Dzibuti – raport z podróży cz.II – Wojciech Dabrowski (Djibouti2.htm)

Dzibuti_tyt.gif

Tekst i zdjęcia:  Wojciech

Dąbrowski  ©
text & photos


To co Dżibuti ma do zaoferowania turystom,  to

przede wszystkim piękno tutejszej przyrody – tak odmiennej od naszych

stereotypowych wyobrażeń o Afryce. Najciekawsze miejsca leżą niestety w bok

od komunikacyjnych szlaków. A że masowa turystyka tu nie istnieje to trampy,

w szczególności ci, którzy eksplorują Afrykę samotnie stają przed problemem:

jak tam dojechać?  Prowadzone przez Francuzów nieliczne agencje

turystyczne stworzyły rodzaj mafii i trzymają ceny wycieczek na bardzo

wysokim poziomie… Wynajmują oni miejscowych jako bezpośrednich wykonawców

usług. Udało mi się dotrzeć do jednego z nich, eliminując francuskiego

pośrednika – wypadło znacznie taniej…  Landcruiser miał wprawdzie popękane

szyby i zepsutą klimatyzację, ale dla mnie nie miało to żadnego znaczenia…

Namiary na tego człowieka podaję poniżej.     Wczesnym

rankiem zapakowaliśmy do termoskrzyni zapas butelkowanej wody i ruszyliśmy w drogę


Pustynia Grand Barra 

Celem dwudniowej wycieczki (w ciągu jednego dnia nie da się tej trasy zrobić)

było Jezioro Abbe (Lac Abbe)- niewątpliwy hit turystyczny Dżibuti, 

położony na granicy z Etiopią.

Po drodze są jeszcze inne

atrakcje: prowadząca na południowy zachód dobra asfaltowa szosa przecina

najpierw zamkniętą górami jak jezioro pustynię Petit

Barra (na zdjęciu obok).

Warto zatrzymać się na moment i wspiąć się na jedno ze wzniesień by objąć

wzrokiem to morze żwiru i piasku na którym wiatr podnosi małe trąby

powietrzne i  tumany pyłu przesłaniające zupełnie horyzont . Przy odrobinie

szczęścia  można zobaczyć karawany afarskich koczowników: rzędy

wielbłądów obładowanych rodzinnym dobytkiem podążające w nieznanym kierunku.


Pół godziny jazdy dalej, po przekroczeniu

małej przełęczy otworzyła się przed nami znacznie większa pustynia: Grand Barra.

W jej południowej części znajduje się wzniesienie usiane bazaltowymi głazami,

na kilku takich głazach są naskalne rysunki, jak twierdził kierowca “sprzed

kilkuset lat”. Nie jest to żadna rewelacja, ale na górę warto się wspiąć dla

widoku. W odległości kilku kilometrów od tego miejsca stoi na płaskiej jak

stół równinie mały baraczek i stoły piknikowe. Podczas weekendów zapaleńcy

ze stolicy przyjeżdżają tu jeździć na pustynnych bojerach – wózkach

zaopatrzonych w żagiel. Na Grand Barra nie widziałem diun, większa część

terenu to płaskie żwirowisko, które rzeczywiście nadaje się do uprawiania

tego rodzaju sportu.  Horyzont zamykają nagie, pozbawione zieleni góry…

Po

drodze widzi się mało ludzi i dużo wielbłądów. Niektóre z nich sprawiają

wrażenie bezpańskich, ale zapewne to tylko pozory.  Przed wjazdem w rejon

pustyń na południe od szosy widziałem w oddali wielkie koczowisko uchodźców

z sąsiedniej Somalii:  majaczące w tumanach kurzu setki kopulastych chat

krytych czym popadnie: kawałkami folii i szmatami robiły przygnębiające

wrażenie. Uchodźcy ci przybyli przez nie pilnowaną granicę w okresie walk

wewnętrznych w Somalii i wcale nie jest im pilno wracać. Miejscowi skarżą

się, że ich obecność wpływa na pogorszenie stanu bezpieczeństwa na

ulicach…     

Dobry asfalt doprowadził nas aż do

małego miasteczka Dikhil. Ma ono rangę stolicy prowincji… Siedziba władzy

(nie fotografować!) wygląda owszem, przyzwoicie. Poza tym nad kamienistym

ouedem jest tu ładna palmiarnia… Ale reszta Dikhilu składa się z takich

uliczek jak na zdjęciu obok. Prowadzą  one do małej hali bazarowej,

opustoszałej w środku dnia i do dwóch niewielkich meczetów. W jedynej w

miarę czystej restauracyjce (poznacie ją po malunkach na wewnętrznych

ścianach) zatrzymaliśmy się na posiłek – nieśmiertelny makaron spaghetti z

kawałkami chudego kurczaka w gęstym sosie… Sensacji żołądkowych wprawdzie

po tym daniu nie miałem, ale do kuchni lepiej nie zaglądajcie, bo widok może

zniechęcić do jedzenia czegokolwiek…

 

 

Jeden

z meczetów w Dikhil. Ludzie wyczuleni są na fotografowanie. Gdy celujesz z

bliska reagują krzykiem, gdy z daleka – uciekają z planu lub odwracają się.

Na stacji benzynowej (ostatnia po

drodze) uzupełniliśmy paliwo.

Taki terenowy wóz niestety pali jak smok…  Na szczęście turyści płacą

tu za wynajęcie landcruisera według zryczałtowanej stawki dziennej

obejmującej i pracę kierowcy i paliwo: 20000 DJF za dzień. Jeżeli tą kwotę

rozłoży się na kilka osób, to taka wycieczka przestaje być aż tak kosztowna.

Gorzej gdy na drodze do wynajmującego jest jeszcze pośrednik, który też musi

zarobić…

Zaraz za Dakhilem żegnamy się z asfaltem, który biegnie dalej w kierunku

etiopskiej granicy – to główna trasa tranzytowa dla etiopskich towarów i na

upartego można się chyba dogadać z kierowcami, aby dojechać do tego miejsca

stopem. Tą trasą jeżdżą także rzadkie publiczne mikrobusy zmierzające do

miasteczka Yoboki. Ale w kierunku Lac Abbe prowadzi dalej już tylko pustynna

pista, na której wielbłądy widuje się częściej od samochodów. Taką pistą

dotarliśmy do osady

 As-Eyla zabudowanej prostokątnymi gliniakami. W cieniu jednego z nich

miejscowi mężczyźni popijali herbatę. Zaprosili do towarzystwa… Herbata

była mocna i bardzo słodka…

Dziewczynka z  As-Eyla. Nasze przybycie i zatrzymanie się na dwa

kwadranse było dla miejscowych, trochę dzikich dzieciaków dużym wydarzeniem.

Opowiadali, że Francuzi jeżdżący tędy nad Lac Abbe śmigają z reguły przez

wioskę pozostawiając za sobą tylko tumany kurzu…  .  

Tu już trzeba zapomnieć o asfalcie. Dalszą drogę wyznaczają ślady kół na

żwirowo – piaszczystym pustkowiu z rzadka tylko usianym kolczastymi

krzewami.  

W kilku miejscach przekraczamy koryta ouedów – wyschniętych rzek. Koryta

wypełniają się wodą tylko kilka razy w roku i to na krótko. Ale wystarcza to

aby wzdłuż ouedu pojawiły się kępy zielonej roślinności. Ta mała palmiarnia

na zdjęciu ma oczywiście swojego właściciela. Jego chatki, otoczone wspólnym

płotem z kolczastych gałęzi stoją w zaroślach z tyłu.  

Największym problemem mieszkających tu ludzi jest tu zdobycie niezbędnej dla

przetrwania wody. Ludzie kopią w suchym korycie ouedu doły. Na ich dnie

gromadzi się odrobina wody, która przy użyciu miseczki jest cierpliwie

wybierana i przelewana do plastykowej bańki. Napełnioną bańkę niesie się na

głowie kilkaset metrów, ale czasem nawet kilka kilometrów do swojej zagrody…

Gdy kończy się pustynia piaszczysta pista przechodzi w kamienisty trakt

wiodący w kierunku pasma niewysokich gór. Trzeba je sforsować.

To już na pewno nie jest trasa dla samochodu osobowego. Na głazach i

wykrotach rzuca nami we wszystkie strony…   

Nie chce się wierzyć, ale w tych suchych, kamienistych górach żyją jednak

jakieś dzikie zwierzęta!  Widziałem antylopy i gazele w kilku

miejscach, ale nie były to stada…

Za

górami zjeżdżamy znów na piaszczystą równinę. Spotykamy kolejną rodzinną

karawanę składającą się z trzech wielbłądów. Kobieta w barwnej szacie i

mężczyzna ze sztyletem zatkniętym za pasem idą pieszo. A na grzbiecie

pierwszego wielbłąda uwite jest gniazdko, w którym siedzi małe dziecko…

Ale oto z tyłu, za wielbłądami widać już jakieś skałki o dziwacznych

kształtach – to sygnał, że zbliżamy sie do celu…      

jib1770.jpg

Jesteśmy w końcu nad Jeziorem Abbe…     

I tu pora wyjaśnić, co jest prawdziwym magnesem przyciągającym w ten rejon

zagranicznych turystów.  Jezioro jak jezioro… – widziałem ładniejsze.

Ale tu z płaskiego terenu nad jeziorem wyrastają wapienne kominy o

najdziwaczniejszych kształtach. I to one są tu główną turystyczna atrakcją.

Czegoś takiego nie widziałem jeszcze nigdzie na świecie!

 

   

Na równinie wokół “kominów” są liczne wywierzyska zimnej, ciepłej i gorącej

wody. Rośnie trawa – nie dziwi zatem obecność stad kóz i owiec, pilnowanych

przez dzieci.  Ta mała pasterka na zdjęciu obok miała bogaty strój

zupełnie nie pasujący do pracy przy kozach. Ale to tylko moja opinia – widać

tu taka moda… A do zdjęcia – przyznacie – pozuje jak zawodowa modelka…

Republikę Dżibuti zamieszkują dwie grupy etniczne. Issowie, pozostający w

mniejszości skupili się w południowej części kraju – między Zatoką Tadjoura

i granicą Somalii. Resztę kraju zamieszkują Afarowie. W Dżibuti nie ma

niestety muzeum, w którym można by było poznać kulturę obu plemion i nauczyć

się ich rozróżniać… Faktem jest, że kobiety ubierają się bardzo

kolorowo…

Główna grupa wapiennych kominów – widoczna na zdjęciu obok nazywa się Le

Traverstin i ma kształt skalnego grzebienia ciągnącego się na długości

kilkuset metrów. Sama natura stwarza czasami ramy dla takich wspaniałych

pejzaży – poparzcie sami…

  

Oglądając w przewodniku zdjęcia kominów znad Lac Abbe nie zdawałem sobie

sprawy ze skali zjawiska. Dopiero na miejscu kazało się, że rozrzucone są

one na bardzo dużym obszarze: to kilkanaście kilometrów kwadratowych! 

Ktoś, kto chciałby z bliska obejrzeć i obfotografować wszystko musi się

przygotować na wielogodzinny spacer – minimum dwa dni pobytu.    

Jeśli dobrze popatrzeć, to tu i ówdzie z otworów u szczytu takiego komina

rzeczywiście ulatują jakieś opary

 

Jeden

z samotnych kominów przypomina… no właśnie…  zamczysko? buddyjską

stupę? a może pagodę z Paganu? Kiedy patrzyłem z daleka na te odosobnione

ostańce to przypomniała mi się amerykańska Monument Valley – tu oczywiście

skały są znacznie niższe.

Ciekawe, że tylko wierzchnia

warstwa tutejszych skał jest twarda. Gdy ją rozbić okazuje się, że w środku

jest miałki, żółty piasek….

 Ciekawostką

i zarazem realnym zagrożeniem jest grunt między poszczególnymi grupami

skałek. Na wierzchu stwardniała skorupa, pod spodem błoto, a wszystko

popękane i trzęsie się jak galareta pod nogami turysty. Miejscowy przewodnik

wydaje się konieczny – nie dlatego, że w niektórych miejscach można utonąć w

błocie, ale na pewno tu i ówdzie można zapaść się po uda… Z tego samego

powodu nawet miejscowi kierowcy nie zapuszczają się samochodami między

skałki i trzymają się wyjeżdżonego traktu prowadzącego do małego parkingu na

skraju kominowego pola. Tu i ówdzie widać zapadliska – ślady po tych, co nie

byli dostatecznie ostrożni…

Gdy zaczęło się zmierzchać znaleźliśmy się wśród kominów czekając na zachód

słońca. Byłem

jedynym turystą w polu widzenia.  Widowisko było godnym zakończeniem

tego pełnego wrażeń dnia. Gdy pomarańczowa kula zapadła za horyzont

pojechaliśmy do obozowiska na nocleg… 

Nieco mniej efektowny, ale też

wart zobaczenia był wschód słońca następnego dnia.

 

A tak

wygląda obozowisko czyli Campement Touristique nad Lac Abbe. Tak naprawdę to

jest on zlokalizowany w odległości kilku kilometrów od samego jeziora, ale

za to ze wspaniałym widokiem na “równinę kominów”.  W takiej kopulastej

chacie mieszczą się 2-3 żelazne łóżka z moskitierami, czystą pościelą i

kocem. Do tego jest kilka wspólnych toalet, umywalki i prysznic w oddzielnym

pawilonie. Właścicielem tego campamentu i drugiego – podobnego u krańca

Zatoki Tadżura (Anse Goubet) jest tubylec:   Houmed Loita (tel/fax:

35 72 44, komórkowy: 82 22 91). Dysponuje  on także samochodami,

przewodnikami i na zlecenie  agencji organizuje wszelkie wycieczki w

interior.

Gdy zamawia się usługi bezpośrednio u niego sam nocleg w obozowisku kosztuje

2000 DJF od osoby, całodzienne wyżywienie dodatkowo 7000 DJF. Przewodnik na

dwudniową wyprawę nad Lac Abbe to wydatek rzędu 5000.

 

Na kolację dostałem nieśmiertelne spaghetti, a na śniadanie omlet i bagietkę

z masłem czekoladowym. Do tego herbata i kawa z termosu.   Rankiem

ze wzgórza na którym zbudowano campament  otworzył się wspaniały widok

na odległe o kilka kilometrów jezioro i góry wyrastające po jego etiopskiej

stronie.

Zjechaliśmy do “parkingu”  przy kominach. Od tego miejsca do brzegu

jeziora trzeba przejść jeszcze 3 kilometry – pieszo, po tym chybotliwym

gruncie. Warto!  Tuż przy brzegu brodzą setki flamingów i pelikanów…

Plażowiczów nie widziałem…


To był ostatni akcent wizyty nad Lac Abbe

– wkrótce ruszyliśmy przez wertepy w drogę powrotną…

 


Warto wspomnieć, że Dżibuti ma do

zaoferowania amatorom nurkowania z butlą, czy tylko ze snorkelem wspaniałe

podwodne ogrody na wysepkach w wejścia do zatoki i na wybrzeżu. Ale dotarcie

do tych miejsc to cała wyprawa – zbyt kosztowna do zorganizowania w

pojedynkę. Jeśli znajdziecie się tam w grupie zapewne da się to zrealizować,

choć wciąż znacznym kosztem – bo Dżibuti dla turysty jest jednym z

najdroższych krajów w Afryce…


 Na zakoń
czenie

relacji z kraju Afarów i Issów jeszcze przykładowe ceny: tradycyjna butelka

coli – 50, bagietka – 20, woda mineralna 1,5 l – 80 (sprawdzajcie, czy

zapieczętowana!), pudełko serków – 240, widokówka – 100, taksówka w obrębie

miasta: 500 (nie mają taksometrów)    


airport tax do biletów lotniczych

sprzedawanych lokalnie: 3000 (u was będzie zapewne wpisana do biletu – nie

dajcie się naciągnąć!)