After few days on the oasis trail I
reached Farafra Oasis. There are public buses twice a day to the next
destination – Dakhla, but on the evening and very early morning, so I
decided to find a private transport for me and my two companions from
Lithuania. Instead of going back to Cairo they decided to join on the next
segment.

In the morning we went to the “transport corner” on the
main street of Farafra. We were lucky to find there a minibus with a driver
sleeping inside. After some negotiations he agreed to take three of us for
300 Egyptian pounds to Mut – the main settlement in Dhakla Oasis, with
stopover in Qasr.
Hot news from the route you will find, as always in English in my
travel log in the globosapiens.net portal.
Po kilku dniach spędzonych na pustynnym szlaku szczęśliwie
dotarłem do egipskiej oazy Farafra. Stąd do kolejnego celu – odległej o 230 kilometrów
Oazy Dakhla dwa razy dziennie kursuje publiczny autobus. Ale odjeżdża tylko
wieczorem i nad ranem, co zupełnie mi nie odpowiadało.
Ale miałem szczęście: para
młodych podróżników z Litwy, która dołączyła do mnie w Siwie zamiast
zawrócić do Kairu zdecydowała się jechać ze mną jeszcze dalej. Rano
przyszliśmy z plecakami do centrum oazy, na róg przy którym zatrzymywały się
autobusy. Zbudziłem kierowcę śpiącego na siedzeniach stojącego tam
mikrobusu. Dogadaliśmy się szybko: za 300 funtów zabierze nas troje do Mut –
głównej osady w osadzie Dakhla. A po drodze zrobimy przerwę w Qasr, aby
zwiedzić tamtejszą medinę. Na wszelki wypadek sfotografowałem jego tablicę
rejestracyjną:

Jeszcze tylko ostatnie
spojrzenie na Farafrę i bez zwłoki ruszyliśmy w drogę. W pojeździe na
szczęście było dość paliwa, choć miejscowa stacja świeciła pustkami.

Znowu
pędziliśmy przez Zachodnią Pustynię. Asfalt, przynajmniej na początku
wyglądał na świeży. I choć krajobraz na zdjęciu poniżej wydaje się bardzo
niegościnny to tego dnia po drodze zdarzały się nam ludzkie
osiedla, czyli oazy.

W niektórych stały takie oto
wieże z otworami. To nie są wcale jakieś starożytne systemy wentylujące wnętrza
domów tylko… gołębniki. W Egipcie gołąbki uchodzą za przysmak, hoduje się
je więc na spożycie – w takich właśnie gołębnikach…

Po wczorajszych atrakcjach krajobrazowych Białej
Pustyni oglądane dzisiaj nieliczne formy skalne nie robiły już na nas
takiego wrażenia:


Chyba niesłusznie, bo przy drodze
do Dakhli znaleźć można kilka ładnych miejsc…
Niektóre z nich przypominają
amerykańską Monument Valley. Tylko kolorystyka skał jest tu inna, w palecie
barw brak czerwieni:

Wszystkie te zdjęcia robiłem w
trakcie jazdy, bo program tego dnia mieliśmy bardzo rozbudowany i nie
chciałem marnować czasu na dodatkowe postoje.


Przy szosie
pojawiły się na powrót znaki kilometrażu ustawiane co 10 kilometrów. Bardzo
wolno upływały nam te kilometry jazdy. Upał dawał się wszystkim we znaki. Dakhla jest bardzo dużą oazą, rozciągniętą wzdłuż szosy. Nie wiedziałem, czy
te 210 km to do jej pierwszych palm, czy też do osady Mut, będącej
administracyjnym centrum tej oazy.
Po dwóch godzinach jazdy kierowca sam przystanął w małej oazie, by w
czajhanie odpocząć i wypić herbatę.

palącego wodną fajkę – sziszę. Nie miał nic przeciwko temu, by zrobić mu
zdjecie:


Drugą co do
wielkości osadą w oazie Dakhla jest Qasr. Gdy tam dotarliśmy trafiłem akurat na moment, gdy
miejscowe dziewczęta, zakutane w tradycyjne arabskie chusty wychodziły ze
szkoły. Z żeńskiej szkoły. Bo chłopcy i dziewczęta pobierają tu nauki
osobno.
Oaza Dakhla jest podobno
jedynym miejscem w Egipcie, gdzie tubylcy noszą słomkowe kapelusze. Zarówno
mężczyźni jak i niektóre kobiety. Bo kobiety z Dakhli są bardziej
wyemancypowane niż w innych rejonach Egiptu. Można tu zobaczyć np. kobiety –
urzędniczki, czy sprzedawczynie w sklepach…


Nic dziwnego, że przy przelotowej ulicy stoi tablica pokazująca jak do nie
dojechać.
Zostawiliśmy nasz pojazd pod nowym meczetem,
który zbudowano pod glinianymi murami starego miasta. To właśnie te mury:

Ponad starą, tradycyjną
zabudowę wystaje minaret leciwego, nieczynnego już meczetu. On też został
wzniesiony z gliny, a dokładniej z nie wypalanej cegły, a następnie
“otynkowany” gliną. Żerdzie wystające z wieży na dwóch poziomach nie tylko
wzmacniają konstrukcje, ale po położeniu na nich deski staja sie
rusztowaniem, z którego można dokonywać napraw:

Kręcą się tu różne cwaniaczki
z nadzieją zarobienia na oprowadzaniu turystów. Ale wiedziałem z
przewodnika, że wstęp do starego miasta jest bezpłatny. Tam gdzie na murze
widać tablicę pisze, że tu mieści się muzeum. Drzwi były jednak na głucho
zamknięte…

Zagłębiłem się zatem w
pojedynkę w labirynt uliczek, zadaszonych przejść, tuneli łączących
niewielkie placyki. W kilku miejscach ustawione są tablice, na których
po arabsku i po angielsku napisano, co to za obiekt…

Medina (niektórzy nazywają ję
cytadelą) w Qasr jest bardzo ciekawa, ale kompletnie wyludniona. Filmowałem
i robiłem zdjęcia, gdy dogonił mnie jakiś wyrostek wykrzykując: -No video!
No video! A ponieważ wkrótce przyprowadził starszego kolegę z
identyfikatorem, to wypadało respektować zakaz…

Starszy pan w galabiji zaprowadził mnie na mini-podwórko, gzie stały prasy
do wyciskania oliwy z oliwek. Upewniłem się, że nie oczekuje wynagrodzenia
za taką przysługę…

Niektóre nadproża, wykonane z grubych,
drewnianych belek są tu bardzo pięknie rzeźbione:

Potem
pokazali mi jeszcze maleńką medresę – dawną muzułmańską szkołę. Tu z kolei
można było podziwiać pięknie dekorowane portale:

A potem pojawiła się sugestia,
abym dał “bakszysz” w wysokości 20 funtów. Sorry, przecież pytałem na
początku, czy oczekujecie wynagrodzenia…

W godzinę później byliśmy już w Mut – największej
osadzie oazy Dakhla. Zaskoczyły mnie tu szerokie ulice i zupełnie
współczesna zabudowa. Kierowca zostawił nas w hoteliku Anwar, gdzie za 30
egipskich funtów zaproponowano mi pokój – wprawdzie z łazienką na
korytarzu, ale za to z wliczonym skromnym śniadaniem. To czysty hotel. Nie
można tego powiedzieć o położonym w pobliżu “Garden Hotel”, gdzie pokoje
mają wprawdzie łazienki ale nie jest tak schludnie…
Po obowiązkowym prysznicu wyruszyłem na miasto (Mut
jest rozległy, nowoczesny i zasługuje na to miano). Po około 10 minutach
marszu od hotelu Anwar krajobraz trochę się zmienił: uliczki stały się
wąskie i pojawiły się przy nich stare gliniaki.


starej, tradycyjnej zabudowy, że mieszkają tu jeszcze ludzie i osiołki.
Wiele starych domów leży już jednak w ruinie.
Pewien świat odchodzi…

Mogłem przypuszczać, że
tych rozpadających się domach teraz zamieszkuje już tylko miejscowa
biedota…

który się stamtąd otwiera. Na pierwszym lanie widać dachy gliniaków starej
części miasta. Nieco dalej za pasem palm – nowe budynki:

Ale teleobiektyw aparatu
pozwala spojrzeć nieco dalej. I ty dopiero widać, że Daklha rzeczywiście
jest oazą w pustyni – za zieloną palmiarnią widać klif, a u jego stóp
– wielkie diuny:

największego w oazie meczetu znajdę inernetową kafejkę. Daremnie szukałem –
ten gość tylko udaje dobrze poinformowanego. Internet w końcu znalazłem – na
nowym osiedlu w północnej części Mut działa salonik gier dla dzieci. Mają
dwa komputery dołączone do sieci. Zawiózł mnie tam jakiś uczynny
motocyklista – samemu trudno znaleźć to miejsce…

Tymczasem trzeba było znaleźć
coś do jedzenia. Z owocami i warzywami nie ma problemów. Ale gdzie kupić
chleb? Trzeba pytać ludzi… Dzieci w końcu zaprowadziły mnie do piekarni w
zaułku. Nie miała szuldu, ale przed tym okienkiem stała kolejka:

Podałem piekarzowi
jednofuntową monetę. Myślałem, że w zamian dostanę 5-10 chlebowych placków.
Dostałem… 20! Taka jest cena dla miejscowych… Placki prosto w pieca
parzą ręce. Nie można ich wrzucić do plastykowej torby, bo skisną. Wzorem
miejscowych rozłożyłem je na wózku, który stał obok i dopiero po kwadransie,
gdy ostygły zabrałem do hotelu. Starczyły na długo – i mnie i moim
towarzyszom, z tórymi sie podzieliłem.

Moi Litwini postanowili przejechać ze mną jeszcze
jeden odcinek pustynnej trasy. Kolejnego poranka po śniadaniu mieliśmy
ruszyć lokalnym transportem do Khargi (to 200 km). Recepcjonista zapewniał,
że na tej ruchliwej trasie mikrobusy kursują co godzinę… Dopiero rano się
zreflektował: dziś piątek – święto, mikrobusy nie kursują! A państwowy bus
odjechał o szóstej rano! Obok stał już właściciel osobowego samochodu
– jego kumpel. To oczywiście nie był przypadek. Strzeżcie się takich
“przypadków”! Pozostało tylko ostro się targować: zeszliśmy do 100 funtów za
osobę, z postojami na trasie. Pierwszy postój wypadł przy starej medinie w
Balat:

To bardzo ładna, stara medina, z zadaszonymi
odcinkami uliczek mającymi po 20 – 30 metrów. Zastanawiałem sie nawet, czy
ta medina w Balat nie jest ciekawsza od tej w Qasr… Warto tu zajrzeć:

Kilka kilometrów za Balat stanęliśmy wśród
typowego krajobrazu egipskiej oazy: poletko, kanał, palma, osiołek…

A powodem postoju były wielbłądy. Nie te żywe, bo
takich nie spotyka się już w egipskich oazach (szok!), ale kamienne. Stoją
tam dwie formy skalne przypominające wielbłądy. Tego akurat obsiadła egipska
wycieczka szkolna:

Drugi wielbłąd na szczęście
miał mniejsze “wzięcie”:

Im
bliżej byliśmy Oazy Kharga tym lepsza była jakość asfaltu:

Oprócz silnie zerodowanych skalistych wzgórz mieliśmy także i diuny:

Diuny
są agresywne – tu pracowicie zasypują linie wysokiego napięcia do Dakhli:

A kilka kilometrów dalej
uparły się, aby zasypać szosę. Człowiek walczył z nimi prze kilka lat, a
potem musiał się poddać. Zbudowano nowy odcinek asfaltowej szosy okrążający
agresywną diunę, a stara szosa ginie dziś pod piaskiem, na dowód tego, że
nie jest łatwo wygrać z przyrodą:

A to
już Kharga – najbardziej “miejska” i nowoczesna oaza na moim szlaku:

Hotelik Al Beida nie jest
łatwo odnaleźć w tej uliczce na zdjęciu powyżej, jego wejście (po prawej)
jest kiepsko oznakowane. Ale hotelik jest dobrze położony – zaledwie 150 m
od stacji busów.
Ta stacje busików widać na
zdjęciu poniżej po prawej stronie. A na wprost widać najładniejszy meczet,
który widziałem na szlaku oaz. Niestety to budowla współczesna – kończyli
właśnie prace budowlane…


Kharga była kiedyś końcowym
punktem niesławnej “Drogi 40 Dni” – pustynnego szlaku, którym przez Saharę
pędzono na północ niewolników z krajów Czarnej Afryki.
Nieopodal meczetu, w uliczce
zaczynającej się naprzeciw stacji busów znalazłem ładny, kolorowy bazar:

Handluje sie na nim nie tylko
ciuchami, ale także przyprawani i suszonymi owocami:

Turystyczne klejnoty Khargi
znajdziecie jakieś 2 km za miastem – przy drodze do Asyut. Pierwszy z nich
to świątynia Hibis:

To o dziwo perska
świątynia, zbudowana w VI wieku pne. Persowie dotarli aż tutaj. Płaskorzeźby
na ścianach świątyni przedstawiają króla Dariusza oddającego cześć egipskim
bogom.

Świątynia Hibis jest
nadspodziewanie dobrze zachowana:

Jakiś
kilometr dalej po tej samej stronie szosy zobaczycie piękne palmy rosnące
przed nekropolią Bagawat:

To koptyjska nekropolia
składająca się z 256 kaplic rozrzuconych na pustynnych wzgórzach:

To bardzo ciekawy kompleks z
IV wieku naszej ery. Niestety trzeba zapłacić 30 funtów za wstęp:

Z niewypalonej cegły powstały
tu nawet piękne kolumnady:

A w dwóch kaplicach w kopułach
zachowały się freski:


odcinek pustyni – z oazy Kharga do Luksoru. 300 ostatnich kilometrów…
Żle to wyglądało! Już na wjazdowym posterunku
wojskowym powiedziano mi, ze nowa bezposrednia szosa do Luksoru jest
zamknięta “ze względu na bezpieczeństwo”.
Pod wieczór znalazłem
właściciela prywatnego wozu, który zaklinał się, że za 500 funtów jutro rano
mnie zawiezie. Nie przyjechał. Rano dzwonili po innych taksówkarzy. Wszyscy
zgodnie powtarzali: szosa zamknięta nawet dla prywatnych wozów!
Nie miałem wyjścia – musiałem
jechać takim minibusem najpierw przez pustynię do Asyut nad Nilem. A dopiero
stamtąd do Luksoru.

No i pojechałem… Znowu przez
pustynię…

Asyut to wielkie, zatłoczone
miasto. to juz inny świat:


Dotarłem na stację kolejową.
Pociąg bedzie za 2 godziny – o 13.00, ale biletów nie ma! Przyjdź na
godzinę przed odjazdem, może coś da się zrobić.
Na zdjęciu
poniżej stacja w Asyut. Zegar nieczynny….

Cud sie zdarzył: pojawił się
jeden jedyny bilet, ale aż do Assuanu, dwukrotnie droższy. Zapłaciłem
szczęśliwy i pomaszerowałem na peron.

Na peronie czekałem z tłumem ponad 3 godziny. Bo
demonstranci 60 km przed stacja zablokowali tor, by przybyły władze i
wysłuchały ich opinii o egipskiej rewolucji:


Pokoik z łazienką w czystym i pustym hoteliku
Happy Land kosztował 80 funtów.

Luksor – jego monumentalne starożytne świątynie. Tu Luksor Temple:

A tu Karnak:

Ale niestety przekonałem się,
że to juz nie ten sam Luksor, co w 1976 roku. Teraz turysta jest tu bez
przerwy atakowany przez właścicieli feluk, dorożek, sprzedawców,
przewodników…. Ufff…
Najlepiej uciec na bazar, tam turyści nie
bywają i jest spokój:

Wieczorem odleciałem do Kairu,
stamtąd przez Warszawę do Gdańska. W Warszawie były minus 4 stopnie!
Jeszcze jedna fascynująca
podróż nieprzetartym szlakiem dobiegła końca!
You can read about this expedition in
English in my
travel log:
www.globosapiens.net/travellog/wojtekd