Wojtek Dabrowski – Dravuni Island, Fiji part 1: (Dravuni1.htm)


Five years after the twelfth lap of the globe – at the

end of February 2020 I set out on another journey around the world. During

it, I intended to spend the most time in my favorite region – the Pacific, 

boarding successively smaller and larger ships to

reach

known and unknown islands. The first ship that I left Sydney was sailing,

among others, to the small Fijian island of Dravuni, located south of Viti

Levu. And here it is the time to explain that among the 12 islands that

according to the original program was to visit this ship as many as 11 I

knew from my previous trips. This little Dravuni Island (pictured below –

photographed from the west) was the only “unknown land” on the route of this

cruise. No wonder I was looking forward to landing.

W

pięć lat po dwunastym okrążeniu globu – pod koniec lutego 2020 wyruszyłem w

kolejną podróż dookoła świata. W jej trakcie najwięcej czasu zamierzałem

spędzić w moim ulubionym regionie – na Pacyfiku, docierając kolejno

mniejszymi i większymi statkami do znanych i nieznanych wysp. Pierwszym

statkiem, który wyruszył z Sydney dotarłem między innym

na małą fidżijską wyspę Dravuni, położoną na południe od Viti Levu. I tu

pora wyjaśnić, że wśród 12 wysp, które zgodnie z pierwotnym programem miał

odwiedzić ten statek aż 11 znałem z moich poprzednich podróży. Ta mała

Dravuni Island (na zdjęciu poniżej – fotografowana od zachodu) była jedyną

“ziemią nieznaną” na trasie tego rejsu. Nic więc dziwnego, że z

niecierpliwością oczekiwałem na lądowanie.

DravuniDistant.jpg

My overseas visitors are kindly requested to use the internet tools to

translate this page to English or other languages… Sorry…

 Satelitarną mapkę wyspy macie poniżej. Dravuni, należąca do grupy wysp

Kadavu ma zaledwie 0,8

kilometra kwadratowego powierzchni. Długość wyspy to niecałe 2 kilometry i

gdy się patrzy na mapę, to można by pomyśleć, że da się taką małą wyspę

obejść po obwodzie. W praktyce okazuje się, że taka wędrówka jest możliwa

tylko tam, gdzie widać na mapie odcinki białych plaż. Reszta trasy to skały

i strome zbocza:

13DravuniSatelitte.jpg


 W południowej części wyspy wyrasta

spore wzgórze. Wikipedia twierdzi, że ma tylko 40 metrów, ale mnie się wydaje, że

to raczej jakieś 140 m!  To wzniesienie ma dwa wierzchołki mniej więcej

tej samej wysokości, przypominające garby wielbłąda. Gdy zobaczyłem tę górę ze statku postanowiłem

wdrapać się na nią przypuszczając, że ze szczytu otwiera się piękny widok:

DraviniMtn.jpg

Na małej Dravuni, mającej niecałe 2 kilometry długości nie ma przystani, a

jedynie niewielki pomost ma pontonach, do którego mogą dobijać motorówki.

Wstałem wcześnie, by dotrzeć na małą wyspę jeszcze zanim znajdzie się tam

ponad tysiąc pasażerów z naszego statku: 

DravuniJETTY.jpg
O

Na

Dravuni mieszka tylko około 140 ludzi – wszyscy w jednej, niewielkiej

osadzie przy plaży na zachodnim brzegu. Nie ma tu żadnych hoteli ani

supermarketów. Domki są niewielkie, parterowe. Najbardziej reprezentacyjnym

budynkiem jest mała szkoła (na zdjęciu poniżej za palmą z lewej strony)

Dravuni_Village.jpg

W fidżijskich wioskach zawsze oglądałem Vale ni Bose – domy spotkań, gdzie

przesiadywała starszyzna i odbywały się najważniejsze uroczystości. Tu, na

Dravuni funkcje takiego domu pełni stojąca przy plaży otwarta wiata kryta

palmowa strzechą i wysłana matami, przypominająca raczej samoańskie

fale:

DravuniFALE.jpg

Po południu w tej wiacie zgromadzili się miejscowi mężczyźni. Ten z

ręcznikiem na ramionach to tutejszy chief – wódz. Naprzeciw niego stoi duże

drewniane naczynie – tanoa, służące do przyrządzania kavy – lekko

narkotyzującego napoju przyrządzanego ze startego na pył korzenia

pieprzowca. Kavę od wieków piją na całym południowym Pacyfiku. Jak to

wygląda na Tonga napisałem tutaj.

Ci mężczyźni siedzieli na matach kilka godzin. Zapraszali też do towarzystwa

przechodzacych turystów. A ta miseczka na środku to na zrzutkę na kavę:

DravuniOldies.jpg

Wczesnym rankiem bramka szkoły była gościnnie otwarta wiec bez ceregieli

wszedłem na podwórko z kamerą w ręku.

Na zewnątrz szkolnych baraków było zupełnie pusto, tylko ze środka dochodził

gwar dziecięcych głosów:

DravuniSchool.jpg

Dzieciaki przychodzą na lekcje z plecakami, które zawiesza się na werandzie

na zewnątrz klas. Buty (zazwyczaj klapki) zdejmują przed wejściem na

werandę. Uderzył mnie idealny porządek i czystość. Mam nadzieję,  że ta

szkółka na końcu świata zawsze tak wygląda – nie tylko kilka razy do roku,

gdy przypływa tu wycieczkowiec:

Dravunuschoolentr.jpg

Dzieci mają jednolite szkolne mundurki, a każda klasa siedzi przy osobnym

stoliku. Bo klasy z konieczności są łączone po dwie. Dzieciaki są bardzo

sympatyczne. Tu na zdjęciu trzecia i czwarta klasa:

DravuniINschool.jpg

W jednej izbie pracował pan nauczyciel, a w dwóch kolejnych panie

nauczycielki. Ta z klas 3 i 4 była wyjątkowo miła i cierpliwie odpowiadała

na wszystkie pytania odwiedzających. Nie wiem czy ta twarzowa sukienka

została ubrana tylko z okazji naszego przybycia, ale przyznacie, że była

bardzo elegancka:

DravuniTeacher.jpg

 

 

 

 

 

 


A przy

tym pani profesor jest jak mi się wydaje

urodzoną modelką. Warto też zwrócić uwagę na ten naszyjnik z muszli i

wysuszonych owoców, na jej typowo fidżijską urodę – ciemna karnację skóry i

kędzierzawe włosy…

 

 

 

 

 


Zaraz za szkołą wśród

kwitnących krzewów hibiskusa stało kilkanaście domów. Mogłem podpatrzeć jak

mieszkają tu ludzie. Biednie mieszkają, ale bateria słoneczna ponad dachem

już jest, więc jest światło, radio, a czasem nawet mała lodówka:

DravuniHouse.jpg

Posiłki przygotowuje się na werandzie lub wręcz na palenisku na świeżym

powietrzu umieszczonym za domem. Do palenia pod kuchnią używają tu

wysuszonych czerepów orzechów kokosowych

Między domami bawią się urocze dzieciaki. Nie maja tu zorganizowanych placów

zabaw, salonu gier komputerowych i smartfonów w rękach, a mimo to wydaje

się, że nic nie brakuje im do szczęścia… Zwiedzanie takiej wioski na

własna rękę daje możliwość swobodnego podglądania tego, co się tutaj dzieje.

Dzieci zachowują się naturalnie i są pochłonięte swoimi “sprawami”. Gdybym

był tu nawet z mała grupą turystów na pewno wyglądało by to inaczej…

 

 

Największym problemem mieszkańców Dravuni jest… pozyskiwanie słodkiej

wody. Ten sam problem występuje również na tysiącach innych, płaskich wysp

Oceanii. Nawet jeśli w podłożu z koralowej skały uda się przebić studnię, to

woda w niej jest słona. Jedynym źródłem wody słodkiej jest woda opadowa. To

dlatego obok każdego domu stoją tu duże zbiorniki (dawniej – betonowe,

obecnie coraz częściej – plastykowe) do których zbiera się wodę z dachów.

Jeśli tylko jest dostatecznie dużo opadów, to udaje sie zgromadzić

odpowiednie zapasy:

DravuniWater.jpg

 

 

 

Wokół domów rosną kwitnące przez okrągły rok krzewy i drzewa owocowe (na

zdjęciu obok – papaja, a dalej – drzewa chlebowe) Są także bananowce, a na

stoku wzgórza widziałem sporą plantację tapioki czyli manioku. Najwięcej

jest jednak kokosowych palm. Kokosy dają cenną koprę, którą po starciu

wykorzystuje się jako dodatek przy przygotowywaniu różnych dań, a także do

produkcji mleczka kokosowego.  

 

 

 

 

DravuniKIDS.jpg

Wewnątrz domów chodzi się tutaj boso. Podłogi wykładane są od setek lat

matami wykonanymi z liści palmy pandanusowej. Te długie liście dzielone są

najpierw na pasma o szerokości około centymetra i suszone. A następnie

miejscowe kobiety wyplatają z nich maty siedząc na werandach domów. Tak mata

ma około 1,5 metra szerokości i do trzech, czterech metrów długości. Ta pani

właśnie wyplata taką matę. To praca wymagająca wielkiej cierpliwości.

Umiejętność przekazywana jest z pokolenia na pokolenie:

Dravuni%20Weaving.jpg

Ludzie z Dravuni są bardzo sympatyczni, ci których tam spotykałem nigdy nie

protestowali przeciwko fotografowaniu. Wprost przeciwnie – wydawało mi się,

że bardzo chętnie pozują i nawiązują rozmowę. Odniosłem wrażenie, że

przybycie statku, co ma miejsce tylko kilka razy do roku i możliwość

spotkania turystów z różnych krajów jest dla nich nie lada atrakcją:

DraviniBula.jpg

Mieszkańcy Dravuni chętnie udzielają informacji o tym jak dojść do

najbardziej malowniczych miejsc na ich wyspie, o tym, gdzie jest najlepszy

snorkeling (Shallow Reef – zaznaczona na mapie) i puste plaże.  Gdy

przechodziłem obok tej pani Chińczyk z Kalifornii akurat pytał o drogę na

szczyt. Dołączyłem do rozmowy, bo ja też chciałem się wspiąć na najwyższe

wzniesienie wyspy…

Dravuni%20Talk.jpg

 

 

 

 

 

Na

Dravuni nie ma dróg ani ulic. Bo na wyspie nie ma żadnych pojazdów

mechanicznych. Trasa od przystani na szczyt prowadziła najpierw dobrze

przetartą ścieżką, biegnąca równolegle do morskiego brzegu w kierunku

południowo-zachodnim. Zupełnie niespodziewanie po lewej stronie tej ścieżki

zauważyłem małe kojce, a w nich – świnki.

 

 


Hodowla

nie była duża, ale jej obecność dowodziła, że na na wysepce je się nie tylko

warzywa, owoce i ryby, ale także wieprzowinę:

Dravuni%20pigs.jpg

Zaraz za hodowla strzałka “hilltop” wymusiła skręt w lewo – na błotnistą po

nocnych opadach ścieżkę wspinającą się w górę po zboczu. -Żarty się

skończyły! – pomyślałem – Dobrze, że zabrałem nie sandały, ale wysokie,

trekkingowe buty!  Widziałem, że niektórzy pasażerowie naszego statku,

zobaczywszy, ze dalsza wędrówka to już nie spacer – zawracali: 

Dravuni%20climb.jpg

Wypada w tym miejscu pokazać uproszczoną mapę wyspy, która stoi przy

przystani. Północ na tej mapie jest po lewej stronie, a najwyższe

wzniesienie, na które zmierzałem – po prawej:

DravuniMAPsmall.jpg

Po dojściu do skrzyżowania ze ścieżką biegnącą grzbietem (Hilltop Track)

musiałem skręcić w prawo. Widzicie tę nikłą ścieżkę biegnącą w prawo po

grzbiecie – to była właśnie moja droga do widocznego w centrum zdjęcia

szczytu:

DravuniHilltopTrail.jpg

Przy ścieżce rosły malownicze trawy… Na zdjęciu poniżej dobrze widać oba

szczyty – wyglądające jak garby wielbłąda. Ten bliższy jest skalisty i

stromy i na tym wzniesieniu kończy wędrówkę większość turystów, bo ścieżka

na drugi “garb” jest słabo przetarta.

DravuniGrass.jpg

Kiedy wspiąłem się kilkadziesiąt metrów po grzbiecie otworzył się w kierunku

zachodnim widok na nasz statek i małą bezludną wysepkę Ale zwróćcie także

uwagę na pierwszy plan zdjęcia – to poletko manioku (tutaj nazywanego

tapioką): 

DravuniManiok.jpg

Ostatni segment podejścia okazał się najbardziej stromy. Na gliniastej

ścieżce łatwo się było poślizgnąć. Wejście na pierwszy “garb wielbłąda”

zabrało mi około 20 minut. Na zdjęciu poniżej, zrobionym już ze szczytu

widać to całe podejście po grzbiecie.

DravuniFROMtop.jpg

Dopiero gdy znalazłem się wśród skałek na szczycie zauważyłem zbliżającą się

od południa ścianę deszczu. W tym właśnie kierunku widać było w dużej

odległości pozostałe wysepki grupy Kadavu, ale widok w kiepskim oświetleniu

nie był niestety rewelacyjny:

DravuniKadavu.jpg


Na szczycie zastałem dwóch innych

turystów z naszego statku. Oni mieli parasolki, a ja… Popatrzcie na to

pamiątkowe zdjęcie i moją mokrą od deszczu koszulę przyklejoną do ciała. Ale

najwyższe wzniesienie na Dravuni zostało zdobyte!  🙂 

DravuniSummit.jpg


Teraz trzeba było zejść w dół. Dopiero na

zdjęciu zrobionym po południu z łodzi płynącej wokół wyspy widać jak stromy

jest środkowy odcinek ścieżki. Nie ma na tym odcinku żadnych poręczy, ani

żadnych stopni:

DravuniClimbing.jpg


Schodziłem tą błotnistą ścieżką w padającym

wciąż deszczu. Opady ustały dopiero wtedy, gdy dotarłem do przystani. Znów

zaświeciło słońce. Ale ja musiałem wrócić na statek, aby zmienić przemoczoną

odzież. Nie było to jednak problemem, bo motorówki krążyły non-stop.

Zamierzałem oczywiście wrócić na wyspę… 

Dravuni%20Jewel.jpg

 

My hot

news from this expedition (in English) you can read in my travel log: 

www.globosapiens.net/travellog/wojtekd 

 

Notatki robione “na gorąco” na

trasie podróży (po angielsku) można przeczytać w moim 

dzienniku podróży w serwisie globosapiens.net