Szlakiem egipskich oaz 2012. Cz.1: Aleksandria i Siwa – Wojtek Dabrowski (Egipt1.htm)


At the end of March 2012 I departed for the new expedition to

the oases of Egypt. I had a chance to buy a cheap ticket Gdansk – Warsaw –

Cairo. I have been before to Sinai and Nile Valley, but I haven’t been to Egyptian

Sahara:

Hot news from the route you will find, as always in English in my

travel log  in the globosapiens.net portal.


To była okazja. Bilet powrotny na rejsowy samolot z

Gdańska przez Warszawę do Kairu za 570 złotych!  Znam Synaj i Dolinę

Nilu, ale nigdy nie byłem w oazach Egiptu. Trudno nie wykorzystać takiej

szansy… Spakowałem więc plecak i w końcu marca 2012 poleciałem do Kairu z zamiarem odwiedzenia Aleksandrii i

następnie kolejnych

saharyjskich oaz – szlakiem pokazanym na mapce obok. Gdy odlatywałem z

Polski nie wiedziałem, czy uda mi

się zrealizować cały plan. W przewodnikach wyczytałem, że na dwóch odcinkach tego szlaku między

oazami nie ma żadnego publicznego transportu. Czy będzie jakiś sposób na

pokonanie tych fragmentów pustyni? To miało się okazać dopiero na miejscu. Ciekaw

też byłem, czy na tym pustynnym szlaku spotkam jakichkolwiek innych

podróżników z Europy czy Ameryki. Zapowiadała się nowa, fascynująca

przygoda – odkrywanie czegoś nieznanego… Odkrywanie również po to, by pokazać ten

nowy szlak innym.

W kilka

miesięcy po rewolucji sytuacja w

Egipcie była wciąż podgrzana. Zachodnie kraje ostrzegały swoich obywateli

przez atakami terrorystycznymi, ale ja słusznie przypuszczam, że nie dotyczy to trampów,

którzy wędrują przez Egipt w wytartych dżinsach, z plecakiem na grzbiecie.

Do stolicy Egiptu przyleciałem

w środku nocy. Nie chciałem jednak zatrzymywać się w Kairze – nie lubię tego

zatłoczonego i zadymionego miasta. Udało mi się ustalić, że o szóstej rano z

przystanku autobusowego na lotnisku odjeżdża bezpośredni autobus do

Aleksandrii. Kosztuje 45 funtów egipskich (za 1 dolara płacili 6 funtów).

Trzy godziny jechaliśmy tzw. desert highway (alternatywna trasa wiedzie

przez deltę), by w końcu wysiąść na terminalu Mawas (wym. Małas) na

wschodnich peryferiach miasta. Ten terminal to po prostu kawałek

zaśmieconego placu z kilkoma zaniedbanymi budkami kas. Widać to na zdjęciu

obok. Żadnych napisów po angielsku.

Za przejazd do centrum – na

Corniche – nadbrzeżny bulwar, gdzie miałem zarezerwowany hotelik napastliwi taksówkarze chcieli

20 funtów. Ja jednak wolałem zbiorowy transport – mikrobus-gruchot dowiózł

mnie tam za 1 funta. Hotelik “Queen” znalazłem w przecznicy nadmorskiego

bulwaru. Pokoik na 7 piętrze był ciasny, ale miał o dziwo własny taras. A z

niego taki oto widok na miasto i zatokę: 

eg3678big.jpg

Dobrą mapkę Aleksandrii znajdziecie tutaj:

www.planetware.com/i/map/EGY/alexandria-center-map.jpg

Założona przez Aleksandra Wielkiego w 331 roku pne

Aleksandria jest drugim co do wielkości miastem Egiptu – ma ponad 4 miliony

mieszkańców. Miasto rozciągnięte jest wzdłuż morza na 32 kilometry. Tak prezentował się nadbrzeżny bulwar, gdy po krótkim odpoczynku wybrałem

się na spacer po mieście:

eg3675big.jpg

 

Już wtedy pomyślałem, że Aleksandria, choć tak rzadko odwiedzana przez

zagranicznych turystów bardziej mi się podoba niż Kair. Panuje tu taka atmosfera

jak w innych portach Morza Śródziemnego. Mężczyźni przesiadują przy

wystawionych na chodnik kawiarnianych stolikach. Tylko kobiet w kawiarniach nie

widać.

 

U krańca bulwaru jest mały, ale malowniczy port rybacki:

eg3705big.jpg

Jeszcze dalej za tym rybackim porcikiem

znajdziecie starą cytadelę (Fort Qaitbay), a w niej niewielkie muzeum

morskie. Obok mieści się także małe akwarium. Ta część miasta to ulubiony

spacerowy deptak –  uczęszczany nie tylko przez turystów, ale także

przez miejscowych. W kramach można kupić ciekawe pamiątki. Niektóre z nich

pochodzą z Morza Czerwonego. 🙂  Warto się targować:

eg024OLYBIG.jpg

 Cytadela w Aleksandrii podobno wzniesiona

została na gruzach Pharos – słynnej w starożytności aleksandryjskiej latarni

morskiej, która zaliczana była do siedmiu cudów starożytnego świata. Dziś

latarnię można podziwiać jedynie na rycinach – a tak wygląda jej makieta: 

 Był piątek – muzułmański

dzień świąteczny. Na nabrzeżu cytadeli nie widziałem zagranicznych turystów.

Ostatnie wydarzenia w Egipcie sprawiają, że jeśli w ogóle przyjeżdżają, to

raczej do zamkniętych ośrodków wypoczynkowych nad Morzem Czerwonym. Było za

to sporo Egipcjan. Pili herbatę serwowaną w ulicznych garkuchniach i palili

szisze – wodne fajki.

W takim dużym mieście surowe 

muzułmańskie obyczaje separujące kobiety od mężczyzn nie są tak

rygorystycznie przestrzegane jak np na prowincji. Widziałem tam pary

zakochanych…

Aleksandria zasłynęła również

ze swej biblioteki, założonej w III wieku pne i spalonej w 48 roku przez

Juliusz Cezara. W pobliżu miejsca, gdzie stała starożytna biblioteka w 2002

otwarto nową instytucję, która kontynuuje jej tradycje. Mieści między innymi

kolekcję cennych papirusów:

eg3716big.jpg

 

Biblioteca Alexandrina zadziwia śmiałością i

oryginalnością architektonicznych rozwiązań:

eg3719big.jpg

Tuż nadmorskim bulwarze, przy

dużym skwerze nazywanym Midan Saad Zaghlul stoi  Ibrahim Mosque – jeden

z ładniejszych meczetów Aleksandrii.

 

 

 

 

Gdy dyskretnie zajrzałem do

środka kilku wyznawców Allacha akurat odprawiało modły. Zrobiłem dyskretnie

zdjęcie (poniżej) Wytrawni

podróżnicy wielokrotnie zapewne byli świadkami takiej modlitwy. Ale wydaje

mi się, że niewiele podróżniczek widziało taką modlitwę. Modlący się akurat

uderzają czołem o ziemię. Takie czynności podczas standardowej modlitwy

wykonują kilkakrotnie: 

eg3728big.jpg

W Aleksandrii jest też polski

ślad. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wielu działała tu Polska Misja

Archeologiczna pod kierunkiem prof. Kazimierza Michałowskiego, która odkryła

fragmenty rzymskiej części miasta z pięknym amfiteatrem:     

eg3784big.jpg

100 kilometrów

na zachód od Aleksandrii, na wybrzeżu morskim leży miasteczko El Alamein.

Pod nim miała miejsce jedna z najważniejszych bitew drugiej wojny światowej.

Chciałem zobaczyć to miejsce. Można tam dojechać mikrobusem z tego samego

terminalu Małas na peryferiach Aleksandrii. Na zapleczu stacji autobusowej

znalazłem przystanki service-taxis czyli zbiorowych mikrobusów. Jak widać na

zdjęciu obok – opisane wyłącznie po arabsku. Trzeba pytać, pytać, pytać…

Na szczęście w dużym mieście wielu młodych ludzi mówi gorzej lub lepiej po

angielsku. Za przejazd biorą tylko 7 funtów egipskich. (Za jednego dolara

płacili 6 funtów). 

Po półtorej

godziny wariackiej jazdy dwujezdniową szosą, która biegnie jednak daleko od

morskiego brzegu znalazłem się w małym miasteczku El Alamein, w jego centrum

położonym kilometr na południe od tej szosy. Tu nie ma nic do zobaczenia,

ale warto uzupełnić zapas napojów i jedzenia w całkiem przyzwoitych

sklepach.

 

 

 

Potem i tak trzeba

pomaszerować obok tego ładnego meczeciku – najpierw do muzeum. To nowy i

bardzo ciekawy obiekt. Każda z walczących nacji ma tu osobną salę. A w

ogrodzie stoją czołgi i działa…  Za wstęp trzeba zapłacić 20 funtów

(za możliwość fotografowania kolejne 20 funtów). Warto.

Właściwie to były 2 bitwy pod

El Alamein: w pierwszej, w lipcu 1942 alianci zatrzymali nazistów

zmierzających do opanowania Kanału Sueskiego i arabskich pól naftowych. W

drugiej – w październiku/listopadzie tegoż roku alianci przełamali front i

odrzucili niemiecko-włoskie siły aż do Tunezji.

eg3751big.jpg

 

Przy muzealnej ulicy, ale bliżej miasteczka jest także wejście na cmentarz

aliancki, na którym w piachu pustyni pochowanych jest 7200 poległych.

Rozmiary cmentarza robią wrażenie. I choć Polacy tu nie walczyli znalazłem

przypadkowo jedno polskie nazwisko pod orłem i napisem “polish forces” Przed

nazwiskiem wyryto skrót kpl.  Czy to był polski kapelan wojskowy?

 

eg3760big.jpg

Cmentarze:

niemiecki i włoski znajdują sie około 20 kilometrów na zachód od miasta.

Samo dzisiejsze El Alamein to wielkie wczasowisko. Nie dla zagranicznych turystów, ale dla

Egipcjan, przyjeżdżających tu w najgorętszych miesiącach lata. Jest piękna

laguna. Na mierzei luksusowe wille. A po stronie lądu szczelnie ogrodzone

wielkie ośrodki wczasowe. W kwietniu jeszcze puste:

eg3779big.jpg

W kompleksie wypoczynkowych

ośrodków wybudowano nawet duży meczet pomalowany złotą farbą  🙂 . Ale

wszystko to jest tak pilnie strzeżone przez całe plutony ochroniarzy, że nie

udało mi się dotrzeć do plaży El Alamein!   Takie kompleksy

turystyczne o egzotycznych nazwach ciągną się całymi kilometrami poczynając

od Aleksandrii  i życzę powodzenia tym, którzy będą próbowali

przedostać się przez te bariery i płoty na morski brzeg…

 

 

 

 

Wróciłem na nocleg do

Aleksandrii, kupując przy okazji na terminalu, w przedsprzedaży bilet na

następny dzień na duży autobus (oni nazywają go VIP) do Oazy Siwa. Było to

trafione posunięcie, bo w tym kierunku odjeżdżają tylko 3 autobusy dziennie (o 8.30,

11.00 i 15.00) i w dniu wyjazdu o bilety jest trudno. Bilet na 8-godzinną

trasę kosztował 45 egipskich funtów.  

Poranek na ulicach

4-milionowej Aleksandrii. Korki na jezdniach. Ryk klaksonów. Bałem się, że

utknę gdzieś na trasie wiodącej na peryferie. Lepiej wcześniej wyjść z

hoteliku. A za oknem codzienne teatrum: ludzie zjadający w pośpiechu

śniadanie w ulicznych garkuchniach – czasem o krok od stert rozkładających

się odpadków – jak na zdjęciu obok.

Na Mawas Station powitał mnie

szereg bezrobotnych pucybutów. Nie mają zbyt wiele zajęć…

Który to ten mój autobus? Na

tablicach kierunkowych nie ma nic w łacińskim alfabecie… Znowu trzeba

pytać… Najlepiej dwóch niezależnych informatorów. Pierwszy powiedział, że

autobus do Siwy jeszcze nie przyjechał. Tymczasem bus stał na placu,

wypełniony Arabami. Na szczęście przestrzegają tu numeracji miejsc, więc to,

że wsiadałem w ostatniej chwili nie miało znaczenia. Za przyjęcie plecaka do

bagażnika musiałem zapłacić dodatkowe 5 funtów. I pojechaliśmy – znaną trasą

w kierunku El Alamein. 


 

Bardzo rzadko po prawej stronie szosy majaczyło na horyzoncie turkusowe

morze – zawiodłem się, to nie jest wcale widokowa trasa. Szosa do Libii

poprowadzona jest w odległości kilkuset metrów od brzegu.

Przy szosie pojawiały się za

to takie oto oryginalne budowle. Co to takiego?  Otóż są to popularne w

całym Egipcie gołębniki. A gołębie hoduje się tu nie w ramach hobby, ale dla

celów konsumpcyjnych…

 

 W południe

dotarliśmy do Marsa Matruh – największego egipskiego miasta na zachód od

Aleksandrii. Marsa reklamuje się jako nadmorski kurort… Kierowca zawołał

mnie -Mister, mister!   I nie bez trudu wyjaśnił, że mamy tu aż 1,5 godziny

postoju. Dlaczego? Zapewne na najważniejszą w ciągu dnia południową

muzułmańską modlitwę. A także na posiłek, bo na pokładzie autobusu VIP nie

podają nawet wody mineralnej…  Postanowiłem wykorzystać ten czas, by

zobaczyć najciekawszą część miasta – nadmorski bulwar. Zatrzymałem publiczny

mikrobus, który za pół funta powiózł mnie z terminalu prosto w dół, w

okolice bazaru:

 

eg3811.jpg

A na bazarze toczyło się

zwyczajne życie egipskiego miasteczka: z pieców wyciągano chobz – gorące

placki chlebowe (zdjęcie obok), a cierpliwe osiołki ze stoickim spokojem

czekały, aż ich właściciele załatwią sprawunki w straganach:

eg3813big.jpg

Z bazaru na brzeg zatoki jest

jeszcze około 300 metrów. W końcu stanąłem przy balustradzie na nadmorskim

bulwarze. W dole miałem białą plażę. A po lewej – bajecznie turkusowe morze.

-Tam, po przeciwnej stronie zatoki jest plaża Rommla i jego muzeum,

urządzone w schronie marszałka – poinformował mnie miejscowy mądrala…

eg3820big.jpg

Jak widać, na plaży nie było

amatorów opalania i kąpieli, jedynie spacerowicze. A temperatura wody była

taka, jak w Bałtyku latem… Ale ja musiałem raczej myśleć o tym, by nie

spóźnić się na mój autobus. Popatrzyłem raz jeszcze na bajeczny koloryt wody

w zatoce. Za kilka godzin miałem znaleźć się 300 kilometrów dalej na

południe – na pustyni. Tam raczej takich widoków nie będzie!

eg3834big.jpg

 Zdążyłem. Autobus

odjechał o czasie. Kilkanaście kilometrów za miastem skręciliśmy z szosy

prowadzącej ku libijskiej granicy na południe. Kierowca wciąż puszczał z

odtwarzacza tą samą, trwającą 51 minut modlitwę. Miałem jej odsłuchać

jeszcze wiele razy…

Prowadząca przez płaskie pustkowie szosa była teraz wąska, ale asfalt wciąż

dobry. Jedynym urozmaiceniem krajobrazu na tym odcinku były… posterunki

wojskowe. na jednym z nich prymitywni żołnierze “przetrzepali” nawet nasze

bagaże.

eg3838.jpg

Dochodziła siedemnasta. gdy na

horyzoncie przed nami pojawiły się nareszcie jakieś wzgórza – to była oaza Siwa!  Piszą

o niej, że to najbardziej odizolowana oaza Egiptu. Leży zaledwie 50 km od

przebiegającej przez szczerą pustynię granicy Libii.

eg3841.jpg

 

Pierwsze efektowne wzniesienie, które mijaliśmy

po wjeździe do Siwy to Dżebel al Mawta. Czyli Góra Umarłych. Cały jej

wierzchołek pokryty jest otworami wykutych w skale cel grobowych. Grobowce

pochodzą z różnych okresów. Niektóre zdobione są malowidłami: 

eg3852big.jpg

 

Rzadko zdajemy sobie sprawę z

tego, ze Oaza Siwa jest rozległa – rozciąga się na obszarze 80 na 20

kilometrów. Jej centralnym punktem i zarazem najciekawszą osadą jest Shali.

I tu właśnie kończą bieg autobusy… Na głównym placu jest kilka dobrze

zaopatrzonych sklepików.

eg3858.jpg

A w odległości 50 metrów od

niego – w przecznicy znalazłem najtańszy miejscowy hotelik “Palm Trees”. Ma

piękny ogród z palmami… i koszmarne moskity. Warto przywieźć moskitierę!

Za pokój we frontowym budynku płaciłem 35 funtów. Pawilony w ogrodzie mają

lepszy standard, ale są droższe.

Na wzgórzu w centrum Shali

stoją opuszczone ruiny glinianej cytadeli. Przed zachodem słońca zdążyłem je

jeszcze sfotografować. Ta wieża po lewej stronie to stary, ale wciąż

funkcjonujący meczecik: 

eg3864big.jpg

 

Ale tuż obok stoi także nowy,

znacznie większy meczet z wysokim minaretem i tak oto w jednym planie na

zdjęciu spotyka się stare i nowe: 

eg3874BIG.jpg

Wkrótce potem ostre, pustynne

słońce opadło za horyzont… Nad oazą popłynęła modlitwa muzułmańskiego

muezina (a właściwie kilku muezinów na raz). Ja po upalnym dniu najpierw

wskoczyłem pod prysznic, by przekonać się, ze woda cieknie ledwo – ledwo

(tak to często bywa w pokoju za 6 dolarów!) a potem udałem się do znanej

podróżnikom restauracyjki “Abdu” by zjeść wykwintne danie za 20 funtów:

kuskus z warzywami i kawałkami kurczaka. Można było także dostać talerz

spaghetti za 6…  Ta restauracyjka to dobry meeting point, w którym

można znaleźć innych turystów – potencjalnych  kandydatów na wspólną

wycieczkę. 

Rano już w pełnym słońcu i pełnej krasie mogłem

fotografować malowniczą, zrujnowaną  cytadelę  Shali. To ozdoba

oazy Siwa:  

eg3884big.jpg

 

To

także jedyne chyba “turystyczne” miejsce o oazie. W alejce prowadzącej do

glinianych schodków pracuje kilka sklepików z pamiątkami:

eg3934BIG.jpg

W tych sklepikach sprzedawcy oferują przede wszystkim wyroby

ludowego rękodzieła – na przykład ręcznie tkane kilimy.

Tylko turystów tu mało – kiedy przechodziłem tą

starą uliczką panowała tu zupełna pustka. Zupełnie inaczej w takiej

atmosferze odbiera się krajobraz takich starych i bardzo autentycznych

zaułków…

Wśród ruin poprowadzona jest

ścieżka, wspinająca się aż na punkt widokowy na szczycie wzgórza – to tam,

gdzie na zdjęciu poniżej widać ustawione słupki:

eg108OLYbig.jpg

Na szczęście nikt nie wpadł

jeszcze na pomysł, by pobierać opłaty za wstęp na szczyt wzgórza w Shali. A

warto tam na pewno wejść. Wszedłem. I oto, co zobaczyłem. Na pierwszym

planie rozległe ruiny cytadeli. Na horyzoncie morze piasku, rozciągające się

na zachód od oazy:  

eg3940big.jpg

Nieco dalej ponad pióropuszami palm w odległości

około jednego kilometra Dżebel al Mawta czyli Góra Umarłych, z grobowcami

wykutymi na wielu poziomach:

eg3938big.jpg

Spojrzenie na zachód może spowodować szok. 

Jezioro w oazie!  To nie jest fatamorgana!   Jezioro jest

płytkie, ale rozległe. Woda w nim słodka. Skąd ta woda? Na terenie Siwy

doliczono się ponad trzystu artezyjskich źródeł. To one pozwalają żyć tu

ludziom, zakładać warzywne ogrody i plantacje daktylowych palm.

eg3939big.jpg

W kierunku wschodnim  otwiera się widok na

palmiarnie i na niewielkie pasmo wzgórz Dżebel el Dakrour. Jeśli ma się dość

czasu i energii można wspiąć się z przewodnikiem na jeden ze szczytów w tym

paśmie: 

eg3944big.jpg

Widać wreszcie skaliste wzniesienie na którym w

starożytności zbudowano świątynię Amona, przemianowaną potem na Oracle

Temple – Świątynię Wyroczni. Świątynię widać po lewe stronie wzgórza. Wieża

po jego prawej stronie to minaret dobudowanego jeszcze później meczetu.

Wzniesienie wystaje ponad korony palm w odległości 4 kilometrów: 

eg3942.jpg

Wizyta w Siwie jest

niespełniona bez odwiedzenia ruin Świątyni Wyroczni. Można tam pojechać

wózkiem zaprzężonym w osiołka. Można też powędrować pieszo, jak ja to

zrobiłem, pamiętając o panującym pustynnym upale.  Poprowadzą was takie

latarnie jak na zdjęciu poniżej. Uważam, że szpecą one oazę, podobnie jak

nietrafiona nocna iluminacja ruin cytadeli… Ale przyjnamniej mogą

przybyszom wskazać drogę.

eg3894bg.jpg

Po drodze trafiam do miejsca

nazywanego Źródłem Kleopatry. Wśród palm jest tu ocembrowany basen z

przejrzystą wodą i schodkami ułatwiającymi zejście do kąpieli. Ale turyści

zdaje się wolą raczej posiedzieć pod strzechą funkcjonujących tu herbaciarni

i restauracji… Miejsce ma swój urok…

eg3895.jpg

Przy źródle sprzedają

także pamiątki. Jeśli jest komu, bo do tego uroczego zakątka trafia na razie

niewielu turystów. Może i dobrze, bo dzięki temu panuje tu cisza pozwalająca

w spokoju kontemplować atmosferę starej saharyjskiej oazy…

eg3897big.jpg

 

Kilkaset metrów dalej tuż przy drodze znajdziecie  Umm Oeydah – ruiny

niewielkiej świątyni z czasów faraonów, poświeconej Amonowi. Na zachowanym

fragmencie ściany zachowały sie egipskie hieroglify.

eg3902big.jpg

A pod rosnącymi obok palmami zgromadzono kapitele

kolumn.

 

 

 

 

Za parawanem z palm widać już

z tego miejsca świątynne wzgórze ze Świątynią Wyroczni i ruinami meczetu:

eg3909big.jpg

Co to takiego? 

Przed wejściem stoi budka, w

której zaspany strażnik kasuje 25 funtów egipskich za wstęp do obiektu – to

niewiele ponad 4 dolary. Potem mogę wspiąć się do bramy w glinianym murze,

przed którą leży wielki kamień – prawdopodobnie używany niegdyś do

wyciskania oleju z oliwek.  

Jeszcze kilka minut wspinaczki

i mogę wreszcie spojrzeć na Oracle Temple. (zdjęcie poniżej). Wyrocznia z

oazy Siwa słynna była w całym starożytnym świecie. Wiadomo z kronik, że w

331 roku przed naszą erą przybył tu sam Aleksander Wielki, by zechciała

potwierdzić jego boskie pochodzenie. Zamierzał ogłosić sie synem Zeusa.

eg3917big.jpg

Do dziś zachowały się ściany

świątyni poświeconej pierwotnie bogowi Amonowi. Niestety w środku poza

kilkoma gzymsami nie zachowały sie żadne rzeźby czy inne ozdoby.

eg3918.jpg

 Sprzed świątyni otwiera

się szeroki widok, między innymi na Dżebel Dakrour  (na

zdjęciu poniżej). Wydaje mi się jednak, że widok ze wzgórza w Shali jest

ciekawszy. Niektóre elementy panoramy są zresztą powtarzalne.

eg3925big.jpg

Strudzony marszem w skwarze

wróciłem najkrótsza droga do Shali. 

Na popołudnie udało mi się

skompletować grupkę 5 turystów chętnych na małą wyprawę na  wysokie

diuny rozciągające się na zachód od miasta. Przy 5 osobach taka wycieczka

landcruiserem kosztuje tylko 80 funtów na osobę. Kierowca niestety upiera

się, że musimy dopłacić po 40 za permit – zezwolenie władzy na wjazd do

strefy nadgranicznej. Nigdy tego permitu nie widziałem i nikt go nie

sprawdzał. Podejrzewam zatem, że to tylko pretekst dla wyłudzenia większych

pieniędzy… 

Gdy tylko znaleźliśmy się na

piasku poza oaza młody kierowca zaczął popisywać się brawurową jazdą…

eg3965big.jpg

W programie były dostarczające

adrenaliny strome zjazdy z wysokich diun (takich jak na zdjęciu poniżej).

A potem następowały szalone podjazdy na kolejne wzniesienia przy akompaniamencie ryczącego

silnika…    

eg3970big.jpg

W końcu w podwoziu zaczęło coś

stukać… Kierowca poprosił nas, abyśmy wysiedli… Coś tam zaglądał i

majstrował. Całe szczęście, że do oazy tylko kilka kilometrów – w kierunku

przeciwnym do zachodzącego słońca.  – pomyślałem.

 

Powoli i ostrożnie wjechał na

kolejne wzniesienie i pomachał do nas ręką – przyjdźcie tutaj – tam w dole

piach jest zbyt sypki!  No i nie było wyjścia – mieliśmy wspinaczkę na

diunę jako dodatkową atrakcję:    

eg3971big.jpg

Trzeba przyznać, że widoki

otwierające się na ten ocean piasku były wspaniałe:  

eg3973big.jpg

To była czysta, bezbrzeżna i

niczym nie skażona pustynia z moich snów. Widziałem już kiedyś taką po

drugiej stronie Sahary – w Nigrze, na północ od Agadez. Ale tam piasek był

ciemniejszy. Jak zaborcza potrafi być taka pustynia niech świadczy poniższy

obrazek, na którym diuna niemal całkowicie pokryła dwie dorodne palmy:

eg3954big.jpg

Na trasie naszej pustynnej

wycieczki czekało nas jeszcze jedno zadziwienie. Po wjechaniu na którąś z

kolei diunę niespodziewanie naszym oczom ukazało się otoczone piaskami

jeziorko. To Bir Wahid!  Po robieniu zdjęć zjechaliśmy w dół – na jego

brzeg, gdzie stała niewielka wiata chroniąca przed słońcem. 

eg3982big.jpg

Woda była słodka, chłodna i przejrzysta.

Skwapliwie skorzystaliśmy z możliwości kąpieli. Po upalnym dniu pływanie w

chłodnej wodzie było nie lada przyjemnością! Jeziorko jest głębokie na kilka

metrów. Jest gdzie popływać!  Nasz kierowca przyrządził mocną herbatę.

Znalazło się także pudełko daktyli, które są specjalnością Siwy. Mieliśmy

mały piknik…

eg3990big.jpg

Potem za sąsiednią diuną

znaleźliśmy kolejną atrakcję: tym razem było to ciepłe źródło, z wyczuwalną

zawartością siarki w wodzie o temperaturze koło 40 stopni. Kto miał ochotę,

mógł się zanurzyć w małym, ocembrowanym bajorku wokół którego rosły

malownicze palmy. To miejsce nazywa się Bir Wahid hot spring:

eg3996big.jpg

Nie doczekawszy się

malowniczego zachodu słońca (niebo na zachodzie było tego wieczoru

zachmurzone) wróciliśmy do oazy.  Siwa spełniła moje oczekiwania –

zachowała swój koloryt i w dużej mierze stary styl życia. W oazie można już

znaleźć także droższe hoteliki o wyższym standardzie – jak ten na zdjęciu

poniżej.  Ale po pierwsze nie są to betonowe wieżowce, a po drugie w

większości zlokalizowane są poza Shali.

eg3931big.jpg

Miałem szczęście. Znalazłem

dwójkę podróżników z Litwy, którzy także zamierzali jechać z Siwy do oazy

Bahariya. Na tym pustynnym szlaku wyznaczonym przez szczera pustynię nie ma

żadnego publicznego transportu. Ale bez trudu znalazłem kierowcę z

landcruiserem którego stan techniczny wzbudzał zaufanie. Uzgodniliśmy cenę:

1400 funtów egipskich za samochód. To nie była wysoka stawka za 350 km jazdy

samochodem z napędem na 4 koła!  W przeddzień wyjazdu daliśmy kierowcy

kopie paszportów i po 40 funtów od osoby – miał załatwić potrzebne

zezwolenie.  Wczesnym rankiem podjechaliśmy pod budynek służby

bezpieczeństwa na peryferiach oazy. Funkcjonariusze byli chyba na porannej

modlitwie lub na śniadaniu, bo przyszło nam czekać ponad pół godziny, zanim

pozwolono nam wyruszyć w trasę. 

Zaczynał się kolejny etap

pustynnej przygody. Ale o nim napisałem już na kolejnej stronie…

 


You can read about this expedition in

English in my

travel log:
www.globosapiens.net/travellog/wojtekd
 
 

Zapisywane “na gorąco” wiadomości z trasy umieszczałem w moim

dzienniku podróży prowadzonym po angielsku w serwisie globosapiens.net .