strony w kierunku zatoki. Ale pierzeję

na lewo od katedry wypełnia jakiś rządowy pałac, którego oczywiście fotografować

nie wolno, a naprzeciw katedry budują stylowy i luksusowy hotel

“President” – ciekawe czy wolno będzie go fotografować… 

Ja mieszkałem w najtańszej

“Residencial Nely” płacąc 10000 CFA (15 USD) za pokój ze wspólnym

prysznicem  na korytarzu. Prysznic i kran były czynne tylko wtedy gdy recepcjonista

Zurano włączył pompę. A pompę można było włączyć tylko wtedy gdy czarni chłopcy

nanosili wiadrami wody do zbiornika. Jakie to proste i logiczne!    Za

18000 CFA (28 USD) w tej samej noclegowni można mieć pokój z klimatyzatorem. Ale z wody

korzysta się na takich samych zasadach…  A klimator działa oczywiście tylko

wtedy gdy jest prąd… Że drogo?   No cóż, to przecież centrum

stolicy…   Ale jest wybór: płacąc trzy razy więcej można spać w takim

hotelu , który ma własny agregat i własną studnię głębinową…   

Bioko373.jpg (43925 bytes)

Stołeczne kramy

są dobrze zaopatrzone. W niektórych można dostać nawet importowane, markowe alkohole.

 Płaci się frankami Centralnej Afryki (CFA).  Ale niektórzy przyjmują także

równowartość w dolarach.  Za 1 USD dają 650 CFA. 

W centrum miasta, naprzeciwko przedstawicielstwa

“Iberii” jest supermarket.  Próbki cen: bułka jak pół bagietki:

50,  litrowy karton soku: 850, kostka masła: 700, puszka mielonki: 850, najtańsze

piwo – mała butelka: 300.    

Biokomp.jpg (41428 bytes)

Atrakcji

turystycznych na wyspie Bioko jest niewiele: W okolicach stolicy nie ma plaż. Ponoć na

południu wyspy – w Ureca jest plaża na której żółwie składają jaja. Tyle że

dostać się tam można tylko drogą morską lub helikopterem; droga jest nieprzejezdna.

  Atrakcją może też być wspinaczka na wulkan Pico de Malabo (Kiedyś – jak na

mapie obok – nazywany Pico de Santa Isabel – ma nieco ponad 3000 m npm) wystrzelający w

niebo w centrum wyspy.  Podobno jedynie końcowy odcinek trasy pokonuje się pieszo,

bo do instalacji wojskowych które są pod szczytem doprowadzono drogę. Tyle, że przed

wycieczką należy wystąpić do znanego już nam ministerstwa o zezwolenie, zapłacić

kolejne 17000 CFA… Podczas mojego pobytu wierzchołek wulkanu tonął w chmurach –

uznałem, że nie warto.

Luba – reprezentacyjna ulica

Zafundowałem

sobie za to wycieczkę do drugiego co wielkości miasta wyspy: do Luby.  Minibus

kosztował 1500 CFA w każdą stronę.  W wioskach po drodze miejscowi sprzedawali

upolowane małpy i duże małże.  A sama Luba okazała się nieciekawą,

prowincjonalną dziurą… Przez miasteczko przepływa rzeczka w której miejscowe kobiety

piorą bieliznę. Instytucje turystyczne reprezentuje pamiętający dobre kolonialne czasy

Hotel Jones ulokowany w centrum – właśnie nad tą rzeczką. Z jego dawnej

świetności

niewiele pozostało ale i pobierane opłaty nie są wysokie: 10 000 CFA za noc…

Mieszkańcy

wyspy Bioko raczej rzadko się uśmiechają, nie szukają też kontaktu wzrokowego. Na

cudzoziemca przechodzącego ulicą pozornie nie zwraca się wcale uwagi. Ale wystarczy

tylko wyciągnąć aparat z torby, aby wywołać poruszenie i aby podniósł się krzyk.

Taki zalotny uśmiech jak na zdjęciu obok jest rzadkością. 

Muni434.jpg (27688 bytes)

Muni436.jpg (31555 bytes)

Ludzie mieszkający

na prowincji, z dala od miast są sympatyczni i bardziej kontaktowi, pod warunkiem , że

nie są państwowymi funkcjonariuszami…

               

Muni391.jpg (33080 bytes)

Zniszczone kolonialne

budowle w Bata. 

Po dwóch dnia

spędzonych na Bioko i uzyskaniu wizy Gabonu małym samolocikiem lokalnej kompanii

poleciałem do kontynentalnej części tego państewka.   Stolicą Rio Muni –

kontynentalnej części Gwinei Równikowej jest niewielkie miasteczko Bata.  Na

podrzędne   lotnisko przylatują  małe samoloty – nie tylko z Malabo ale

także (choć rzadziej) z Douali i Libreville.

W centrum znajdziecie tam starą wieżę zegarową na której rośnie

tropikalne zielsko.  A nieopodal niej budują pierwszy wieżowiec. Dawna kolonialna

architektura jest tu bardzo zaniedbana.  Z ładniejszych obiektów warto odwiedzić

chiński hotelik Nnang Afang przy nadbrzeżnym  bulwarze. Ma przewiewną restaurację

na wysuniętym w morze molo…

Hotel Panafrica –

aktualnie najlepszy w Bata.  Stoi nad morzem przy wąskiej i brudnej plaży. 

Ale z jego przewiewnego tarasu (na wysokości pierwszego piętra – od strony zatoki)

otwiera się ładny widok na palmy i morze. Mieszkają tu miejscowi dygnitarze w podróży

służbowej z Malabo i zagraniczni specjaliści.  Turystów nie widać… 

   

Atrakcją

turystyczną Rio Muni (poza plażami, które są tu o wiele ładniejsze niż na Bioko)

mógłby być Park Narodowy  Monte Alen zlokalizowany na północ od Bata. W parku

zbudowano nawet hotelik dla turystów. Sondowałem, czy mam szansę tam pojechać. 

  W miejscowej delegaturze ministerstwa turystyki oświadczono mi: najpierw podanie

do nas o pozwolenie na wycieczkę       (10 000 CFA) potem

dojazd lokalnym transportem do bramy parku za 3000.  Tam trzeba wynająć sobie

przewodnika, który pieszo poprowadzi do dżungli.  Nie potrafili powiedzieć za

ile…  Skapitulowałem… 

Muni394.jpg (32001 bytes)
Tak wyglądają peryferyjne

ulice Baty. W takiej dzielnicy – przy wylocie z miasta na południe znalazłem

pomalowany na niebiesko Hostal Doris Melina – bodaj najtańszy zakład noclegowy Baty. Nie

ma szyldu…   Za pokoik ze stojącym wentylatorem (on i tak nie miał znaczenia

bo zaraz po zmroku wyłączyli prąd) zapłaciłem po targach 6000 CFA.  Do mycia

klient dostawał kubeczek i kilka wiaderek wody wyciągniętych ze studni na środku

dziedzińca…  To niewiele zważywszy że od rana do zmroku panowała

niesamowita duchota…

Muni395.jpg (38954 bytes)
Kolonizatorzy

odeszli, ale bagietki w kramach zostały!  W sąsiedztwie bagietek w budce pod

zardzewiałą blachą był zakład fryzjerski, dalej bar i wulkanizacja opon…  Kto

by mógł przypuszczać, że to co widać na sąsiednim obrazku to przystanek odjazdowy

publicznej komunikacji w kierunku gabońskiej granicy?…   Tu ponad godzinę

czekałem w skwarze (to i tak krótko) zanim skompletowaliśmy i wtłoczyliśmy do

pojazdu, który widać na zdjęciu całą załogę .  Jechał do Mbini –

miejscowości położonej gdzieś połowie drogi do granicy…   Zapłaciłem

1000 CFA za siebie i drugie tyle za plecak.  Potem kierowca zatrzasnął drzwi

dociskając mnie szczelnie do sąsiadki – korpulentnej Murzynki i ruszyliśmy wyboistą

drogą przez dżunglę. Rozprostować zbolałe członki mogłem dopiero na posterunku

kontrolnym, gdzie trzeba było przespacerować się do siedzącego w cieniu pana

sierżanta.  Umiał czytać!

Muni407.jpg (26100 bytes)
Do samego Mbini nie

dojechaliśmy. Kierowca wyrzucił nas na brzegu Rio Benito – szerokiej rzeki o brzegach

porośniętych bujną zielenią.  -Mbini jest tam – po drugiej stronie!  

Kursujący tu prom samochodowy też był po drugiej stronie.  Nie wiedząc jak długo

przyjdzie na niego czekać postanowiliśmy ze współpasażerami  przeprawić się

pirogą.  Kosztowało to wprawdzie po 500 CFA od głowy (prom – 200) ale nie trzeba

było czekać w nieskończoność… 

Ludzie żyją tu z ogródkowego rolnictwa (bo to, co obrabiają to

bardzo małe poletka) oraz z rybołówstwa.     

Na

przystani w Mbini czekali przy piwie: znudzony policjant i nadgorliwy podoficer

miejscowego garnizonu.  Bez trudu wyłuskali mnie spośród czarnych

pasażerów  pirogi.  Nareszcie mogli pokazać jacy oni są tu 

ważni!   Paszport!   Dokąd?  Po co?  Dlaczego przez

Mbini?  A gdzie zezwolenie?  Kto powiedział że nie trzeba zezwolenia? 

-Pójdziesz ze mną do dowódcy! – nadgorliwy, młody podoficer chciał się wykazać

przed przełożonym wyjątkową czujnością.

Muni404.jpg (43200 bytes)

 

Poszedłem… Do wojskowego campusu nie było na szczęście daleko. Musieliśmy poczekać

pod cienistym mangowcem aż kapitan Claude skończy południową sjestę.  Na

szczęście znał francuski i miał trochę jaśniej w głowie niż jego podwładny. Po

zarejestrowaniu moich danych na posterunku zostałem zwolniony…  Taka właśnie

kochani jest ta Zachodnia Afryka…  Trzeba dużo cierpliwości i odporności na

stresy…

Mbini jest

niewielkim miasteczkiem o niskiej zabudowie rozrzuconej wśród zieleni.  W czasach

kolonialnych w Mbini był duży zakład przerabiający pozyskiwane w okolicznej dżungli

drewno.  Dziś betonowe konstrukcje suwnic i hale zarosły już tropikalną

roślinnością.       

“Parador”.

Jedyny hotelik w Mbini.  Drzwi z nieheblowanych desek zamykane od środka na

gwóźdź. Bez światła (ale dostałem nową, chińską lampę naftową), bez bieżącej

wody, bez siatek w oknach i bez moskitiery…  Gospodarza – Melchiora nauczyłem, że

w takiej sytuacji gościowi wypada wydawać chociaż bezpłatny wrzątek… Nocleg w tych

luksusach kosztował 3000 CFA… 

Muni419.jpg (35988 bytes)

Muni405.jpg (37086 bytes)

Pod wieczór

wyruszyłem na spacer po osadzie. Przy ładnej plaży rybacy czyścili sieci, ale nie

chcieli abym ich fotografował.  Nieco dalej pracował szkutnik.  Przy kiepskim

stanie dróg podstawowym środkiem transportu jest w tych okolicach łódź – dłubanka o

płaskim dnie wykonywana taką samą techniką jak przed wiekami – przy użyciu toporka

mającego kształt motyczki. Ten jegomość już drugi miesiąc pracowicie ociosywał

kadłub.  Ale jak widać niewiele mu już zostało do wodowania… 

Po Hiszpanach

został  w Mbini ładny, choć ubogi kościółek i popadający w ruinę budynek na

cyplu nad morzem, który mieścił kiedyś stację meteo.  I to już wszystko, co

jest tu do zobaczenia…

Ruch

na czerwonych, szutrowych ulicach był minimalny.  Przezornie rozpytywałem w

sklepikach o to, czy rano pojedzie coś w kierunku gabońskiej granicy. -Stąd to raczej

nic nie jeździ, ale dwa kilometry na południe od miasteczka jest wioska King.  Tam

na skrzyżowaniu możesz złapać jakiś przelotowy samochód jadący z Bata! 

 

          

Muni439.jpg (47523 bytes)
Kiedy rano

człapałem z plecakiem przez osadę przed barakiem posterunku policji komendant (w

cywilu) właśnie wciągał na maszt państwową flagę. Przystanąłem nie chcąc

manifestować lekceważenia tej uroczystej chwili. – Poczekaj, podwiozę cię do

King!   Policyjny samochód toczył się powoli, postukując na wybojach.

  W Kingu okazało się, że zazwyczaj tylko raz dziennie – rano jedzie do Acalayong

taki oto środek publicznego transportu. Płaci się 5000 + 1000 CFA za plecak.

Przytroczyli go do sterty bagażu liną – tuż nad przednią szybą. -To dobre miejsce-

pomyślałem – będę widział jak będzie spadał!    

King.  W

wioskowym sklepiku na rozdrożu dostać można nie tylko importowane puszki i napoje, ale

także śniadanie: małą bagietkę posmarowaną margaryną i zawinięte w liście

korzenie gotowanej kassawy (manioku) …

Muni427.jpg (41345 bytes)

Muni442.jpg (64290 bytes)

Droga krajowa nr 1.

Wyboje, kałuże pełne wody, błoto. W porze deszczowej niektóre odcinki można

przejechać tylko trakiem o wysokim zawieszeniu lub traktorem…  Po obu stronach

bujna, dziewicza dżungla. Osiedli po drodze zaledwie kilka.  Prawdziwa Afryka…

Takimi drogami przyjdzie Wam jechać, gdybyście

chcieli dostać się lądem, wzdłuż wybrzeża z Kamerunu do Gabonu.  To jest

możliwe – spotkałem podróżnika który tak przyjechał – głównie na skrzyniach

ciężarówek – z Kribi w Kamerunie. W Bata są konsulaty zarówno Gabonu jak i Kamerunu,

gdzie bez większych trudności można dostać potrzebne wizy.

            

Muni451.jpg (42263 bytes)

Na końcu tej

czerwonej drogi nad rzeką leży małe osiedle Acalayong.  Małe, bez żadnego

hoteliku, ale jednocześnie dostatecznie duże, aby był tu szlaban i dwóch znudzonych

policjantów, którzy przez prawie godzinę pastwić się będą nad paszportem białego

podróżnika. Miejscowych nie kontrolują…   Ale biały – może straci

cierpliwość i da w końcu jakąś łapówkę za szybsze wpisanie jego danych do

zeszytu?    Wytrzymałem… Popatrzcie na mapkę poniżej: aby dotrzeć do

granicznego miasteczka Cogo trzeba było przeprawić się pirogą przez jedno z ramion

szerokiego estuarium Rio Muni…   Piroga była solidna: pomieściła 8

tubylców, kilka koszy z towarem i mnie – jedynego w tym towarzystwie białego. 

 

Właściciele

motorowych piróg oferują podróżnym udającym się do Gabonu kompleksową obsługę:

zabierają ich z Acalayong do Cogo (ok. pół godziny rejsu) tam czekają, aż klienci

załatwią w “comandarii” formalności wyjazdowe i wpłacą łapówki a

następnie płyną dalej na gaboński brzeg  aż do Coco Beach u ujścia estuarium

(około 1,5 godziny pływania). W Coco Beach jest placówka graniczna Gabończyków. 

Cała ta kombinacja kosztuje 4000 CFA od osoby – jeżeli jest dostatecznie duża liczba

chętnych. Ale jeśli podróżnych jest mało i bardzo im się spieszy to wynajęcie

całej pirogi na tą trasę kosztuje 40 000 CFA.  A jak cię nie stać to siedź i

czekaj…  Zauważyłem, że przewoźnicy szmuglują na drugą stronę zagraniczny

alkohol. Widać i na tym można dorobić!   

Cogo (na zdjęciu

obok) jest znacznie większą osadą od Acalayong, z ładnym, widocznym z daleka

kościołem i posterunkiem straży granicznej w którym uzyskuje się wyjazdowy

stempel.  Ten stempel kosztował mnie 2000 CFA – bezprawnie pobrane przez

urzędnika.  Inni – celnik i ten, który odprowadzał nas do pirogi też chcieli coś

na piwo, ale wybronił mnie przed nimi Kazimierz.    Kazimierz spod

równika… Naprawdę miał w dokumentach napisane polskie imię: Casimiro. 

Przyjechaliśmy razem przeładowanym pick-upem z Kingu.  Kiedy dowiedział się, że

jestem z Polski poczuł się za mnie odpowiedzialny i holował aż do odjazdu z Cogo

broniąc zażarcie przed miejscowymi biurokratami i łapówkarzami.   Dzięki

Ci, Kazimierzu!

Opuszczałem ten

kraj bez żalu. Gwinea Równikowa nie jest miejscem zbyt przyjaznym dla podróżnika…

Ale po to, aby się o tym dowiedzieć trzeba było tam dotrzeć…

Przewoźnik – Gwinejczyk ubrany był w propagandowego

T-shirta reklamującego jedynego słusznego prezydenta. Podczas mojego pobytu w Gwinei

Równikowej widziałem tak ubranych ludzi na każdym kroku. Popularne byłe także

czapeczki z prezydentem i takież spódnice… Widać przed wyborami rozdano biednemu

narodowi kilkaset tysięcy sztuk takiej odzieży, aby wiedział na kogo

głosować… 

W miarę, jak zbliżaliśmy się do

otwartego morza naszą pirogą huśtało coraz bardziej.  Na brzegu po lewej dało

się wkrótce rozróżnić rozrzucone wśród zieleni domy i wystającą ponad zabudowę

sylwetkę wieży ciśnień z widocznym z daleka napisem “COCOBEACH” – to już

był Gabon – następny kraj na szlaku mojej wędrówki przez Czarny Kontynent… 

     >>>>>>>>>>>>>>>>>>CIĄG  DALSZY przejście do relacji z

Gabonu