Szlakiem egipskich oaz 2012. Cz.3: Oazy Dakhla i Kharga – Wojtek Dabrowski (Egipt3.htm)


After few days on the oasis trail I

reached Farafra Oasis. There are public buses twice a day to the next

destination – Dakhla, but on the evening and very early morning, so I

decided to find a private transport for me and my two companions from

Lithuania. Instead of going back to Cairo they decided to join on the next

segment.


 


In the morning we went to the “transport corner” on the

main street of Farafra. We were lucky to find there a minibus with a driver

sleeping inside. After some negotiations he agreed to take three of us for

300 Egyptian pounds to Mut – the main settlement in Dhakla Oasis, with

stopover in Qasr.  

 

Hot news from the route you will find, as always in English in my

travel log  in the globosapiens.net portal.

 


Po kilku dniach spędzonych na pustynnym szlaku szczęśliwie

dotarłem do egipskiej oazy Farafra. Stąd do kolejnego celu – odległej o 230 kilometrów

Oazy Dakhla dwa razy dziennie kursuje publiczny autobus. Ale odjeżdża tylko

wieczorem i nad ranem, co zupełnie mi nie odpowiadało.

Ale miałem szczęście: para

młodych podróżników z Litwy, która dołączyła do mnie w Siwie zamiast

zawrócić do Kairu zdecydowała się jechać ze mną jeszcze dalej. Rano

przyszliśmy z plecakami do centrum oazy, na róg przy którym zatrzymywały się

autobusy. Zbudziłem kierowcę śpiącego na siedzeniach stojącego tam

mikrobusu. Dogadaliśmy się szybko: za 300 funtów zabierze nas troje do Mut –

głównej osady w osadzie Dakhla. A po drodze zrobimy przerwę w Qasr, aby

zwiedzić tamtejszą medinę. Na wszelki wypadek sfotografowałem jego tablicę

rejestracyjną:

Jeszcze tylko ostatnie

spojrzenie na Farafrę i bez zwłoki ruszyliśmy w drogę. W pojeździe na

szczęście było dość paliwa, choć miejscowa stacja świeciła pustkami. 

 

Znowu

pędziliśmy przez Zachodnią Pustynię. Asfalt, przynajmniej na początku

wyglądał na świeży. I choć krajobraz na zdjęciu poniżej wydaje się bardzo

niegościnny to tego dnia po drodze zdarzały się nam ludzkie

osiedla, czyli oazy.

eg4283big.jpg

 

W niektórych stały takie oto

wieże z otworami. To nie są wcale jakieś starożytne systemy wentylujące wnętrza

domów tylko… gołębniki. W Egipcie gołąbki uchodzą za przysmak, hoduje się

je więc na spożycie – w takich właśnie gołębnikach…

 

eg4285big.jpg

Po wczorajszych atrakcjach krajobrazowych Białej

Pustyni oglądane dzisiaj nieliczne formy skalne nie robiły już na nas

takiego wrażenia:

eg4287big.jpg

Chyba niesłusznie, bo przy drodze

do Dakhli znaleźć można kilka ładnych miejsc…

Niektóre z nich przypominają

amerykańską Monument Valley. Tylko kolorystyka skał jest tu inna, w palecie

barw brak czerwieni:

eg4291big.jpg

Wszystkie te zdjęcia robiłem w

trakcie jazdy, bo program tego dnia mieliśmy bardzo rozbudowany i nie

chciałem marnować czasu na dodatkowe postoje.     

eg4292big.jpg

Przy szosie

pojawiły się na powrót znaki kilometrażu ustawiane co 10 kilometrów. Bardzo

wolno upływały nam te kilometry jazdy. Upał dawał się wszystkim we znaki. Dakhla jest bardzo dużą oazą, rozciągniętą wzdłuż szosy. Nie wiedziałem, czy

te 210 km to do jej pierwszych palm, czy też do osady Mut, będącej

administracyjnym centrum tej oazy.

 

Po dwóch godzinach jazdy kierowca sam przystanął w małej oazie, by w

czajhanie odpocząć i wypić herbatę.

eg4304.jpg
Zastaliśmy tam Egipcjanina

palącego wodną fajkę – sziszę. Nie miał nic przeciwko temu, by zrobić mu

zdjecie:

egOLY390szisza.jpg

Drugą co do

wielkości osadą w oazie Dakhla jest Qasr. Gdy tam dotarliśmy trafiłem akurat na moment, gdy

miejscowe dziewczęta, zakutane w tradycyjne arabskie chusty wychodziły ze

szkoły. Z żeńskiej szkoły. Bo chłopcy i dziewczęta pobierają tu nauki

osobno. 

Oaza Dakhla jest podobno

jedynym miejscem w Egipcie, gdzie tubylcy noszą słomkowe kapelusze. Zarówno

mężczyźni jak i niektóre kobiety. Bo kobiety z Dakhli są bardziej

wyemancypowane niż w innych rejonach Egiptu. Można tu zobaczyć np. kobiety –

urzędniczki, czy sprzedawczynie w sklepach… 

Qasr słynie z dobrze zachowanej starej mediny.

Nic dziwnego, że przy przelotowej ulicy stoi tablica pokazująca jak do nie

dojechać.

Zostawiliśmy nasz pojazd pod nowym meczetem,

który zbudowano pod glinianymi murami starego miasta. To właśnie te mury:

eg4340BIG.jpg

Ponad starą, tradycyjną

zabudowę wystaje minaret leciwego, nieczynnego już meczetu. On też został

wzniesiony z gliny, a dokładniej z nie wypalanej cegły, a następnie

“otynkowany” gliną. Żerdzie wystające z wieży na dwóch poziomach nie tylko

wzmacniają konstrukcje, ale po położeniu na nich deski staja sie

rusztowaniem, z którego można dokonywać napraw:

eg4338BIG.jpg

Kręcą się tu różne cwaniaczki

z nadzieją zarobienia na oprowadzaniu turystów. Ale wiedziałem z

przewodnika, że wstęp do starego miasta jest bezpłatny. Tam gdzie na murze

widać tablicę pisze, że tu mieści się muzeum. Drzwi były jednak na głucho

zamknięte…

eg4313BIG.jpg

Zagłębiłem się zatem w

pojedynkę w labirynt uliczek, zadaszonych przejść, tuneli łączących

niewielkie placyki.  W kilku miejscach ustawione są tablice, na których

po arabsku i po angielsku napisano, co to za obiekt… 

eg4319BIG.jpg

Medina (niektórzy nazywają ję

cytadelą) w Qasr jest bardzo ciekawa, ale kompletnie wyludniona. Filmowałem

i robiłem zdjęcia, gdy dogonił mnie jakiś wyrostek wykrzykując: -No video!

No video! A ponieważ wkrótce przyprowadził starszego kolegę z

identyfikatorem, to wypadało respektować zakaz…

 

egOLY397BIG.jpg

 

Starszy pan w galabiji zaprowadził mnie na mini-podwórko, gzie stały prasy

do wyciskania oliwy z oliwek. Upewniłem się, że nie oczekuje wynagrodzenia

za taką przysługę…

 

egOLY408BIG.jpg

 

Niektóre nadproża, wykonane z grubych,

drewnianych belek są tu bardzo pięknie rzeźbione:

 

egOLY403BIG.jpg

 

Potem

pokazali mi jeszcze maleńką medresę – dawną muzułmańską szkołę. Tu z kolei

można było podziwiać pięknie dekorowane portale:  

egOLY413BIG.jpg

A potem pojawiła się sugestia,

abym dał “bakszysz” w wysokości 20 funtów. Sorry, przecież pytałem na

początku, czy oczekujecie wynagrodzenia…

W godzinę później byliśmy już w Mut – największej

osadzie oazy Dakhla. Zaskoczyły mnie tu szerokie ulice i zupełnie

współczesna zabudowa. Kierowca zostawił nas w hoteliku Anwar, gdzie za 30

egipskich funtów zaproponowano mi pokój  – wprawdzie z łazienką na

korytarzu, ale za to z wliczonym skromnym śniadaniem. To czysty hotel. Nie

można tego powiedzieć o położonym w pobliżu “Garden Hotel”, gdzie pokoje

mają wprawdzie łazienki ale nie jest tak schludnie… 

Po obowiązkowym prysznicu wyruszyłem na miasto (Mut

jest rozległy, nowoczesny i zasługuje na to miano). Po około 10 minutach

marszu od hotelu Anwar krajobraz trochę się zmienił: uliczki stały się

wąskie i pojawiły się przy nich stare gliniaki.

 

Okazuje się, że u stóp wzgórza ocalało trochę

starej, tradycyjnej zabudowy, że mieszkają tu jeszcze ludzie i osiołki. 

 

 

 

 

Wiele starych domów leży już jednak w ruinie.

Pewien świat odchodzi…

eg4350BIG.jpg

Mogłem przypuszczać, że

tych rozpadających się domach teraz zamieszkuje już tylko miejscowa

biedota…

eg4369big.jpg
Ale na wzgórze warto wejść dla widoku miasta,

który się stamtąd otwiera. Na pierwszym lanie widać dachy gliniaków starej

części miasta. Nieco dalej za pasem palm – nowe budynki:

eg4359big.jpg

 

Ale teleobiektyw aparatu

pozwala spojrzeć nieco dalej. I ty dopiero widać, że Daklha rzeczywiście

jest oazą w pustyni – za zieloną palmiarnią  widać klif, a u jego stóp

– wielkie diuny:

eg4358big.jpg
Recepcjonista powiedział mi, że w okolicach tego

największego w oazie meczetu znajdę inernetową kafejkę. Daremnie szukałem –

ten gość tylko udaje dobrze poinformowanego. Internet w końcu znalazłem – na

nowym osiedlu w północnej części Mut działa salonik gier dla dzieci. Mają

dwa komputery dołączone do sieci. Zawiózł mnie tam jakiś uczynny

motocyklista – samemu trudno znaleźć to miejsce…

eg4372BIG.jpg

Tymczasem trzeba było znaleźć

coś do jedzenia. Z owocami i warzywami nie ma problemów. Ale gdzie kupić

chleb? Trzeba pytać ludzi… Dzieci w końcu zaprowadziły mnie do piekarni w

zaułku. Nie miała szuldu, ale przed tym okienkiem stała kolejka:

egOLY441BIG.jpg

Podałem piekarzowi

jednofuntową monetę. Myślałem, że w zamian dostanę 5-10 chlebowych placków.

Dostałem… 20! Taka jest cena dla miejscowych… Placki prosto w pieca

parzą ręce. Nie można ich wrzucić do plastykowej torby, bo skisną. Wzorem

miejscowych rozłożyłem je na wózku, który stał obok i dopiero po kwadransie,

gdy ostygły zabrałem do hotelu. Starczyły na długo – i mnie i moim

towarzyszom, z tórymi sie podzieliłem. 

egOLY442BIG.jpg

Moi Litwini postanowili przejechać ze mną jeszcze

jeden odcinek pustynnej trasy. Kolejnego poranka po śniadaniu mieliśmy

ruszyć lokalnym transportem do Khargi (to 200 km). Recepcjonista zapewniał,

że na tej ruchliwej trasie mikrobusy kursują co godzinę… Dopiero rano się

zreflektował: dziś piątek – święto, mikrobusy nie kursują! A państwowy bus

odjechał o szóstej rano!  Obok stał już właściciel osobowego samochodu

– jego kumpel. To oczywiście nie był przypadek. Strzeżcie się takich

“przypadków”! Pozostało tylko ostro się targować: zeszliśmy do 100 funtów za

osobę, z postojami na trasie. Pierwszy postój wypadł przy starej medinie w

Balat:

eg4396BIG.jpg

 

To bardzo ładna, stara medina, z zadaszonymi

odcinkami uliczek mającymi po 20 – 30 metrów. Zastanawiałem sie nawet, czy

ta medina w Balat nie jest ciekawsza od tej w Qasr… Warto tu zajrzeć:

eg4388big.jpg

 

Kilka kilometrów za Balat stanęliśmy wśród

typowego krajobrazu egipskiej oazy: poletko, kanał, palma, osiołek…

eg4405big.jpg

A powodem postoju były wielbłądy. Nie te żywe, bo

takich nie spotyka się już w egipskich oazach (szok!), ale kamienne. Stoją

tam dwie formy skalne przypominające wielbłądy. Tego akurat obsiadła egipska

wycieczka szkolna:

eg4407big.jpg

Drugi wielbłąd na szczęście

miał mniejsze “wzięcie”:

eg4412.jpg

 

Im

bliżej byliśmy Oazy Kharga tym lepsza była jakość asfaltu:

eg4419.jpg

 

Oprócz silnie zerodowanych skalistych wzgórz mieliśmy także i diuny:

eg4424.jpg

 

Diuny

są agresywne – tu pracowicie zasypują linie wysokiego napięcia do Dakhli:

eg4427.jpg

 

A kilka kilometrów dalej

uparły się, aby zasypać szosę. Człowiek walczył z nimi prze kilka lat, a

potem musiał się poddać. Zbudowano nowy odcinek asfaltowej szosy okrążający

agresywną diunę, a stara szosa ginie dziś pod piaskiem, na dowód tego, że

nie jest łatwo wygrać z przyrodą: 

eg4433big.jpg

 

A to

już Kharga – najbardziej “miejska” i nowoczesna oaza na moim szlaku: 

eg4498big.jpg

Hotelik Al Beida nie jest

łatwo odnaleźć w tej uliczce na zdjęciu powyżej, jego wejście (po prawej)

jest kiepsko oznakowane. Ale hotelik jest dobrze położony – zaledwie 150 m

od stacji busów.

Ta stacje busików widać na

zdjęciu poniżej po prawej stronie. A na wprost widać najładniejszy meczet,

który widziałem na szlaku oaz. Niestety to budowla współczesna – kończyli

właśnie prace budowlane…  

eg4501big.jpg

Kharga była kiedyś końcowym

punktem niesławnej “Drogi 40 Dni” – pustynnego szlaku, którym przez Saharę

pędzono na północ niewolników z krajów Czarnej Afryki.

Nieopodal meczetu, w uliczce

zaczynającej się naprzeciw stacji busów znalazłem ładny, kolorowy bazar: 

eg4493.jpg

Handluje sie na nim nie tylko

ciuchami, ale także przyprawani i suszonymi owocami:

eg4495big.jpg

Turystyczne klejnoty Khargi

znajdziecie jakieś 2 km za miastem – przy drodze do Asyut. Pierwszy z nich

to świątynia Hibis:

eg4444big.jpg

To o dziwo perska

świątynia, zbudowana w VI wieku pne. Persowie dotarli aż tutaj. Płaskorzeźby

na ścianach świątyni przedstawiają króla Dariusza oddającego cześć egipskim

bogom.

eg4446big.jpg

Świątynia Hibis jest

nadspodziewanie dobrze zachowana:

eg4445big.jpg

 

Jakiś

kilometr dalej po tej samej stronie szosy zobaczycie piękne palmy rosnące

przed nekropolią Bagawat:

eg4453big.jpg

To koptyjska nekropolia

składająca się z 256 kaplic rozrzuconych na pustynnych wzgórzach:

eg4456big.jpg

To bardzo ciekawy kompleks z

IV wieku naszej ery. Niestety trzeba zapłacić 30 funtów za wstęp:

eg4451big.jpg

 

Z niewypalonej cegły powstały

tu nawet piękne kolumnady: 

 

eg4465big.jpg

 

A w dwóch kaplicach w kopułach

zachowały się freski: 

 

eg4478big.jpg

Został mi do pokonania ostatni, newralgiczny

odcinek pustyni – z oazy Kharga do Luksoru. 300 ostatnich kilometrów…

Żle to wyglądało! Już na wjazdowym posterunku

wojskowym powiedziano mi, ze nowa bezposrednia szosa do Luksoru jest

zamknięta “ze względu na bezpieczeństwo”.

Pod wieczór znalazłem

właściciela prywatnego wozu, który zaklinał się, że za 500 funtów jutro rano

mnie zawiezie. Nie przyjechał. Rano dzwonili po innych taksówkarzy. Wszyscy

zgodnie powtarzali: szosa zamknięta nawet dla prywatnych wozów!

Nie miałem wyjścia – musiałem

jechać takim minibusem najpierw przez pustynię do Asyut nad Nilem. A dopiero

stamtąd do Luksoru.

eg4508.jpg

No i pojechałem… Znowu przez

pustynię…

eg4509.jpg

Asyut to wielkie, zatłoczone

miasto. to juz inny świat: 

eg4513BIG.jpg
eg4514.jpg

Dotarłem na stację kolejową.

Pociąg bedzie za 2 godziny – o 13.00, ale biletów nie ma!  Przyjdź na

godzinę przed odjazdem, może coś da się zrobić.

Na zdjęciu

poniżej stacja w Asyut. Zegar nieczynny….

eg4516big.jpg

Cud sie zdarzył: pojawił się

jeden jedyny bilet, ale aż do Assuanu, dwukrotnie droższy. Zapłaciłem

szczęśliwy i pomaszerowałem na peron. 

 

eg4523big.jpg

Na peronie czekałem z tłumem ponad 3 godziny. Bo

demonstranci 60 km przed stacja zablokowali tor, by przybyły władze i

wysłuchały ich opinii o egipskiej rewolucji:

eg4522big.jpg
eg4525.jpg
Do Luksoru dotarłem o 21.30.

Pokoik z łazienką w czystym i pustym hoteliku

Happy Land kosztował 80 funtów.

Następnego dnia miałem czas by przypomnieć sobie

Luksor – jego monumentalne starożytne świątynie. Tu Luksor Temple:

eg4551BIG.jpg

A tu Karnak: 

eg4574BIG.jpg

Ale niestety przekonałem się,

że to juz nie ten sam Luksor, co w 1976 roku. Teraz turysta jest tu bez

przerwy atakowany przez właścicieli feluk, dorożek, sprzedawców,

przewodników…. Ufff…

Najlepiej uciec na bazar, tam turyści nie

bywają i jest spokój:

eg4619BIG.jpg

Wieczorem odleciałem do Kairu,

stamtąd przez Warszawę do Gdańska. W Warszawie były minus 4 stopnie!

Jeszcze jedna fascynująca

podróż nieprzetartym szlakiem dobiegła końca!

 


You can read about this expedition in

English in my

travel log:
www.globosapiens.net/travellog/wojtekd
 
 

Zapisywane “na gorąco” wiadomości z trasy umieszczałem w moim

dzienniku podróży prowadzonym po angielsku w serwisie globosapiens.net .