Christmas Island Wojtka Dąbrowskiego cz.1 (Christmas1.htm)

Christmas Island leży zaledwie dwa

stopnie na północ od równika.   Należy do wyspiarskiej Republiki Kiribati –

to połowa jej terytorium. Na rozległych wodach terytorialnych tego państwa

Christmas Island jest wysunięta na wschód – od stolicy kraju leżącej na atolu

Tarawa dzielą ją ponad 3 tysiące kilometrów.

Jeszcze niedawno na wyspę można było dotrzeć

tylko czarterowym samolotem latającym nieregularnie z Honolulu. Internetowe

wyszukiwarki lotów nie pokazywały wcale lotniska o magicznym dla mnie symbolu

CXI, były problemy z rezerwacją miejsc. W roku 2006 sytuacja się poprawiła: moi

starzy znajomi – fidżijskie linie Air Pacific zdecydowały się nieco nadłożyć

drogi i raz na tydzień w drodze z Nadi do Honolulu lądować na Christmas Island.

Niestety taryfy ustalono bardzo wysokie. Paradoksalnie powrotny dolot z Honolulu jest

droższy o 1000 zł od przelotu powrotnego z bardziej oddalonego Nadi na Fidżi. A

przelot jednym ciągiem Honolulu -CXI – Nadi jest jeszcze droższy. Wybrałem

oczywiście wariant najtańszy: powrotny przelot z Fidżi…


Na Fidżi dotarłem z biletem wykupionym według

taryfy “dookoła świata”. Mimo, że Air Pacific partycypuje w tej taryfie nie

można korzystając z niej zrobić sobie stopoveru na Christmas Island w drodze

z Honolulu na Fidżi. W stolicy Fidżi – Suvie w ciągu kilku godzin dostałem

wizę Kiribati.  Z Nadi odlecieliśmy o północy.

Gdzieś nad niezmierzonym, czarnym Pacyfikiem przekroczyliśmy linię zmiany

daty. Około 6.00 słońce czerwieniło już horyzont.  Przestawiliśmy

zegarki na czas Honolulu i zaczęliśmy powoli schodzić  nad bezbrzeżnym

oceanem w dół. W końcu zauważyłem ląd – płaski,

rozległy, z licznymi rozlewiskami,
nakrapiany pióropuszami palm, z laguną niesymetrycznie

położoną w północno -zachodniej części atolu. Zatoczyliśmy szeroki łuk nad

płyciznami i zeszliśmy do lądowania. Łagodne „bump” oznajmiło

wkrótce, że jednak się

udało – Byłem na Christmas Island!

Był 20

grudnia 2006 roku. Z tego jedynego samolotu, który raz na tydzień przylatuje

na Christmas Island wysiadało nas 8 osób: trzech tubylców wracających do

rodzin, czterech Japończyków, którzy przylecieli tu łowić wielkie ryby i ja

– samotny Polak.

Stary betonowy pas lotniska zawdzięcza Wyspa

Bożego Narodzenia Brytyjczykom, którzy pół wieku temu – jeszcze w czasach

kolonialnych przeprowadzali tu próby z

bronią atomową. Bomby zrzucano z balonów. Na szczęście dziś na wyspie nie ma już

żadnych śladów radioaktywnego skażenia. Pas Brytyjczyków jest bardzo

rozbudowany – z wieloma miejscami parkingowymi, ale nie ma niestety oświetlenia – samoloty mogą lądować

tutaj tylko w

ciągu dnia – podobnie jak na “stołecznym” atolu Tarawa.

Maszerujemy po płycie lotniska do małego

baraczku terminalu, na którym wisi trochę koślawy napis „Welcome to

Christmas Is.”. Bagażowy ciągnie na ręcznym wózku mój plecak i walizki

Japończyków… Wpisuję do deklaracji przyjazdowej gdzie spędziłem ostatnich

10 dni (wyspiarze boją się przywleczenia chorób z podejrzanych krajów) i

dostaję piękną pieczątkę do paszportu.

Autobus do miasta? Wolne żarty!… Przed

terminalem czekają zaledwie trzy sfatygowane samochody. Uśmiechnięty

Rubetaake – właściciel jednego z nich podwiezie mnie do głównej osady.

Na

największym atolu świata nie ma

miast. Wokół laguny rozłożyły się cztery niewielkie osady, z których

największa nazywa się London. Oglądana z satelity Christmas Island kojarzy

mi się kształtem ze szwedzkim kluczem. London leży na górnej szczęce tego

klucza. Na przeciwnej – dolnej była kiedyś (opuszczona obecnie) osada Paris, a niżej,

za nią – Poland. Na północ od Londynu leży spore osiedle Tabwakea. Czwarta osada to Banana

– położona jest obok lotniska.

 

Pusta droga wije

się wzdłuż szpalerów palm i niskich, zielonych krzewów. Z rzadka pod palmami

widać chaty zbudowane na palach, kryte strzechą. Trudno oprzeć się wrażeniu

pustki. –Mieszka nas na całym atolu tylko nieco ponad 4 tysiące – opowiada

kierowca. Na ponad połowie terytorium Republiki Kiribati tylko 4 tysiące ludzi!

Wkrótce przekonam się, że tubylcy –

podobnie jak ich rodacy z atolu Tarawa są pogodni i nie mają stresów,

uśmiechają się z daleka nawet do zupełnie obcych ludzi. Smagłe, czarnowłose

kobiety ubierają się kolorowo i wpinają we włosy świeże kwiaty. W oknach

między palmami miga błękitny i turkusowy ocean, w którym – jak twierdzi

Rubetaake, tutejsi łowią ryby o długości do 1,5 metra.

Odzież klei mi się do ciała. Słońce wzbiło

się już wysoko… Duchota… Jak

wszędzie w pobliżu równika przez cały rok jest tu gorąco i wilgotno. Pora

deszczowa, podczas której panuje trudna do zniesienia dla Europejczyka

wysoka wilgotność trwa od listopada do lutego. Przyleciałem właśnie w tym

okresie – przygotowany jestem na gorące słońce i krótkie lecz ulewne

deszcze. Jak widać – podczas pory deszczowej niebo wcale nie musi być

zasnute ciężkimi chmurami.

Trudno oprzeć

się wrażeniu pustki. Gdzieś po drodze mijamy odcinek trawiastego stepu ponad

który wyrastają wiatraki wiatrowych pomp. To bardzo ważne urządzenia – to te

pompy tłoczą do wodociągu tak cenną na atolach słodką wodę. Czasem jej

okresowo brak – trzeba oszczędzać, a do mycia i celów gospodarczych zbierać

z dachu deszczówkę. Gorzej, gdy jest pora sucha i nie pada!… 

Mijamy samotny krzyż zatknięty w piasku pod

palmami. -Tu niedawno zginął w wypadku motocyklowym młody ksiądz przysłany z

Tarawy do pracy na wyspie – wyjaśnia Rubetaake.

Kilka kilometrów dalej przystaje przy

cmentarzu by pokazać mi mogiłę księdza. Jakże dziwny ten cmentarz!

Bezimienne nagrobki obramowane są nierównymi kawałkami koralowej skały. Nad

niektórymi kołyszą się sznurki ozdobione wyschniętymi palmowymi liśćmi…

Wyjątkiem jest daszek nad grobem lub płaski

kamień z wyrytym niezdarnie nazwiskiem pochowanej osoby.

W centrum London zobaczę później inny,

bardziej europejski cmentarz – ten na zdjęciu obok – ale tam już nikogo nie

chowają…

Tymczasem jedziemy przez prowincję.

Z rzadka pod palmami widać chaty zbudowane na palach, kryte strzechą.

Tak mieszka się

we wnętrzu takiej tradycyjnej chaty: spędzając większość czasu na siedząco

na podeście pokrytym matą. Chata nie ma ścian, a jedynie żaluzje z maty lub

płachty – opuszczane w przypadku nisko świecącego słońca, silnego wiatru lub

zacinającego deszczu. Rozwieszony hamak to już pewien luksus – z reguły

usypia się w nim dzieci.    

Do London

dotarliśmy po pół godzinie niespiesznej jazdy. Początkowo zamierzałem jechać

do reklamowanego w internecie Moumou Resthouse, ale Rubetaake czyli Ruby

usłyszawszy, że jestem z katolickiej Polski sam zaproponował, że zawiezie

mnie do katolickiego kościoła. To ten na zdjęciu obok. Niski budynek po

prawej w ogrodzie to plebania. A jeszcze dalej pod wysokimi palmami jest

maleńki domek z jednym pokoikiem i dobudowaną łazienką, gdzie mnie

ulokowano.

Pokoik jest

bardzo schludny, ma siatki w oknach, więc nie musze nawet wyciągać

moskitiery. Prymitywnie będę mieszkać – nawet bez wiatraka pod sufitem, ale

tanio i co najważniejsze – blisko tych uśmiechniętych ludzi. Klimatyzacji w

tropiku nie lubię i nie potrzebuję – na przestrzał przez mój domek wieje od

szmaragdowej laguny orzeźwiająca bryza.

A to jedyny

katolicki kapłan na Christmas Island – życzliwy ojciec Arobati, który

przyjął mnie – samotnego wędrowca z otwartymi ramionami. Jest rodowitym

Gilbertczykiem. Przed przybyciem na Kiritimati pracował na Tarawie.

Duszpasterzem na Wyspie Bożego Narodzenia został po śmierci poprzedniego

kapłana, Francuza – księdza Bermonda.

I tu pora przypomnieć, że wymowa

mieszkańców Kiribati różni się od naszej: “b” wymawiają jak “p”, “t” jak 

nasze “s” i najczęściej zjadają końcowe samogłoski.

Zatem nazwę swojego kraju wymawiają [kiribas]

, imię ojca Arobati – [aropesi], a nazwę osiedla Tabwakea [tapakea].

Europejczykowi nie jest łatwo się przestawić, ale nie ma się co przejmować –

zła wymowa będzie i tak zrozumiana i z uśmiechem wybaczona. Nazwa atolu:

Kiritimati przez miejscowych wymawiana jest [kirismas] – czyli prawie

pokrywa się z naszą wymową słowa “Christmas”.

We wnętrzu kościoła wierni siedzą wprost

na podłodze. Buty (jeśli ktoś przyszedł w butach) zostawia się jak w

meczecie – przed wejściem. Kościół w London odnowiono i rozbudowano

przed milenijnymi obchodami roku 2000. Christmas Island przeżywała wtedy

wielkie sprzątanie – ze względu na swoje położenie i przesunięcie linii

zmiany daty była pierwszą zamieszkana wyspą witającą nowe tysiąclecie.

Ksiądz Bermond wydrukował z tej okazji pocztówki. Oczekiwano napływu

turystów… Milenijna euforia trwała krótko, ale Kiritimati zyskało na

wyglądzie…

A jakie jest alternatywne zakwaterowanie

na Kiritimati? Gdy przyjedzie was więcej nie zmieścicie się przecież w małym

domku ojca Arobati, który ma tylko jedno podwójne łóżko!

Sztandarowym obiektem na wyspie jest

Captain Cook Hotel. Był tu “od zawsze”… W czasach kolonialnych były to dwa

brytyjskie baraki wojskowe, do których dobudowano potem łącznik z recepcją i

jadalnią… Ta ważna instytucja mieści się w Banana – w pobliżu lotniska.

Mieszkał tu między innymi (narzekając na wałęsające się kraby) Olgierd

Budrewicz podczas swojej wizyty na Christmas Island. Ja wam raczej to

miejsce odradzam – za daleko do ludzi! – mieszka się tu jak w getcie dla

turystów.

Zniszczona tablica też raczej odstrasza…. 

Trzeba tu zapłacić 88 AUD za pokój jednoosobowy, a 125 AUD za dwuosobowy.

Lepszy standard mają pokoje w wolnostojących bungalowach, których kilka

postawiono w ogrodzie – bliżej plaży.

Tak wygląda otwarte hotelowe lobby. Po

lewej lada recepcji, w której nie ma nawet kasy zliczającej pieniądze, nie

mówiąc już o jakimś komputerze…

Starsza pani recepcjonistka z kwiatkiem

we włosach pamięta jeszcze Brytyjczyków… Na ścianie naprzeciw recepcji

namalowana wprost na ścianie (a nie wywieszona – jak pisał O. Budrewicz)

mapa archipelagu – dla przyjezdnych bardzo ważna, bo nie ma tu żadnej

informacji turystycznej, a znalezienie takiej drukowanej mapy graniczy z

cudem.  W Captain Cook Hotel zatrzymuje się większość turystów i “panów

w delegacjach” – jeśli dobrze pamiętam, to mogą zakwaterować łącznie 88

osób.

To hotelowa restauracja, a raczej

jadalnia. na tablicy przybywający tu pasjonaci wędkarstwa wypisują wagę i

wymiary złowionych ryb.

W Captain Cook Hotel jest także bar

obsługiwany przez dwie takie ślicznotki… Puszka piwa kosztuje 2,50 USD. Są

oczywiście i

mocniejsze trunki, no i klimatyzacja…

A to wspomniane już hotelowe bungalowy –

mają lepszy standard niż pokoje w barakach. Wszystko świeciło pustkami – w

całym hotelu tylko czterech Japończyków.

Przy plaży dla hotelowych gości zbudowano

tradycyjną maneabę – wiatę spotkań. W niej jest kolejny bar – otwierany, gdy

jest dla kogo…

A to hotelowa plaża i ta sama maneaba od

strony oceanu…

Na tym zdjęciu widać, że na piasku plaży jest

sporo wyrzuconego przez fale koralowego gruzu. A w oceanie przy brzegu sporo

raf – lepiej wchodzić do wody w sandałkach… Przywieźcie!

“Captain Cook”

jest także jedynym miejscem na wyspie, gdzie można kupić niebrzydkie

pamiątki. To na przykład rzeźby w drewnie…

A tutaj mamy tradycyjne miecze przemyślnie

zdobione kośćmi i ościami różnych ryb…

Jakiś kilometr od hotelu w kierunku London

stoi przy plaży miejscowy “przybytek rozpusty”… dyskoteka “Lodge”

działająca w weekendy i uczęszczana przez tutejszą starszą młodzież.

Niestety i tu dotarła już moda na disco przy piwie przywleczona z krajów

“rozwiniętych”. Ubolewam… Kawałek betonowej posadzki przy barze, wielkie i

głośne kolumny. I kilka prymitywnych pokoików (na zdjęciu obok). Odradzam…

Nie po to przejeżdża się na ten koniec świata…

A to, jak zdążyłem się zorientować

przedsiębiorczy właściciele tego biznesu…

Przybywający na Kiritimati turyści to przede

wszystkim zamożni Amerykanie łowiący tu ryby lub podglądający wodne ptactwo. To

dla nich w ostatnich latach powstało kilka małych, prywatnych (i drogich) lodges, rezerwowanych przez agencje w Honolulu lub Kaliforni. To jedna z

nich:  Crystal Beach Fishing

Resort w Tabwakea – za nocleg w bungalowie przy plaży i pełne wyżywienie

biorą tu 70 USD.

Plaża przy Crystal Beach jest czysta i chyba

nawet ładniejsza niż przy “Captain Cook”, choć aby znaleźć się na głębokiej

wodzie trzeba wyjść kawał w morze.  Ale dla mnie ważniejsze od plaż

byli na Kiritimati ludzie. Wolałem wędrować od chaty do chaty niż

przesiadywać na tym białym piasku. Ale o tym już na kolejnej stronie…