
Tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © –
text & photos
O
tym małym państewku, mającym powierzchnię naszego jednego województwa piszą
w przewodnikach, że to jeden z najlepiej strzeżonych sekretów Afryki.
W jego krajobrazie dominują wulkaniczne góry i pustynne pustkowia. Zgadzam
się, że dla samego Dżibuti nie warto organizować wyprawy z Europy, ale
wizytę w tym kraju można połączyć z odwiedzeniem sąsiedniej Erytrei czy
Etiopii a nawet Jemenu, leżącego po drugiej stronie Morza Czerwonego. Choć
odległości morskie nie są duże trudno trafić na regularne połączenia
promowe. znacznie lepiej wygląda sytuacja jeśli chodzi o regionalne
połączenia lotnicze.


Wizę Dżibuti otrzymałem w
ambasadzie Francji w Warszawie – w wariancie do 10 dni pobytu wydawana jest
tego samego dnia, przy występowaniu o dłuższy okres trzeba czekać na
autoryzację. Poleciałem… Lepki upał przywitał mnie już na lotnisku,
był koniec listopada – pora chłodna: trzydzieści stopni… Mogłem sobie
wyobrazić, jak gorąco jest tu latem…

Stolica: pofrancuskie
kawiarnie i bary pod orientalnymi podcieniami
Zaczęło się
feralnie: od stwierdzenia zaraz po wylądowaniu w Dżibuti smutnego faktu, że linie lotnicze zagubiły mój
bagaż. Plecak miał się odnaleźć dopiero po tygodniu – tymczasem w
gorącą Afrykę
wyruszałem w dżinsach i ciepłej koszuli, bez golarki, szczoteczki do zębów i
tak niezbędnej przy tanim podróżowaniu grzałki…
W małym,
sennym terminalu nie ma bankowego okienka w którym można wymienić pieniądze. Lotnisko w Dżibuti jest zlokalizowane
tylko 5 kilometrów od centrum, ale do
terminalu nie dociera tu żaden publiczny transport. Przybysz zdany jest na
pastwę czekających przed budynkiem
taksówkarzy. Chcą za kurs 2000 DJF, ale po
wyjściu poza bramę znajduję takiego, który zabierze mnie za 5 USD.
Za jednego dolara w kantorze przy Place Menelik płacili 177 franków Dżibuti (DJF),
warto ten kantor odszukać bo w bankach dają nieco mniej i
potrącają dodatkowo prowizję. Kraj jest drogi: niepozorny budyneczek na
sąsiednim zdjęciu to najtańsza noclegownia w Dżibuti: Auberge Sable Blanc. Nocleg w
pokoju z natryskiem i klimatyzatorem (wcale mi nie był potrzebny, ale innych tu nie mają)
kosztował 6000 franków Dżibuti. W pokojach ciekną krany i nie działają
spłuczki, ale dają za to czysty ręcznik i mydło… O wpół do piątej rano
budziło mnie donośne nawoływanie do modlitwy z widocznego na zdjęciu
minaretu.


tego kraju aż 400 tysięcy mieszka w stolicy. Pozostałych kilka miasteczek
rozsianych po kraju to właściwie tylko małe osady. Zabytków architektury
trzeba szukać w stolicy w okolicach Placu Menelika nazywanego także
“Place du 27 Juin 1977” (na pamiątkę dnia uzyskania niepodległości). Jedną
stronę placu zajmuje ładny budynek merostwa (ostrożnie z fotografowaniem, bo
jeszcze jakiś nadgorliwiec uprze się, że to “object d’etat” i będą
nieprzyjemności…) W przecznicach placu znajdziecie sporo stylowych
budynków z czasów kolonialnych – takich jak na zdjęciu obok. Tu również
rozlokowały się internetowe kafejki oferujące wprawdzie bardzo wolne połączenia – ale
inkasujące tylko 250 DJF za godzinę.
Najbardziej egzotyczna część stolicy
to, jak możecie się domyślić okolice Marche Central – głównego bazaru. W krajobrazie dominuje
tu przysadzista wieża Hamoudi Mosque – najstarszego meczetu miasta. Pod jego
murami rozłożyły się dziesiątki kramów w których sprzedaje się warzywa i
owoce (kilo bananów – 200, pomarańcze lub papaje po 100 za 1 kg). Nieco dalej
ciągną się stragany z odzieżą i gospodarstwem domowym. Suweniry
znajdziecie gdzie indziej – w uliczce biegnącej pod dawnymi murami – na
wschód od meczetu. Możliwości fotografowania, jak we wszystkich byłych
francuskich koloniach są delikatnie mówiąc kiepskie. Już na sam widok aparatu
miejscowi podnoszą złowrogi krzyk. Jedyna chyba rozsądna metoda to wejść do jakiegoś
kramu, kupić coś i przy okazji z ukrycia pstryknąć…

stolicy znaczna cześć kobiet ubiera wciąż tradycyjne, powłóczyste szaty, ale nie noszą
już one zasłon na twarzach. Elegantki zgodnie z modą, która przywędrowała z
Półwyspu Arabskiego zdobią sobie dłonie misternymi ornamentami. Barwnikiem
jest henna. Niestety nie udało mi się dowiedzieć na ile trwałe są takie
malunki…
Ten pan trzyma w ręku gałązki o wartości około 20 dolarów. Obsesją czy może
raczej powszechnym nałogiem mieszkańców tego kraju jest żucie lekko narkotyzującego
zielska zwanego qat. [wymawiają: czat] Problem polega na tym, że qat
nie rośnie w tym
kraju i trzeba go sprowadzać z Etiopii… A to sprawia, że staje się
kosztowny. Nałóg doprowadza do ruiny tutejszych biedaków, którzy gotowi są
wyrzec się wszystkiego, tylko nie codziennej porcji qatu. Aby zielone listki
nie zwiędły podczas długiego transportu drogowego sprowadza się je do
stolicy samolotem. Codziennie koło południa ląduje on na lotnisku, a
następnie samochody rozwożą go z rykiem klaksonów po mieście i na
prowincję. Do Tadżury po drugiej stronie zatoki worki z qatem zabiera szybka
motorówka odpływająca koło 13.00…


Chciałem dotrzeć do tej malowniczej Tadżury… Stary prom kursujący
przez zatokę na zmianę do Obock i Tadjoura, o którym pisze przewodnik Lonely
Planet od miesięcy stoi zepsuty. Poradzono mi skorzystać z “qatowej”
motorówki, która za opłatą 1000 DJF zabiera pasażerów. Z nieba lał się
żar południa gdy człapałem z plecakiem do przystani. Na
lewo od portu handlowego wybiega tu w zatokę niewielka grobla, na jej końcu
jest przystań jachtów, łodzi rybackich i motorówek. Nazywają to miejsce
L’Escale i właśnie stąd odpływa codziennie “bateau de qat”. Ba!
Kiedy się tam dowlokłem okazało się, że właśnie tego dnia qat poleciał do
Tadżury okazyjną awionetką. Pech!
Z wygodnej, morskiej podróży nic nie
wyszło. Musiałem wydać 500 franków na taksówkę, która zawiozła mnie na
wylotową ulicę, gdzie stoją rzędem publiczne mikrobusy odjeżdżające w
interior. Długo czekałem, aż wnętrze wypełniło się do ostatniego skrawka
wolnego miejsca. W końcu pojechaliśmy… na stację benzynową, do
wulkanizatora, do znajomej sprzedawczyni qatu – by kierowca i co zamożniejsi
pasażerowie mieli co żuć po drodze… W końcu jednak znaleźliśmy się na
173-kilometrowej asfaltowanej szosie obiegającej zatokę… Trzy godziny
jazdy “na qat-cie” obfitowały w piękne widoki i emocje, gdy kierowca ścinał
lewą stroną zakręty…

U krańca zatoki – w Anse Goubet leży
Diabelska Wyspa, a przy nabrzeżnych plażach są dwa prymitywne obozowiska.

Północny brzeg zatoki rozpoczyna się wysokimi, malowniczymi klifami. A wokół
szosy – pola zastygłej lawy i wulkaniczny żużel. Zjeżdżając kilka kilometrów
z szosy (z przewodnikiem, bo brak oznakowania i wozem 4WD) można dotrzeć do
tektonicznych rozpadlin i szczelin, z których wydobywają się dymy.
Byłem w przeładowanym
mikrobusie jedynym białym. Poczęstowali mnie kilkoma gałązkami qatu… Nie
chcąc się narazić żułem pracowicie przez ponad 2 godziny – aż do celu
podróży. Nic nie poczułem. Czyżby za mała dawka jak dla Polaka?
Do Tadżury dotarliśmy o
zmierzchu. Tuż przed miasteczkiem na brzegu zatoki odnotowałem ładne
palmiarnie. Nim odnalazłem dwa miejscowe hoteliki (drogie – od 8000 DJF!)
było już ciemno. No i powstał problem – w obu nie było miejsc!
I tu wiadomość, która może być warta dla Was nawet kilkaset dolarów:
przewodnik Lonely Planet nie wspomina, że po Francuzach pozostały w Obock,
Tadjoura i Ali Sabieh katolickie misje przy których są czyste pokoje
gościnne. Można tam przenocować za symboliczną opłatą. Katolików w tych
miejscach liczy się na palcach, a księża prowadzą kursy zawodowe dla
muzułmańskiej młodzieży. Z gościny w takiej misji korzystałem właśnie w
Tadjoura.

Tadżura okazała się małą, zaniedbaną ale malowniczą rybacką osadą z
nadbrzeżną ulicą przy której skupiły się ciemne sklepiki i zapuszczone
restauracyjki. Z labiryntem wąskich uliczek o wysokich murach. Z maleńkimi
podwórkami na których dzieje się rodzinne życie: przygotowuje się posiłki,
pierze się, gotuje i doi kozy. Niestety – bez znajomości podstawowych
zwrotów w języku francuskim trudno porozumieć się z tubylcami – jeżeli nie
znacie tego pięknego języka to zabierzcie chociaż rozmówki! W Tadjoura
łatwiej też fotografować ludzi niż w stolicy…
Na północ od Tadżury rozciągają się malownicze i raczej trudnodostępne
(samochód 4WD) góry Goda. Kilkaset metrów nad poziomem morza jest tam trochę
chłodniej niż na wybrzeżu więc chętnie przyjeżdżają do tego regionu (szczególnie w
okresie weekendów) Francuzi z Dżibuti i miejscowi dygnitarze. W górach jest
więcej opadów i więcej roślinności – w porównaniu z resztą terytorium
Dżibuti Goda Mountains są prawdziwą, pełną żywej zieleni oazą. Część gór Goda to teren parku narodowego. Dla turystów zbudowano tam kilka baz –
campamentów złożonych zazwyczaj z tradycyjnych, okrągłych chatek. Nocleg z
pełnym wyżywieniem to niestety wydatek rzędu 50 USD. Góry są częściowo
zalesione – miejscowi przywożą stamtąd do Tadżury na wielbłądach drewno opałowe.


tego dnia jedynym turystą w Tadjoura. W
miasteczku nie widziałem innych białych poza Francuzami z ekipy filmowej,
realizującej w jakimś zaułku sceny do filmu “Sekrety Morza Czewonego” wg
powieści Henri de Monfreida. (To oni zablokowali miejsca w
hotelikach). Miałem okazję zajrzeć na podwórka domów i
podpatrywać życie… Ta
mała elegantka smaruje sobie głowę papką z henny. Po kilku dniach
noszenia na głowie takiej skorupy zmywa się ją a czarne dotychczas,
kędzierzawe włosy stają się rude… Osobiście preferuję wersję
naturalną…
Przyszła pora wracać…
Po południu, szczególnie w niedzielę bardzo trudno wyjechać z Tadżury. Po
prostu nic nie wraca do stolicy. Polowałem na rogatkach osady, gdzie niemal
naprzeciw siebie stoją dwa miejscowe hotele: Golf i Corto Maltese. Gdy szczęśliwym
trafem nadjechał w końcu mikrobus do Dżibuti i ruszyliśmy w trasę okazało
się, że po drodze będziemy jeszcze doładowywać nie tylko pasażerów do “full”
ale także – na dach wehikułu – opałowe
drewno. Potem pojazd dostawał zadyszki na stromych podjazdach, pochylał się
niebezpiecznie na zakrętach… Wjazd do Dżibuti witałem z niekłamaną
ulgą!…


A to już jedna z najważniejszych krajobrazowych atrakcji kraju: słone
jezioro Lac Assal położone około 100 kilometrów na zachód od stolicy. Trampy
mają niestety problem z dotarciem do tego miejsca – na końcowym odcinku
(około 20 kilometrów) nie ma praktycznie lokalnego transportu. Nieuniknione
wydaje się być wynajęcie samochodu. Ale wcale nie musi być to samochód
terenowy (jak przekonują niektórzy) – niemal do samego parkingu nad jeziorem Assal doprowadzony jest dobry asfalt… Osobowy samochód można w Dżibuti
wynająć już za 12000 DJF. Prostszą ale kosztowniejszą opcją jest
dołączenie do grupy organizowanej przez jedną z agencji… Ale to ma
sens tylko wtedy gdy koszt można podzielić na więcej osób – wypadnie wtedy po
70-80 USD za całodzienną wycieczkę.
Po dotarciu na kraniec asfaltu
i przejechaniu kilkudziesięciu metrów na brzeg samochód zostawia się na
niewielkim parkingu… Miejscowi czarni chłopcy
rozłożyli tam kramiki z solnymi kryształami, wulkanicznymi bombami
znalezionymi w okolicznych górach i topornymi pamiątkami. Zostawiam
ich jednak i idę na biały brzeg. Oczy bolą od patrzenia na tą biel… W
przewodnikach piszą, że otoczone górami Jezioro Assal jest najgłębszą
depresją Afryki – jego lustro znajduje się 150 metrów poniżej poziomu morza.
I choć przy brzegu warstwa wody ma zaledwie kilka centymetrów to podobno w
najgłębszym miejscu Lac Assal ma do 60 metrów głębokości. W wielu
miejscach na brzegu “kwitną” kwiaty z soli – takie jak na zdjęciu obok.


wydobywano tu od niepamiętnych czasów. Robili to zamieszkujący okolice
Afarowie. Ich karawany wywoziły ją następnie, głównie do Etiopii. Dziś w
dalszym ciągu eksploatuje się złoża – tyle tylko, że przy użyciu spychaczy i
wywrotek. Brzegiem jeziora można odbyć kilkukilometrowy spacer, trzeba
jednak pamiętać o zabraniu zapasu wody, okularach słonecznych i sunscreenie
na odsłonięte części ciała – słońce operuje tu wyjątkowo silnie…
Otoczone drzemiącymi wulkanami jezioro jest rzeczywiście wyjątkowo
malowniczym miejscem, a dla takiego widoku jak obok na pewno warto wdrapać
się na wzgórza ponad jeziorem… Warto zabrać mocniejsze buty…
W miejscu, gdzie widoczna na zdjęciu szosa odbija już od brzegu jeziora w
małej dolince, zaledwie kilkadziesiąt metrów od drogi są nie oznakowane
ciepłe i zimne źródła. W tych chłodnych można się zanurzyć po szyję, co we
wszechobecnym skwarze jest nie lada przyjemnością! (następny prysznic odległy
jest o dwie godziny jazdy – w Dżibuti). Nie zapomnijcie kostiumu kąpielowego i
ręcznika!
Po powrocie do Dżibuti
zacząłem szukać kompana na kolejną wycieczkę w interior – nad Lac Abbe…

