Boliwia – refleksje z podróży – Wojtek Dąbrowski (Boliwia1.htm)

Peryferie

Ameryki

Bolityt.gif

tekst

i zdjęcia: Wojciech Dąbrowski © 

 

Pomysł był

dość niecodzienny: polecieć samolotem “Aerofotu” do Buenos Aires w Argentynie

i potem drogą lądową dotrzeć aż na drugą stronę kontynentu – do Limy w Peru.

Stamtąd samolotem miałem wracać przez Kubę do Europy.  Samotnie, bez większych

kłopotów przejechałem Argentynę i spory szmat Brazylii. I dopiero teraz zaczęły się

przysłowiowe “schody”. Bo ciągnącą się tysiącami kilometrów zachodnią

granicę Brazylii przecina tylko jedna nitka komunikacji lądowej – linia kolejowa

biegnąca do boliwijskiego miasta Santa Cruz. Ktoś kto w tym miejscu chce się

przedostać na zachodnie wybrzeże nie ma po prostu wyboru. Wizę w konsulacie Boliwii

otrzymałem na poczekaniu. Przez brazylijskie miasto Corumba dotarłem do granicy. Dalej,

za rzeką Paragwaj, zaczynały się prawdziwe peryferie Ameryki…

Stacyjna “restauracja”

bez ścian…

Pociąg śmierci                           

W moimi

przewodniku, wydrukowanym przez międzynarodowe wydawnictwo Penguin  „ekspres”

kursujący dwa razy w tygodniu do Santa Cruz de la Sierra nazywają pieszczotliwie „The

Death Train” – „Pociąg śmierci” pocieszając jednocześnie, że w ostatnich

latach liczba wykolejeń znacznie się zmniejszyła. Miła perspektywa…

Granicę

przekracza się pieszo. Gliniasta droga prowadzi dalej od granicznego posterunku do

początkowej stacyjki, która nazywa się Quijarro. Przy drodze szare chaty pod

strzechami; świat po tej stronie granicy jawi się smutny i o wiele uboższy. Sama stacja

to skromny budyneczek i wiata przykryta dachem z falistej blachy. W zakratowanym okienku

kasy dwie tabliczki: jedna z informacją, że pociąg odjedzie o godzinie 10.00, druga,

że biletów już nie ma. 

Wąsaty zawiadowca – Jefe de estacion – rozkłada wymownie ręce,

gdy mu tłumaczę, że nie mogę czekać trzech dni na następny odjazd. 

Zdesperowany wyciągam w końcu zredagowane po hiszpańsku zaświadczenie o współpracy z

redakcją. Efekt jest natychmiastowy.  Po chwili “el senior periodista”

otrzymuje bilet pierwszej klasy na całą podróż, która ma potrwać 20 godzin. 

Pierwsza klasa nie grzeszy komfortem. Wagon nie jest dzielony na

przedziały, a między rzędami nagrzanych słońcem, parzących ceratowych siedzeń

pozostaje diablo mało miejsca na moje długie nogi. – Cafe caliente!
Pigoleses!

przed odjazdem przewala się przez zatłoczony wagon fala przekupniów, oferujących

brazylijskie cukierki, kawę, papierosy na sztuki, owoce oraz cziczę, popularny napój

przyrządzany drogą fermentacji z kukurydzianego ziarna. Ruszamy. Do Santa Cruz blisko

650 kilometrów…

Wysokie góry, egzotyczna

roślinność…

Trzykrotnie

większa od Polski Boliwia dzieli się geograficznie na dwie krańcowo różne krainy:

porośnięte dżunglą, nizinne Oriente i Antiplano – surowy andyjski płaskowyż.

Ciągnący się teraz za oknem setkami kilometrów zielony gąszcz to boliwijska dżungla,

kryjąca nie tylko potomków pierwszych mieszkańców tych ziem, ale też Europejczyków z

różnych względów szukających izolacji od świata. Niewiele o nich wiadomo. Czasem

jakiś wścibski reporter opublikuje sensacyjną wiadomość, jak ta którą kiedy

wyczytałem w angielskojęzycznym tygodniku, że w rejonie Apapo Izozon 150 niemieckich

rodzin administruje udzielnie obszarem porównywalnym z terytorium Holandii.

W miarę upływu

godzin poznaję kolejne atrakcję podróży – przekraczające wszelkie normy boczne

kołysanie wagonu, tłok i zaduch. – Billetes, por favor! – spocony konduktor z

trudem przepycha się przez tłum. Dziesiątki ludzi jadą bez biletu za łapówkę

inkasowaną jawnie i bez skrupułów przez obsługę pociągu. Dla Boliwijczyków,

wracających z Brazylii, prawdziwym postrachem jest jednak aduana – kontrola

celna. Ekipy energicznych celników w cywilu – ale z bronią – przeczesują pociąg na

każdej większej stacji, pobierając od podróżnych bez pokwitowania spore sumy, w

zależności od rozmiarów bagażu. Mój wypłowiały plecak na szczęście nie budzi ich

zainteresowania.

Na całej trasie

przystajemy cztery czy pięć razy na niewielkich stacyjkach. Przyjazd pociągu jest tu

wydarzeniem dnia i okazją do zarobku. Na pasażerów oczekują porozstawiane wzdłuż

toru stoliki, kociołki i kosze z pożywieniem. – Pacumuto! Juca! Chicha fria! –

przekrzykują się ciemnoskórzy „restauratorzy”. Na postoju w Robore funduję sobie

obiad składający się ze sporego, gotowanego korzenia manioku i nadzianych na patyk

kawałków pieczonego mięsa.

Zapada zmrok.

Mniej wytrwali kładą się pokotem w przejściu między ławkami. Ale o śnie raczej nie

ma mowy. Wagonem tak rzuca na wszystkie strony, że często mam wrażenie że już za

chwilę na pewno wylecimy z szyn… Niecierpliwie wyławiam każde światełko majaczące

w mroku. Czy to już Santa Cruz?

 

 

Indianki sprzedające cziczę

Stare centrum Santa Cruz

Santa Cruz de la

Sierra – wąskie uliczki o niskiej, parterowej zabudowie krytej czerwoną dachówką z

podcieniami wspartymi na drewnianych słupach. Skromna katedra i kilka białych,

kolonialnych budowli na głównym placu. Jeszcze dwadzieścia lat temu tak wyglądało

całe Santa Cruz – odległa od wielkiego świata stolica boliwijskiego Oriente. Dziś na

obrzeżach miasta wyrosły eleganckie wille i dobre hotele, a z lotniska odlatują

samoloty nie tylko do stolicy, ale także do Sao Paulo i Miami. Nafta, odkryta i

eksploatowana w pobliżu miasta zadecydowała o jego rozwoju i sprawiła, że Santa Cruz

chce rywalizować z La Paz o miano głównego ośrodka gospodarczego kraju.

 

Po cichu mówi

się także, że panowie zamieszkujący wille pod palmami bogacą się na handlu białym

proszkiem. W tym kraju bardzo słabej i często zmieniającej się władzy rządzi

pieniądz i narcos, producenci narkotyków, którzy – jak podała jedna z argentyńskich

gazet – mają w dżungli dla obrony swych interesów 5000 uzbrojonych ludzi.

Targ w Santa Cruz – tu owoce są

tańsze niż na Antiplano

Krzewy koki

uprawiają Indianie i Metysi na zagubionych w dżungli poletkach. Zebrane liście

dostarczają do punktów kontaktowych. Stąd transportuje się je do zakamuflowanych

laboratoriów, gdzie z ekstraktu pozyskuje się kokainę. Granic biegnących przez

dżunglę ciężko upilnować, więc z wywozem nie ma problemów.  Na jednym z

placów Santa Cruz stoi w charakterze ozdoby czterosilnikowy samolot, o którym tubylcy

mówią avion-pirate. Przyleciał kiedyś na tutejsze lotnisko i został porzucony.

Załoga i ładunek rozpłynęły się w powietrzu. Takich zagadek boliwijska dżungla zna

więcej.

Mimo wszystko

mam szczęście. W biurach dwóch kolejnych kompanii autobusowych oświadczono mi, że ich

flota (tak nazywa się tu potocznie autokary) nie kursuje ze względu na złe warunki

drogowe. Ale w kompanii „Unificado” dostałem jeden z ostatnich biletów do

Cochabamby.

Przerobiony z

ciężarówki autobus rusza w trasę o czwartej po południu. Wszystkie miejsca zajęte, a

mimo to kierowca zabiera jeszcze kilku “łepków”. Pędzimy raźnie asfaltową

szosą aż do zwalonego mostu na rzece Pirai. –Zniosło go dwa lata temu, będziemy

forsować rzekę w bród!. Dobrze że woda jest niska, bo czasem przychodzi czekać na

przeprawę i kilka dni! – informuje sąsiad. Dwa szeregi opłaconych wyrostków

stojących po uda w wodzie wyznaczają najpłytsze miejsce. Poniżej tkwią na wpół

zanurzone wraki autobusu i ciężarówki. Ci widocznie przeszarżowali…

Po przeciwnej

stronie rzeki szosa zamienia się w terenową szutrówkę, wspinającą się dnem

głębokiego wąwozu. Spracowany silnik rzęzi na stromych podjazdach. Część wąskiej

półki, którą jedziemy, osunęła się do rzeki i droga jest coraz węższa. Stajemy,

pasażerowie wysiadają. – Gringo, vamos! – wołają w końcu i na mnie, jedynego w

wozie Europejczyka. Patrzę z niepokojem, jak samochód obciążony stertą bagaży na

dachu, przyklejony niemal do skalnej ściany kołysze się niebezpiecznie w koleinach na

krawędzi urwiska. Uff! Przejechał!

Przy ostatnich

promieniach gasnącego słońca sycę oczy pięknem górskiego pejzażu. O zmroku kolejny

postój. – Gringo, vamos!   W świetle reflektorów widzę górski strumień rozlany w

grzęzawisko kilkumetrowej szerokości. Próbujemy przeskakiwać po kępach trawy i po

kamieniach. Nie wszystkim się to udaje. Na szczęście sam wóz bez większych kłopotów

forsuje błoto. Znów jedziemy! Ile jeszcze takich przygód w drodze do Cochabamba?

 

Cochabamba

Gringo szuka koki

        

Przy

nazwie Cochabamba zanotowałem dwie inne: Los Portales i La Cancha. – Senior, czy to

daleko? – pytam ciemnowłosego chłopaka z łatami na spranych dżinsach, bo plan miasta

jest nieosiągalny. Chłopak prowadzi mnie za rzekę, w której Indianki piorą kolorową

bieliznę. Za artystycznie kutymi kratami, w ogrodzie pełnym egzotycznych drzew i

obsypanych kwieciem krzewów bieleje Los Portales – pałac Simona Patinio, króla

boliwijskiej cyny.         

Przez ponad dwieście lat boliwijskie złoża srebra stanowiły główne źródło

dochodów z kolonii hiszpańskich w Południowej Ameryce. Do ciężkiej pracy w kopalniach

wykorzystywano miejscową ludność. W końcu XIX wieku, gdy wyczerpujące się zasoby

srebra straciły na znaczeniu, jeden z boliwijskich urzędników zatrudnionych w

górniczym przedsiębiorstwie zwrócił uwagę na fakt występowania w złożach także

znacznych ilości cyny.

Obrotny i

pozbawiony skrupułów klerk założył własną firmę, a zbiegło się to ze wzrostem

światowego zapotrzebowania na cynę. Nazywał się Simon Patinio i był rodowitym

Boliwijczykiem. Nie przeszkodziło mu to w bezwzględnym wykorzystywaniu swych ziomków,

zatrudnionych w należących do niego przedsiębiorstwach. Wielka fortuna „cynowego

króla” wyrosła z ludzkiej krzywdy i nieludzkiego wyzysku. W Cochabambie wybudował

Patinio nowobogacką siedzibę na miarę swych ambicji. Gdy zmarł za granicą, rodzina

przekazała pałac społeczeństwu.

Pałacowe

wnętrza zawierają niezbyt szczęśliwe połączenie różnych stylów. Kopie

francuskiego malarstwa, chińskie smoki i arabskie mozaiki. Kararyjskie marmury i

miniaturę Petit Trianon w ogrodzie. Dowody bogactwa i pychy, ale także kiepskich gustów

i intelektualnego ubóstwa dawnego właściciela.

“Ludowe” medykamenty na

bazarze w La Paz

La Cancha to

przeskok do boliwijskiej codzienności. Targ jest ogromny. Ma swoją część stałą,

gdzie w uliczkach zastawionych drewnianymi budkami sprzedaje się artykuły przemysłowe,

odzież i obuwie. Ale najwięcej jest prymitywnych kramików pod płóciennymi daszkami z

worków po cukrze. Tam przekupki w szerokich pasiastych spódnicach oferują egzotyczne

dla mnie warzywa i owoce, wełniane koce i poncza, eksponowane w woreczkach zioła i

przyprawy. Każda z nich trzyma gruby plik niewiele wartych banknotów – namacalny

dowód nękającej kraj inflacji.

Pochodzenie

kupujących i sprzedających kobiet łatwo rozpoznać po ich nakryciach głowy: mieszkanki

okolic Cochabamby noszą wysokie, białe kapelusze przewiązane wstążką, ich klientki,

które przybyły z Antiplano, upodobały sobie okrągłe, najczęściej czarne lub

brązowe meloniki. – Atencion! Cuidado, senior! – między kramami przeciskają

się przygięci do ziemi cargardores – nędznie ubrani tragarze, taszcząc na

plecach monstrualnej wielkości pakunki.

Na skraju bazaru

rozłożyły się garkuchnie. Dalej kwartał szewców, krawców, fryzjerów… W osobnej

uliczce siedzą guślarki. Oficjalnie Boliwia jest krajem katolickim, ale jednocześnie

ludność praktykuje wierzenia, które przetrwały tu z czasów prekolumbijskich. Przede

wszystkim kult Pachamamy, Matki Ziemi. W kramach guślarek kupuje się magiczne zioła i

proszki, zaklęcia i przybory do dziwnych praktyk. Jest klient! Podglądam jak stara

kobieta wsypuje na papierowy talerzyk garstkę ryżu, kilka kukurydzianych ziaren,

cukierek i starte zioła. Do tego wszystkiego wkłada plastykową płytkę z odciśniętą

sylwetką lamy. Przypuszczalnie klientowi zależy na pomyślnym rozwoju stada. Na innych

magicznych płytkach precyzujących intencje dostrzegam dom, stół, trupią czaszkę. Co

to znaczy? Pomarszczona babcia milczy. Może nie rozumie, a może uważa, że gringo nie

powinien znać jej sekretów.

Maszynista wysiada, by

uprzątnąć kamienie z torowiska. Potem ruszamy dalej…

Ale gringo szuka

na bazarze suszonych liści koki. Indianie żują ją, by oszukać głód i zmęczenie.

Czytałem jeszcze w kraju, że herbatę z liści koki trzeba pić, by zapobiec skutkom

choroby wysokociśnieniowej, że ułatwia ona trawienie miejscowych specjałów

gastronomicznych, nie zawsze łatwo przyswajalnych przez organizm Europejczyka. Pytam tu i

tam. Bez skutku. Oficjalnie handel koką jest podobno zakazany. Zapewne mają zielone

listki, ale tylko dla swoich. Szybko odwracają twarz, widząc wycelowany w siebie

obiektyw aparatu.

Kolejnego dnia

motorowym wagonikiem tutejszej kolei wyruszam jeszcze wyżej – aż na Antiplano by po

wielu godzinach urozmaiconej bólem głowy jazdy dotrzeć do La Paz.   La Paz to

główne miasto Boliwi – traktowane jak stolica  (tak naprawdę tytularną stolicą

kraju jest Sucre, ale mało kto zwraca na to uwagę…)

Boliw10.jpg

Najwyżej położona

stolica świata

Szum w głowie. Gdzie ja jestem? 

Aha, w hotelu obok stacji. „La Paz jest najwyżej położoną stolicą świata, ze

względu na niską zawartość tlenu w powietrzu większość cudzoziemców po

przyjeździe przechodzi soroche – chorobę wysokości. Konieczna kilkudniowa

aklimatyzacja.   “W tym okresie oszczędzaj siły, spaceruj mało i powoli, nie pal i

nie pij alkoholu. Zalecana bardzo lekka dieta!” – przypominam sobie

dobre rady z

przewodnika.

Dieta dietą,

ale od wczorajszego ranka praktycznie nic nie jadłem. Ziemia na stromej brukowanej kocimi

łbami ulicy zdaje się kołysać pod stopami. Szukając sklepu, przemierzam kilka

przecznic. Ale w mieście dzieje się coś dziwnego: ruch na ulicach minimalny, sklepy

zamknięte, ludzie zebrani na rogach ulic dyskutują o czymś z ożywieniem.     – Pardoneme, senior!

– łapię za rękę jakiegoś jasnowłosego przechodnia. – Nic pan nie wie? W nocy

rząd ogłosił kolejną 300-procentową dewaluację pieniądza i podwyżkę cen

podstawowych artykułów. Związki ogłosiły strajk generalny, dlatego nie działa

komunikacja i wszystko jest pozamykane. Nie ma możliwości wyjazdu z miasta, ale

zamieszek niech się pan nie obawia, takie wydarzenia to u nas codzienność!

La Paz

W liczącej

blisko dwieście lat historii niepodległej Boliwii zanotowano ponad 180 przewrotów,

zamachów stanu, mniejszych i większych, najczęściej bezkrwawych rewolucji. Zacofanie

gospodarcze kraju, brak konsekwentnej polityki kolejnych ekip rządzących,

niewyobrażalna korupcja i słabość władzy sprawiają, że Boliwia jest wciąż jednym

z najbiedniejszych krajów Ameryki Łacińskiej. Cenę takich zmian jak dzisiejsza płacą

oczywiście najubożsi – tacy jak te Metyski z niemowlętami przytroczonymi na plecach i

ich mężowie rozglądający się za jakąkolwiek dorywczą pracą.

Dostać coś do

jedzenia! Zarówno restauracje jak i uliczne krany nie funkcjonują. Otworzą je zapewne

za kilka dni, gdy ustabilizują się nowe, korzystne ceny. Tylko siedzące na

krawężnikach Indianki wyłożyły na chustkach tunas – owoce kaktusów. 

Próbowałeś?  Po obraniu kolczastej skórki nadgryzasz słodkawy, wodnisty

miąższ. Przyciskasz go językiem do podniebienia i w ustach pozostaje ci kilka tuzinów

drobnych pestek. Trudno się tym najeść! Co robić?  Wyszukuję w notatniku

zapisany w Warszawie numer nie znanego mi człowieka. – Halo, senior Nowak?…

Kilkukilowy,

wysoki bochen jest okrągły – pulchny i pachnący.       

–Prawda, że taki jak w Polsce? – Henryk, choć urodzony na obczyźnie,

doskonale mówi po polsku. – Sam wygniatałem ciasto!  Dziwny to kraj, w którym

manager handlowego banku musi w potrzebie umieć zastąpić piekarza. – Jedz

bracie!  Na szczęście mam jeszcze w zapasie pół worka mąki!

Osią stolicy

jest ulica Santa Cruz, przy której zgrupowane są wieżowce hoteli, banków i wielkich

firm. Arteria ta kończy się na placu przed kościołem San Francisco. Barwny tłum

śniadolicych kobiet w filcowych melonikach odpływa sprzed kościoła w górę ulicami

Sagarnaga i Graneros – w kierunku bazaru Mercado Negro.

Zejście w dół

i znów kolejną ulicą w górę. Spacer po mieście to nieustanna wspinaczka. Na placu

Murillo, przed pałacem prezydenckim stoją na posterunkach gwardziści w białych

spodniach i czerwonych kubrakach. – Nie wolno fotografować, sytuacja jest wyjątkowa!

– sierżant jest nieustępliwy. Sytuacja jest rzeczywiście wyjątkowa – ze stolicy

można się wydostać tylko autostopem.

Tajemnicze Tiahuanaco

Z La Paz do

punktu granicznego nad Jeziorem Titicaca jest niewiele ponad sto kilometrów szutrowej

drogi, którą miejscowi dumnie nazywają fragmentem drogi panamerykańskiej. Nisko

zawieszony osobowy wóz może mieć kłopoty ze sforsowaniem w bród zdarzających się na

trasie strumieni i rzeczek. Jedziemy. Po drodze czeka mnie jeszcze jedna atrakcja

turystyczna: ruiny Tiahuanaco.

Zanim w Ameryce

Południowej rozwinęła się kultura Inków, na terenie dzisiejszej Boliwii i Peru

istniała cywilizacja ludów Ajmara. Niewiele o niej wiemy, gdyż jej twórcy nie używali

pisma. Na podstawie wykopalisk udało się ustalić, że państwo Ajmarów egzystowało

przez blisko 2 tysiące lat i osiągnęło szczyt swego rozwoju około 700 roku. W tamtych

właśnie czasach powstał zespół budowli (przypuszczalnie centrum kulturowe), który

chcę zobaczyć. 

 

Brama Słońca

Tiahuanaco

okazuje się niewielką, senną wioską, w której kilkanaście glinianych domów skupiło

się wokół małego kościoła. Do wykopalisk trzeba przejść kilkaset metrów. Pustka,

nic z atmosfery jarmarku, towarzyszącej zabytkom tej klasy. Nie ma przewodnika ani

prospektów. Tajemnicze ruiny są jak fotografie 

pozbawione komentarza. Główny kompleks wzniesiono na płaskim tarasie wyniesionym

kilka metrów ponad poziom terenu. Obok ziemnej piramidy Akapana, która według hipotez

niektórych uczonych była obserwatorium astronomicznym, fotografuję kamienne budowle

sakralne: zagłębioną w ziemi świątynię, ze ścian której wyglądają głowy jak z

wawelskich kasetonów oraz wielki dziedziniec.

W rogu

dziedzińca stoi słynna monolityczna Brama Słońca z podobizną legendarnego boga

Wirakoczy, na środku zaś posąg brodatego mężczyzny, który stał się obiektem tylu

naukowych dociekań. Rzecz w tym, że ani Inkowie, ani ludy wchłonięte przez ich

kulturę bród nie nosili. Zatem musiała istnieć tu jakaś cywilizacja brodaczy, która

następnie wyemigrowała. Dokąd?  Na wyspy Pacyfiku – stwierdził Thor Heyerdahl 

i

udowodnił realność swojej hipotezy, przepływając ocean na trzcinowej trawie Kon-Tiki.

Ruiny są słabo zbadane, podobno rząd boliwijski nie chce udzielić licencji na

prace wykopaliskowe żadnej zagranicznej misji, a sam nie ma odpowiedniej kadry i

środków. Plan ruin został sporządzony w 1912 roku przez Polaka – profesora Artura

Poznańskiego, który jako pierwszy prowadził naukowe badania całego kompleksu.

– Senior Votek! Vamos! – wołają

mnie do samochodu. Jeszcze tylko dwa kwadranse kolebania się na wybojach terenowej drogi

i przed nami otwiera się szeroka, błyszcząca płaszczyzna Jeziora Titicaca. – Te

zabudowania po drugiej stronie zatoki to już Peru!  Tam, dokąd  prowadzi brzegiem ta

wąska szutrowa droga nazywana dumnie międzynarodową szosą zaczyna się nowy kraj i

nowa przygoda…

                           

Wojciech Dąbrowski ©

Jezioro Titicaca

                                                            Więcej

o tej podróży – Translatina