Have you heard about the Republic of the Monks?ki.
To był trzeci dzień mojego pobytu w Republice Mnichów.
Wschód slońca powitałem na wschodnim wybrzeżu Półwyspu Athos, pod murami
klasztoru Iviron.

Na mapce obok zaznaczyłem kolorem czerwonym trasę mojej wędrówki. Musiałem
ją zaplanować tak, aby do maksimum wykorzystać czterodniowy pobyt w
republice (tylko na taki okres mnisi wydają zezwolenia). Z drugiej strony
musiał być to plan realny, uwzględniający odległości miedzy klasztorami i
moja kondycję.
Poprzedniego
dnia pokonałem najtrudniejszy odcinek z Agia Anna przez Prodromou do
Megistis Lavra. To było prawie osiem godzin marszu w górskim terenie.
Przyznam, że po tym wyczynie dziś bolały mnie nogi. Kolejny dzień nie mógł
być zbyt forsowny. Jestem zresztą przeciwnikiem “zwiedzania w biegu”. Ale
wczorajszego etapu nie można było podzielić na krótsze odcinki, bo na jego
trasie nie było żadnych możliwości noclegu.
Skorzystałem z klasztornego
minibusu, by przed świtem przejechać nieciekawy odcinek szutrowej drogi
miedzy Megistis Lavras i Iviron.

To było
zjawisko! Klasztor Iviron zalany pomarańczowymi promieniami wschodzącego
słońca pysznił się przede mną w całej okazałości… Podziwiałem jego wysokie
mury. Iviron zajmuje wysokie, trzecie miejsce na hierarchicznej liście
dwudziestu klasztorów Athosu.


W Ivironie
(spotyka się także pisownię Iveron) mieszkają obecnie greccy mnisi, ale
przed nimi przez wiele wieków pracowali tu i modlili się mnisi z Gruzji.
Ostatni z nich zmarł w 1955 roku.
Wysoka wieża
(na zdjęciu obok) strzeże głównego wejścia do klasztoru. Przed nią na brzegu
czeka kilka łódek. Mnisi łowią ryby na własne potrzeby. Ale w klasztornym
jadłospisie pojawiają się one bardzo rzadko – tylko w niedziele i religijne
święta.
W klasztorze,
który powstał pod koniec X wieku mieszka obecnie około 30 mnichów. Ale
podlega mu skit Św. Jana Chrzcilela i ponad 30 kaplic i miejsc
odosobnienia pustelników


W XVIII
i XIX wieku klasztor trzykrotnie trawiły pożary. Dziś wciąż jeszcze trwają
tu prace renowacyjne.
Na obszernym dziedzińcu oprócz
głównego kościoła zauważyłem dwie mniejsze kaplice:

W jednej z
kaplic (na zdjęciu obok) wybudowanej tuż obok wyjścia z głównego dziedzińca
przechowywana jest jedna najbardziej czczonych ikon całej Grecji. W wolnym
przekładzie jest to “Matka Boża od Bramy”. Skad taka dziwna nazwa? Podanie
mówi, że ikona namalowana w Konstantynopolu sama przypłynęła stamtąd do
wybrzeży Athosu, gdzie cudownym zbiegiem okoliczności wyłowił ją mnich i
przyniósł do klasztornego kościoła. Nastepnego ranka znaleziono ikonę przy
bramie. Nikt nie przyznawał sie do jej przeniesienia. Taka sytuacja
powtórzyła sie jeszcze dwukrotnie. Mnisi uznali, że to ikona sama wędruje
nocami i wybudowali jej tuż przy bramie osobną kaplicę, gdzie do dziś jest
wystawiona i słynie cudami. Widziałem tą ikonę zanim kaplicę zamknięto.


Wielką Ławrę
opuściłem na czczo. Byłem głodny. Tu nigdzie poza stolicą republiki i
porcikiem Dafni nie ma kiosków ani sklepików. Wiedziałem o tym. Ale
postanowiłem użyć fortelu: zapytałem przechodzącego mnicha czy mógłbym w
klasztorze kupić coś do jedzenia. Prawie się obraził. -My jesteśmy już po
śniadaniu, ale wejdź bocznymi drzwiami do kuchni. tam cię nakarmią…
Mroczne wnętrze kuchni rozjaśniała tylko wątła świetlówka, zasilana chyba ze
słonecznej baterii na dachu. Dziwnie to wyglądało w tym wnętrzu wyjętym
jakby ze średniowiecza. (zdjęcie obok).
I nakarmili!.
Dostałem kompletny posiłek – taki jaki mnisi i ich goście jadają tu dwa razy
dziennie: talerz makaronu posypanego tartym serem, sałatkę z pomidorów,
chleb, wodę, dwa plasterki fety (zwykle dają tylko jeden). Na deser jabłko.
Pałaszowałem ze smakiem, szczęśliwy, że nikt nie czyta mi świętych tekstów i
nie trzeba się martwić, że jedzenie się skończy, gdy umilknie…
I współczułem
mnichom: ja jadłem u nich te specjały przez cztery dni. A oni jedzą je
całymi latami, wciąż to samo, dwa razy dziennie…

poczestunek i pożegnałem mnichów. Gdy stanąłem na wybrzeżu przy ich łódkach
zauważyłem stojący daleko na wybrzeżu zameczek. To był mój kolejny cel:

Mój szlak wkrótce zszedł z szutrowej
drogi na biegnącą ponad wybrzeżem ścieżkę. Byłem znów tylko sam na sam z tą
piękną przyrodą. W miarę jak upływały kwadranse marszu widziałem mój
“zameczek” coraz dokładniej:

Plaże ze wschodniej strony półwyspu są
marne: krótkie i przeważnie kamieniste. Ta wieża na cyplu nazywa się bodaj
Kaliagra.

Ta plaża wyglądała już bardziej
obiecująco i szczerze mówiąc, spocony pomyślałem przez chwilę o kąpieli. Ale
słyszałem, że pokazywanie obnażonego ciała w Republice Mnichów nie uchodzi.
A nuż mnie ktoś zobaczy? Miałem zresztą na ten dzień bogaty program…
Ścieżka
schodziła na plażę i… ginęła. Dopiero, gdy wdrapałem się na skałki po
przeciwnej stronie znalazłem ślad…

Takich pięknych zatoczek po drodze było
kilka. Woda przejrzysta. Ani śladu zanieczyszczeń. Tu nie dotarł jeszcze
żaden przemysł. I nie widać nigdzie żadnych drutów na słupach! –
skonstatowałem.

Po pięciu kwadransach od wyjscia z Iviron
stanąłem oczarowany przed “zameczkiem”. Pora tu wyjaśnić, że nie był to
żaden zamek, tylko kolejny warowny klasztor: Stavronikita

Zbudowany na przełomie X i XI wieku
klasztor Stavronikita był kilkakrotnie zdobywany i łupiony przez piratów.
Nic zatem dziwnego, że w końcu opatrzono go takimi solidnymi murami.

Od strony lądu do klasztoru doprowadzono
akwedukt, który dziś nie pełni już swojej dawnej roli, ale na pewno przydaje
obiektowi malowniczośći.

drewnianym rusztowaniu wspinają się krzewy winorośli. Kiście dojrzałych
winogron zwisały malowniczo z tej kratownicy. Dostaliśmy je na deser do
wieczornego posiłku…


Ojciec furtian
nie mógł się doszukać mojego nazwiska w zeszycie z rezerwacjami. Monaster
Stavronikita jest najmniejszym wśród dwudziestu klasztorów Athosu. Mnisi
mają niezbyt wiele miejsca dla pielgrzymów. Dlatego zalecają zrobienie
telefonicznej rezerwacji. Rezerwowałem z wyprzedzeniem dwóch miesięcy.
Dlaczego nie było mnie w zeszycie?
Mimo wszystko
mnisi przyjęli mnie na nocleg. Okna pokoju do którego pracowicie wdrapywałem
się po kilku ciągach drewnianych schodów wychodziły na nadmorskie urwisko.
Wieczorem mnisi przynieśli mi świeczkę, a w korytarzu rozwiesili naftowe
lampy.
Dziedziniec
klasztoru Stavronikita (na zdjęciu powyżej) jest tak maleńki, że brak
perspektywy dla zdobienia zdjęcia kościoła. Dlatego ten kościół
fotografowałem z góry – z poziomu pielgrzymich kwater: zmieściły się na nim
zaledwie kopułki kościoła dedykowanego świętemu Mikołajowi i obronna wieża.
Przed
wieczorem spotkaliśmy się na nabożeństwie w mrocznym i przez to tajemniczym
wnętrzu kościoła. Zapalono świece. A gdy ojcowie otworzyli na pulpitach
swoje święte księgi podświadomie oczekiwałem, że wyciągną z kieszeni taką
mała latareczkę na dwie baterie AA, aby przy niej odczytać święte modlitwy.
Ale nie! Z namaszczeniem zapalili olejne kaganki, takie jakich używano
tu zapewne w średniowieczu i jak w średniowieczu czytali przy nich nie
zmienione od wieków teksty…
Z okien
pielgrzymich kwater widać było także północny odcinek dzikiego wybrzeża, a w
dali – kolejny klasztor. Postanowiłem jeszcze tego samego popołudnia do
niego dotrzeć i wrócić na nabożeństwo:


Ścieżka do
odległego o dobrą godzinę marszu klasztoru Pantokratora wspinała się na
zbocze. Bez plecaka szło mi się znacznie raźniej. Gdy szlak wyszedł na
odkrytą skalną półkę obejrzałem się do tyłu. Warto było! Z tej strony
morastyr Stavronikita, choć zacieniony, prezentował się bardzo okazale. A ja
widziałem okienko mojego pokoju – tuż pod dachem, najbardziej wysunięte nad
urwisko…


Potem minąłem
zbudowaną przy ścieżce, ale najwyraźniej opuszczoną kaplicę z blaszanym
dachem. Takich porzuconych budowli na Athosie widziałem więcej. Wygląda na
to, że teraz mniej mnichów decyduje się na to, by wieść życie pustelników w
izolacji od innych…
Zbocze pokryte
było lasem ograniczającym widoczność, ale w końcu pojawiło się “okno” w
zieleni i zupełnie już niedaleko zobaczyłem klasztor Pantokratora:

Sceneria w której położony jest Monaster
Pantokratora nie jest tak dramatyczna jak w przypadku Stavronikity, ale
klasztor jest położony w ciekawym miejscu. Budowniczowie pomyśleli tu nawet
o niewielkim wewnętrznym porciku, do którego z morza prowadzi wąski kanał.

Klasztor Pantokratora wzniesiono w
średniowieczu. Piersza pisana wiadomość o nim pochodzi z 1358 roku, ale
istniał on zapewne o wiele wcześniej.


się wspinać do bramy doceniłem urodę tego starego kamiennego mostu, która u
stóp klasztoru płynie ku morzu.
A to właśnie
arsanas Pantokratora czyli mały porcik dobrze osłonięty przed morskimi
falami. Kiedyś był bardzo ważny, bo to właśnie tędy przybywało dla klasztoru
wszelkie zaopatrzenie. Dzisiaj zbudowano szutrową drogę z Karies do
Pantokratora i droga morska nie ma już takiego znaczenia.

Wreszcie brama z niewielką altaną tuz
przed wejściem. Klasztor niedawno został odrestaurowany. Należy podkreślić,
że zrobiono to z wielką dbałością o zachowani pierwotnego wyglądu budowli,
stosując takie same materiały jak przed wiekami:


Była cisza.
Wiało pustką. Wygląda na to, że pielgrzymi rzadko docierają do tego
odsuniętego na peryferie zakątka. W tym altanowym przedbramiu znalazłem
piękne freski… Popatrzcie ponizej. Czyżby to tak nasi ortodoksyjni bracia
wyobrażali sobie Boga Ojca?

Zachwyciły
mnie pieczołowicie odczyszczone ceglane łuki dziedzińca… Już w
dawnych wiekach klasztory miały swoją sieć wodociągową. Miejsca do
pobierania wody zaprojektowane były w specjalnych zdobionych niszach – jak
na zdjęciu obok.

archondariki – ojca furtiana, który zaserwował mi tradycyjny poczęstunek.
Ale katolikonu (na zdjęciu poniżej) mi nie otworzył – mogłem go obejrzeć
tylko z zewnątrz:

Przemienienia Pańskiego w klasztorze Pantokratora
W długich
krużgankach chroniących przed słońcem stoją stare stągwie – dziś już bedące
tylko dekoracją. Ale ta ozdobna, zawieszona poziomo deska – deska – symantron
w dalszym ciągu pełni swoją rolę. Uderzając młotkiem w symantron
mnisi zwołują mieszkańców na nabożeństwa i posiłki:

W klasztorze Pantokratora mieszka aktualnie tylko 15 mnichów. Wygląda na to,
że i w greckim kościele brak jest nowych powołań kapłańskich.

Wracałem do
klasztoru Stavronikita tą samą trasą prowadzącą po zboczu nad morzem.
Słońce już powoli opadało. Miałem szczęście – okazało się, że ze ścieżki
przy dobrej pogodzie dobrze widać wierzchołek świętej góry Athos. To był
piękny widok:

Zbliżenie x 20 pozwoliło aparatowi
zarejestrować na zdjęciu nawet kaplicę zbudowaną na szczycie. Może Wam się
uda wejść na wierzchołek Świętej Góry. Przyślijcie mi proszę zdjęcie tej
kapllcy! 🙂

Po
nabożeństwie i posiłku w refektarzu przy świecach i naftowych lampach
kładliśmy się spać. Nocą słyszałem morze uderzające o skały u stóp urwiska.
Przyznam sie szczerze, że nie dałem się namówić na wstawanie o trzeciej w
nocy na liturgię, odprawianą w kaplicy poniżej klasztoru.
Chciałem
odpocząć. Nazajutrz miał nastąpić ostatni dzień mojej pieszej wędrówki przez
Republikę Mnichów. Ale o tym już na kolejnej stronie.
