Christmas Island Wojtka Dąbrowskiego cz.2B-Tabwakea (Christmas2B.htm)

Przypominam wam mapkę Wyspy Bożego Narodzenia.

Tabwakea jest najbardziej wysuniętym na północ osiedlem na Christmas Island.

Liczy podobno około 1800 mieszkańców. Kiedy przejeżdża się przez osadę wydaje

się to nieprawdopodobne – chaty w większości pochowane są wśród zieleni i

rozrzucone na znacznym obszarze.

Koło Tabwakea widziałem otoczoną solidnym płotem

stację kontroli ruchu satelitów – bezobsługową – jest ona podobno własnością

amerykańskiej agencji NASA.

Tabwakea jest jednocześnie “ośrodkiem

akademickim” samotnej wyspy – za osadą zlokalizowane są dwie szkoły średnie –

katolicka i protestancka…

Katolickie siostry prowadzące high school

zaprosiły mnie i mojego miłego gospodarza – ojca Arobati na kolację. 

Nie tak w Europie wyobrażamy sobie średnią szkołę. Z drogi widać tu przede

wszystkim wielką maneabę – pokrytą strzechą otwartą wiatę w której odbywają

się ogólne spotkania i uroczystości. Z tyłu za maneabą widać niskie baraki

klas i administracji.

Powitanie było bardzo serdeczne. Nie

oczekiwałem, że zostaniemy potraktowani jako specjalni goście… Posadzono

nas na dwóch samotnych krzesłach podczas gdy oni – pracownicy szkoły

siedzieli na podłodze. Dwie spośród sióstr pracujących w szkole pochodziły

z… Papui Nowej Gwinei. Ucieszyłem się, gdy oświadczyły mi, że w swoim

kraju pracowały z polskim misjonarzem. I przypomniałem sobie od razu moje

spotkanie z polskim księdzem w Wewaku – na północnym wybrzeżu Papui.

Nie przypuszczałem, że przed kolacja

będzie jeszcze część artystyczna. A była! Ta oto śliczna mała księżniczka

najpierw włożyła nam na skronie wieńce ze świeżych kwiatów – tak podobno

traktuje się honorowych gości. Potem ja jako gość z zagranicy zostałem

udekorowany dodatkowo naszyjnikiem z muszelek (na zdjęciu trzyma go w rękach

– robiąc zdjęcie jeszcze nie wiedziałem, że to dla mnie). A potem

dziewczynka tańczyła do muzyki z taśmy… Sama niestety miała wianek ze

sztucznych kwiatów – przywieziony zapewne przez kogoś z rodziny z Honolulu.   

Nie mogłem sobie odmówić przyjemności

sfotografowania się z tym uroczym, pełnym naturalnego wdzięku dzieckiem.

Przy okazji możecie sami ocenić na ile wianek pasował do mojej opalonej

łysiny (zdaje się, że nie bardzo!). Ojciec Arobati w swoim prezentował się

znacznie lepiej.

Przyniesiono tacki z jedzeniem: smażone

owoce chlebowca, ryż i jakąś dużą rybę.  Oni siedzieli na podłodze i

śpiewali (-Dla lepszego apetytu!- żartował ksiądz.) My jedliśmy- trzymając

tace na kolanach. Im przyniesiono posiłek, dopiero jak my skończyliśmy jeść.

Miałem wielką ochotę dołączyć do nich, ale nie chciałem popełnić jakiejś

gafy, tym bardziej, że byłem w towarzystwie księdza, który był dla nich

najwyższym na wyspie autorytetem i wszyscy traktowali go z dystansem.

Potem poproszono mnie, abym opowiedział o

Polsce i o mojej podróży dookoła świata. Father tłumaczył moją story na

gilbertyjski, bo nie wszyscy – jak się okazało – rozumieli angielski. A

potem… Potem ponad wierzchołki palm popłynęła polska kolęda, którą

odziedziczyłem po moim Ojcu: “Witaj gwiazdko złota!…”  Dyktując mi

kiedyś słowa nie mógł przewidzieć, że zawiozę ją na koniec świata – aż na

Wyspę Bożego Narodzenia.

Wróćmy jednak do Tabwakei… Osada położona

jest po obu stronach drogi London –  Banana. Cała pocięta jest  piaszczystymi

drogami zastępującymi ulice…

Tu wciąż jeszcze przeważają tradycyjne chaty, kryte palmową strzechą.

Niektóre z nich budowane są na palach – nie dla ochrony przez zalaniem, ale

dla zapewnienia przepływu powietrza pod podłogą, co przy licznych szparach

poprawia wentylację podczas upału… Boczne ściany z opuszczanych mat

zabezpieczają w razie potrzeby przed gwałtownym wiatrem i zacinającym

tropikalnym deszczem.

Obok między tak egzotycznymi dla nas palmami rozwieszono prozaiczne sznury z

bielizną. Ale to też daje pewien koloryt.

Blaszane opaski na palmach uniemożliwiają

krabom wspinanie do korony drzewa i niszczenie kokosów.

Christ1893big.jpg

W tym krajobrazie sielskiego tropiku nie

może oczywiście zabraknąć palm, chlebowców i stert kokosów.

 

Woda jest – jeden

kran na kilka chat. Niestety trzeba ją oszczędzać. Dlatego pranie robi się

nie pod kranem, ale w misce…

Hamak rozwieszony

miedzy palmami często służy jako kołyska dla dziecka. Ale i dorośli z niego

korzystają – szczególnie podczas południowej sjesty. Gorący klimat sprawia,

że człowiek szybko się tu męczy. Miejscowi odpoczywają w środku dnia. Mnie

też proponowano taki wypoczynek, ale szczerze mówiąc – szkoda mi było

czasu…    

Widziałem, że

małe dzieciaki słodko śpią tu w środku dnia…

Nie widziałem na

Kiritimati zakładu krawieckiego. Te barwne sukienki noszone przez tutejsze

kobiety szyje się też w domach pod strzechami – na maszynie na korbkę.

Kto nie chciałby

otrzymać i oddać takich uśmiechów!…

 Te kwiaty we włosach jak się później

okazało noszą nie wszystkie kobiety i nie zawsze je wpinają. Kiedy

próbowałem dowiedzieć się dlaczego okazało się że jest z tym tak jak i u

nas: jednym kobietom zależy, by się podobać, innym nie. Jedne są mniej, inne

bardziej zalotne… Tamtejszym mężatkom podobno mniej zależy… A może nie

wypada?…

Zwróciła moja uwagę taka dziwna budowla w

centrum osady. Okazało się, że to prozaiczna publiczna dwumiejscowa toaleta.

Tylko dlaczego bez żadnej osłony?  Zabrakło desek, czy jak?

Codzienne życie pod strzechą. Nie

pamiętam, czemu płakał ten malec. Na Kiritimati płaczące dzieci w ogóle

widywałem niezmiernie rzadko.

Babcia jest niezastąpiona gdy trzeba

przygotować ludowy strój dla wnuczki… Zaskoczeniem dla mnie była jego

górna część – upleciona z pasków pandanusa jak mata.

Christ1896big.jpg
Rodzina z Tabwakea – to jedno z moich

ulubionych zdjęć z tej podróży – każda z tych skupionych twarzy wyraża coś

innego…

Do brzegu laguny z centrum osady jest

zaledwie kilkaset metrów. Tu nie ma oceanicznej fali, raf i woda nie jest

głęboka…

To idealne warunki do kąpieli dla

dzieciaków z osady. Spotkałem tu grupę wesołych nagusów chlapiących się w

wodzie i baraszkujących na czystym, drobnym piasku. Wśród nich była tylko

jedna, bardzo zresztą mała dziewczynka. W ciągu tygodnia spędzonego na

wyspie nie widziałem ani jednej kobiety w kostiumie plażowym. To nie

Hawaje…

Bez czapki ani rusz… Wróciłem z

piekącego słońca pod palmy.

W wioskowym sklepiku sprzedaje się przede

wszystkim konserwy i słodycze. Jedyny świeży artykuł to chleb pakowany po

dwa bochenki w plastykowym worku. Kilo chleba kosztuje 4 australijskie

dolary.

Aby nikt nie zarzucał mi, że pokazuję

wyidealizowany obraz wyspy zdecydowałem się pokazać również takie zdjęcie.

Ale takich obrazków nie widzi się tam wiele. Pozbywanie się śmieci to wielki

problem – szczególnie tych mniejszych atoli. Bo gdzie je wyrzucać? Do

laguny? W ocean? Międzynarodowe konwencje zabraniają takich praktyk.

Wyspiarskie kraje są biedne. Nie stać ich za zakup urządzeń do przerobu

odpadów. Temat jest wstydliwy i miejscowi mówią o tym niechętnie…

-Mauri! pozdrawiałem uśmiechniętych

Gilbertczyków zaglądając do kolejnych chat. Nikt nie miał mi tego za złe…

Ci ludzie są niezwykle przyjacielscy, a widok wędrującego samotnie białasa

wywołuje i zainteresowanie i bezinteresowną sympatię…

A tematów do fotografowania nie brakuje.

I nie są to tylko pocztówkowe widoczki. Nikt oczywiście nie oczekuje

jakiegokolwiek wynagrodzenia za zrobienie zdjęcia. To nie Zachodnia Afryka,

gdzie dzieciaki żądają pieniędzy albo “cadeau”, a jeśli ich nie dostaną,

to gotowe rzucać za nieroztropnym fotografem kamieniami.

A pod palmami

można tu często znaleźć prawdziwe piękności… Niestety kontakty ze światem

zmieniają powoli te wyspy. Naturalne kwiaty w naszyjnikach coraz częściej

zastępowane są przez sztuczne… Ale w takich też jest jej do twarzy!

Dziewczynę

fotografowałem w pobliżu katolickiego kościoła pod wezwaniem Św. Teresy.

Kościół nie ma “przydziałowego” pasterza. Ojciec Arobati w każdą niedzielę

po odprawieniu wczesnej mszy w London przyjeżdża tutaj odprawić kolejną, a

potem jedzie jeszcze do Banana i do Poland – to prawdziwy coniedzielny

maraton…

Miejscowym zwyczajem na placu obok kościoła

zbudowano wielką maneabę – i to tutaj w tym roku miało się odbyć wspólne

świętowanie Bożego Narodzenia całej katolickiej społeczności Christmas

Island…

Już w przeddzień wigilii z pozostałych trzech

osad wyspy zaczęli ściągać do Tabwakei ludzie, wioząc ze sobą zapasy

jedzenia, maty do spania (na noc maneaba zamieniała się w jedną wielką

sypialnię, w której spali pokotem ludzie przebyli na uroczystości) i ludowe

stroje.

Oni podobnie

jak ja niecierpliwie czekali na to bodaj największe w roku wydarzenie… Ale

o tym, jak wyglądały święta na Christmas Island napisałem już na kolejnych

stronach. Przed świętami chciałem jeszcze koniecznie odwiedzić Poland…