Christmas Island Wojtka Dąbrowskiego cz.5 -Cook Island (Christmas5.htm)

Nazwa wysepki wywodzi się z historii odkrycia Christmas Island

– to podobno właśnie na niej wylądował w

wigilię 1777 roku słynny odkrywca kapitan James Cook.

Na mapce obok widać położenie Cook Island.

Największy atol świata ma bardzo nietypowy kształt i tylko jedno wejście do

laguny. Cook Island leży właśnie dokładnie w środku tego kanału.

Nie należy mylić tej maleńkiej bezludnej

wysepki z Wyspami Cooka – grupą dużych wysp położonych na Południowym Pacyfiku,

będącym terytorium o dużej autonomii, zależnym od Nowej Zelandii. Mieszka tam

łącznie ponad 16 tysięcy ludzi. Wyspy Cooka ze

stolicą na Rarotonga odwiedziłem podczas mojej Pierwszej Podróży Dookoła Świata.

 

Na mapce odległość dzieląca wysepkę od

głównej masy lądowej atolu nie jest duża. W

rzeczywistości Cook Island oglądana z London jest jedynie wąziutkim paskiem

lądu majaczącym na horyzoncie… Można na nią dotrzeć tylko łodzią o

niewielkim zanurzeniu, bo nie ma na niej żadnej przystani ani pomostu.

Wyruszyliśmy rankiem z tej niewielkiej

przystani w London… 

Tego dnia silnie wiało i mały katamaran

płynąc ku Wyspie Cooka skakał na wysokich falach jak piłka. Nasz sternik

Peter popłynął zrazu w kierunku zatoczki otwartej do oceanu, gdzie zwykle

lądują łodzie z turystami. Ale fala była tam tak wysoka, że bezpieczne

podejście do lądu okazało się niemożliwe. Na zdjęciu obok widać jak

oceaniczne fale z białymi grzywami biegną w kierunku lądu.

Podpłynęliśmy więc do wysepki ponownie – od

strony laguny. Ta łupinka na zdjęciu to właśnie nasza łódź. 

Przewidywałem, że lądowanie będzie mokre, więc kamery i sandały zawczasu

trafiły do szczelnej, plastykowej torby. -Teraz! – zakomenderował Peter gdy

fala na moment cofnęła się od plaży. Chlupnąłem do ciepłej jak zupa wody i

za chwilę byłem już na piasku.

Christ2187big.jpg
Gdy

wygramoliłem się z piasku na warstwę koralowego gruzu porośniętego krzakami

zafurczały nade mną setki, może nawet tysiące skrzydeł. Przewodnik powoli

prowadził mnie wzdłuż brzegu starając się nie płoszyć ptaków.

W powietrzu wirowały czarnogrzbiete sotty

terns, przemieszane ze śnieżnobiałymi mewami. I czerwononogie głuptaki.

Stałem zaskoczony, a one z krzykiem kłębiły się nad moją głową, zbliżając

się czasem na odległość podniesionej ręki. Widać tak rzadko widują

człowieka, że jego pojawienie się na wyspie zamiast strachu wywołuje raczej

zaciekawienie. To Sooty tern. Niestety nie jestem ekspertem i nie znam

polskich nazw tych ptaków.

To też Sooty terns

– jak widać wcale nie były płochliwe.

W zaroślach na

niskich krzakach siedziały wielkie fregaty, a pod nimi na ziemi trzepotał

nieporadnie skrzydłami tłum ptasiej młodzieży uczącej się latać. To samica

fregaty – Great frigatebird

Najbardziej

podobały mi się white terns. Po polsku to chyba białe rybitwy. Tańczyły z wdziękiem w powietrzu, a słońce

podświetlało ich śnieżnobiałe skrzydła…

Napowietrzny

balet trwał nieprzerwanie, a ja nie mogłem od niego oderwać oczu… Jeszcze

jeden white tern…

W końcu wziąłem

się za robienie zdjęć i filmowanie. Nie jest to łatwe zadanie w przypadku

szybujących ptaków mimo tego, a może właśnie dlatego, że latają tak blisko.

Ale udało mi się zrobić kilka ciekawych ujęć… To oczywiście white terns.

Dorosłe Sooty terns (sterna

fuscata) różnią się barwą upierzenia od młodych ptaków tego gatunku. 

Christ2205big.jpg
Całe ich chmary szybowały nad wąską plażą

i krzakami porastającymi wnętrze wyspy

To siedzący w

koralowym gruzie Christmas shearwater – jeden z

endemicznych gatunków występujących tylko na Christmas Island. Przyznam się,

że te wszystkie nazwy podpowiedziała mi moja internetowa ekspertka (Tanks a

lot Barabara!…)

To znów dorosłe Sooty terns…

Ten white tern był bardzo

blisko i dlatego obiektyw zanotował efekt trzepoczących skrzydeł.

Mój przewodnik chodził boso po tym

koralowym gruzie – widocznie jego stopy były przyzwyczajone do stąpania po

ostrych kamieniach, ale wam zdecydowanie polecam sandały!

Na gałęziach siedzą przedstawiciele

gatunku common noddy – anous stolidus

A tu obsiadły krzak młode red-footed boobies

(sula sula). Zdaje się, że po polsku nazywa się je: głuptaki

czerwononogie. Miesiąc wcześniej na Galapagos fotografowałem ich

niebieskonogich kuzynów.

To też młode red-footed boobies. Aż dziw, że ten

krzak się pod nimi nie załamie…

Młode red-footed

boobies najwyraźniej lubią życie w gromadzie…

Christ2195big.jpg

a to miniaturowy samotnik, który pozwolił mi podejść bardzo blisko – młody white tern.

 

Część z tych

ptaków ma gniazda w trawie. Mój przewodnik wyraźnie podkreślał, gdzie wolno

podejść, a gdzie nie wypada…

Pewnie dlatego,

by nie wkraczać w obszary gniazdowania szliśmy cały czas w zasadzie wzdłuż

brzegu.

Plaże na wysepce są piękne, wąskie i

dzikie…

Tam gdzie byłem, nie widać

żadnych śladów obecności ludzi…

-Popatrz! – zwrócił moją uwagę przewodnik –

Nie wszystkie ptaki budują gniazda! Małe white terns składają jaja w

połączeniu gałęzi.

A ten drapieżnik z muszlą na grzbiecie –

wskazał palcem na sporego kraba – wspina się po gałęzi, by skonsumować

pisklę, które wykluje się z jajka!

Na małej, bezludnej Wyspie Cooka występuje podobno 18 endemicznych gatunków

ptactwa. Coraz mniej jest takich miejsc na globie.

Takich krabów wspinających się po gałęziach w polu widzenia było więcej…

Żal tych piskląt. Ale natura wciąż rządzi się tu swoimi własnymi prawami.

Na Christmas

Island od czasu do czas przylatują grupy turystów pasjonujących się coraz

bardziej popularnym na świecie “birdwatchingiem”  czyli podglądaniem

ptaków. Przypływają
na Cook Island na całe dnie. Nocowanie na

wyspie nie jest jednak dozwolone – to rezerwat przyrody. Byłby tu zresztą

duży problem ze słodką wodą…

Ja też podpatrzyłem kolejnego ptaszka –

to common noddy (anous stolidus)

Christ2202big.jpg
W

końcu dotarliśmy do tej pięknej zatoki od strony otwartego oceanu, tej w której

nie udało się nam wylądować…

Po

jej drugiej stronie administracja rezerwatu zbudowała niewielką wiatę –

maneabę – w której turyści mogą schronić się przed słońcem i zjeść

przywieziony lunch… To gdzieś tam…

Pora była wracać. Nasza łódka przez

cały czas naszego pobytu na wyspie dryfowała gdzieś na wodach laguny.

Przewodnik pomachał na sternika koszulą. Wskoczyłem blisko brzegu na boczny

pływak, zawarczał silnik i uciekliśmy na czas przed niebezpiecznymi falami.

Po

powrocie do London miałem akurat tyle czasu by wziąć prysznic, zjeść skromny

lunch i spakować plecak. Ojciec Arobati osobiście odwiózł mnie na puste

lotnisko… Żegnaliśmy się serdecznie…

Samolot Air Pacific – 737

pojawiający się tu w każdą środę przyleciał o planowym czasie. Czekało na

niego zaledwie 7 pasażerów…

Odprawa była krótka i sprawna. Zaskoczyła mnie tylko konieczność zapłacenia

20 dolarów australijskich opłaty lotniskowej, która – jak mnie zapewniano –

nigdy nie jest wliczona do ceny biletu… Był jeszcze czas by sfotografować

się przed baraczkiem terminalu z koślawym powitalnym napisem. Dla mnie było

to pożegnanie z tą gościnną wyspą i jej serdecznymi mieszkańcami.

Pora może napisać tu coś o kosztach lotów.

Najpierw trzeba dotrzeć do Honolulu lub do Nadi na Fidżi. Samolot Air

Pacific odwiedzający Christmas Island odlatuje z Nadi na Fidżi i Honolulu do

tylko we wtorki i przekroczywszy linię zmiany daty ląduje na wyspie w środy.

Ceny biletów lotniczych Warszawa – Honolulu – Warszawa zaczynają się na

poziomie 3900 zł.  Do Nadi najkorzystniej dotrzeć z biletem wykupionym

według taryfy RTW – „dookoła świata” – od 1580 USD + opłaty. Przystanku na

Christmas Island nie można niestety wstawić do oferowanych przez sojusze

lotnicze biletów dookoła świata. Na przelot odcinka podróży Honolulu –

Christmas Is – Honolulu lub Nadi – Christmas Is. – Nadi zawsze trzeba

dokupić odrębny bilet, który kosztuje odpowiednio 2900 lub 1900 zł.  Od 2007

roku na jeden dzień przybywa na Christmas Island statek wycieczkowy linii „Princess”

krążący między Tahiti i Honolulu, sporadycznie zaglądają na wyspę także inne

pasażerskie statki.

Fidżijski steward zapowiedział cztery i pół godziny lotu do Nadi.

Wystartowaliśmy. Po raz ostatni popatrzyłem na Christmas Island – w blasku

słońca lśniły słone jeziorka i rozlewiska laguny…

I tak zakończył się jeden z

najciekawszych epizodów w historii mojego podróżowania po świecie… Mam

nadzieję, że ta relacja przybliży wielu ludziom ten niezwykły, tak odległy

skrawek lądu. A jeśli komuś z Was uda się kiedyś dotrzeć na Kiritimati

pozdrówcie ode mnie tych wspaniałych, radosnych wyspiarzy!

Przejście do

relacji z Fidżi

przepraszam – ta kolejna strona jest

dopiero w opracowaniu…