I collected my entry permit to the Republic of the Monks
in the little town of Ouranoupolis. Little ferryboat “Agia Anna” was
departing before sunrise – at 6 am. On its daily route it sails down – to
the southern tip of the peninsula, returning at 6 pm.
Po przybyciu do greckiego miasteczka Ouranoupolis
odebrałem załatwione wcześniej zezwolenie na wjazd do Republiki Mnichów.
Prom “Agia Anna” kursujący aż na kraniec półwyspu odpływał jeszcze przed
świtem – o szóstej rano.
Miałem zezwolenie tylko na cztery dni pobytu na półwyspie i zmuszony
byłem już na wstępie zdecydować, które klasztory chcę zobaczyć z bliska,
które z daleka, a z których całkiem zrezygnuję. Czytałem, że
najciekawszym krajobrazowo fragmentem półwyspu jest jego koniec – tereny
położone na południe od porciku Dafni. To tam wznosi
się w niebo święta góra – Mount Athos. Tą część półwyspu zamierzałem przejść
pieszo, zwiedzając po drodze, co się da… Postanowiłem zatem: klasztory
leżące na zachodnim wybrzeżu pomiędzy Ouranoupolis i Agia Anna i obejrzę tylko ze statku,
nie wysiadając ze statku w Dafni, jak większość pielgrzymów. Prom zawijając
do kolejnych klasztornych przystani płynie blisko brzegu – tworzy to dobrą
perspektywę dla zdjęć. Takiego spojrzenia na nadmorskie klasztory nie
znajdziecie nigdzie na lądzie!
Podczas pierwszych kwadransów
rejsu, gdy było jeszcze ciemno, na szczęście nie przepływaliśmy obok
klasztorów. Potem niebo z tyłu za górami półwyspu zapaliło się różowym
kolorem:


półwyspu ukazał się ostry kontur Góry Athos (zdjęcie po lewej) wyrastającej
na 2033 metry ponad poziom morza.
Gdy rozjaśniło się, okazało się, że
brzegi półwyspu są bardzo niegościnne – w większości skaliste:


Zdjęcia
robiłem cyfrowym aparatem Olympus SP570 UZ z zoomem x20 i podwójną
stabilizacją obrazu. Szczególnie ten teleobiektyw okazał się przydatny –
zarówno do fotografowania odległych budowli, jak i mnichów.
Na Athos nie
wolno przywozić kamer video. Przypomniano mi o tym w e-mailu od mnichów
informującym o przyznaniu mi zezwolenia na wjazd do Republiki.
Na zdjęciu
obok pierwsze zabudowania na wybrzeżu, które zobaczyłem po wschodzie słońca.
Ale to jeszcze nie klasztor…
W chwili
obecnej do większości klasztorów na Athosie doprowadzone są górskie,
szutrowe drogi. Kiedyś były tam tylko ścieżki. A całe zaopatrzenie wędrowało
do monasterów drogą morską. Dlatego każdy klasztor, bez względu na to, czy
wzniesiono go na brzegu, czy w głębi lądu miał na wybrzeżu swoją przystań –
tzw. arsanas. Pierwszym miejscem, do którego dobiła “Agia Anna” było arsanas
klasztoru Chilanadriou (na zdjęciu poniżej). Chilandariou leży kilka
kilometrów dalej – w głębi lądu. To serbski klasztor, z serbskimi
mnichami… (wśród 20 klasztorów Athosu jest także jeden klasztor rosyjski i
jeden bułgarski)

przystań klasztoru Chilandariou
Uśmiechnięty
mnich czekający z grupą ludzi na wybrzeżu to raczej rzadki widok, wiec
próbowałem go uwiecznić.
Prom
przez moment dryfował z dziobem ustawionym ku lądowi. Kilka osób wysiadło na
molo, kilkanaście wsiadło. Cała operacja trwałe może 2 minuty. Potem
popłynęliśmy dalej…


Mnichów na
pokładzie mieliśmy kilkunastu. Obserwowałem dyskretnie ich zachowanie. Te
brody jak z historycznego filmu i komórkowe telefony w ich rękach…
Przyznacie, że to nieco szukujące zestawienie…
Cały półwysep
ma około 60 kilometrów długości. Odległości między kolejnymi klasztorami nie
są duże… Wkrótce “Agia Anna” dotarła do kolejnego arsanas – przystani
bułgarskiego klasztoru Zographou. To było już urokliwe miejsce,
przypominające średniowieczny zameczek. Na początek to arsanas wyglądało jak
atrakcyjna miniaturka klasztoru:

The landing of Zographou Monastery
W
niektórych wydawnictwach pod zdjęciem jak poniżej umieszczony jest podpis
“Monastery Zographou” co oczywiście jest mylące, bo właściwy klasztor
Zographou zbudowano wewnątrz półwyspu, o kilka kilometrów dalej. Niestety do
właściwego klasztoru nie dotarłem… Może wam się uda…

Nieco dalej na
wybrzeżu stoi ruina kamiennej wieży. Nie udało mi się ustalić, czy był to
wiatrak, czy wieża obserwacyjna. Gdybym płynął statkiem turystycznym w innym
zachodnim kraju, zapewne bez przerwy z głośników płynęły by objaśnienia:
mijamy to, mijamy tamto… Mnie musiała wystarczyć niezbyt dobra mapa…


prawdziwi ortodoksyjni mnisi, zmierzający do swoich odciętych od świata
klasztorów…
Niektórzy z
nich przymknąwszy powieki robili wrażenie zatopionych w modlitwie…
“Agia Anna”
sunęła tymczasem wzdłuż kolejnego fragmentu malowniczego wybrzeża. Są tam
miejsca, gdzie morze wypłukało mniejsze i większe groty:



Czasami mogłem
zauważyć w nadmorskich zboczach pozostałości grot, w których do niedawna
żyli pustelnicy (zdjęcie obok). Podobno jest na półwyspie jeszcze kilku
takich samotników, ale żyją oni w miejscach, których nie można podglądać ze
statku…
Wkrótce w
zasięgu wzroku pojawił się kolejny klasztor – Dochiariou:

widać budowlany żuraw i rozwieszone siatki – w klasztorze prowadzone
są prace remontowe. Zresztą nie tylko w tym. I całe szczęście, bo
tysiącletnie budowle zaczynają się rozsypywać, a warto je zachować dla
potomności.
Zbliżenie
pozwala przyjrzeć się szczegółom architektury. Usunąłem z niego szpecący
krajobraz żuraw – takie są możliwości cyfrowej techniki fotograficznej:


A na tym zdjęciu obok widać, że klasztorne przystanie budowane były w ten
sposób, że łodzie mnichów na noc można było po pochylni wciągnąć do hali z
zamykanymi wrotami…
Na jednym z
drewnianych balkoników wypatrzyłem mnichów, którzy z zainteresowaniem
obserwowali z góry, co też dzieje się na klasztornym dziedzińcu:


Klasztor
został założony w XI wieku przez mnicha Eutymiosa z Wielkiej Ławry, który w
macierzystym klasztorze był doczeariosem czyli nadzorcą magazynów. Stąd
nazwa.
Ponad linię
jego dachów wystaje wysoka wieża obserwacyjna z której mnisi wypatrywali
pirackich statków. Wieża jednak nie wystarczyła, by obronić przed nimi
klasztor. Został on zdobyty i złupiony przez piratów w XVI wieku. Odbudowano
go potem w roku 1578. W klasztornej bibliotece przechowują tu 2000
manuskryptów i 15000 dzieł drukowanych.
Następny klasztor, który
zobaczyłem nazywał się Xenofontos:

Ciekawostką w
architekturze tego klasztoru jest fakt, że tradycyjny budynek przystani (arsanas)
zblokowany jest tu z murami otaczającymi klasztor, stanowiąc z nimi jedną
całość.

Klasztor
Xenophonts założony został w X wieku przez błogosławionego Ksenofona. W XIX
wieku na dziedzińcu zbudowano nowy kościół (katolikon). Klasztor dedykowany
jest świętemu Georgiosowi (czyli naszemu św. Jerzemu) i obchodzi swoje
święto w jego dniu – 23 kwietnia.

Podobał mi się
ten klasztor. Ale gdy zerknąłem do moich materiałów okazało się, że na
liście hierarchii klasztorów Athosu zajmuje on dopiero 16 miejsce na 20
klasztorów. Poprzedni – Dochiariou jest na dziesiątym miejscu tej listy.

Kiedy spojrzałem potem w kierunku
południowym widok wybrzeża przesłonił półwysep. Nie było jeszcze widać
kolejnego klasztoru. Za to ponad wzgórzami widać było przesłonięty nieco
obłokami wierzchołek Świętej Góry Athos:

Z drugiej
strony tego niewielkiego półwyspu otworzył się widok na kolejny klasztor: to
rosyjski Monastyr Św. Pantelejmona. Budowę tego klasztoru rozpoczęto w XII
wieku…

Rządzą u mnisi którzy przybyli z Rosji.
Dostrzega się też rosyjskie wpływy w architekturze – choćby cebulasty
kształt niektórych kopuł:

Szczególnie
szybki rozwój tego klasztoru miał miejsce w XIX wieku, kiedy monastyr był
wspomagany finansowo przez kolejnych carów Rosji. Rosyjscy pielgrzymi,
którzy zaraz po Grekach stanowią największą grupę wśród pielgrzymów ze
zrozumiałych względów obowiązkowo odwiedzają ten klasztor.

Potem nasz stateczek zwinął do porciku
Dafni. To główny port Republiki Mnichów. Przez Dafni trafia na półwysep
większość niezbędnego mnichom zaopatrzenia, materiały budowlane dla remontu
klasztorów. “Port” to dużo powiedziane. W Dafni – jak widać na zdjęciu
poniżej jest zaledwie kilka domów i kawałek betonowego nabrzeża. Tu
wysiadła większość pasażerów, bo Dafni połączone jest szutrową drogą
prowadzącą przez góry do stolicy Republiki Mnichów – Karies. Do Karies
(czasem piszą: Karyes) jeździ jedyny autobus Republiki. A stamtąd można
dojechać do kolejnych klasztorów…

w Dafni trwał nie więcej niż 10 minut. Ja, zgodnie ze swoim planem płynąłem
dalej.
Za kolejnym
małym półwyspem wszyscy wysoko podnieśli wzrok. Byłem zaskoczony. Wysoko na
stromym zboczu majaczył kolejny klasztor, ale zupełnie niepodobny do innych
klasztorów Grecji. Przywodził mi raczej na myśl klasztory Tybetu lub warowne
wioski, które widziałem w górach Jemenu… Widzicie go na zdjęciu obok? Z
morza wygląda wyjątkowo efektownie!


To klasztor
Simonos Petra zbudowany w połowie XIV wieku. Zbudowany na skale 230 metrów
nad poziomem morza. Jak każdy klasztor Athosu ma nad wodą swoją
przystań – arsanas. Marsz stromą ścieżką z arsanas do Klasztoru
zabiera minimum pół godziny.
Monastery Simonos Petra
Simonos Petra
wyróżnia się wśród dwudziestu klasztorów Athosu nie tylko niepowtarzalną
architekturą i położeniem. Ma on opinię najbardziej kosmopolitycznego
klasztoru na półwyspie. Mnisi, którzy tu mieszkają pochodzą z różnych
krajów i maja opinię bardzo otwartych i komunikatywnych. Chętnie rozmawiają
z turystami i zapraszają ich do uczestnictwa w religijnych praktykach.
Świętem klasztoru jest dzień Bożego Narodzenia.

Już w kwadrans
po odpłynięciu z arsanas Simonos Petra znaleźliśmy się przy kolejnym
klasztorze, tym razem położonym tuż nad morzem. To Agios Grigoriou –
Klasztor Św. Grzegorza, zbudowany w XVI wieku:

To
niewielki klasztor. Może dlatego dlatego, że musiał zmieścić się na
stosunkowo niewielkiej skale wysuniętej w morze. Tu szczególnie czci się Św.
Mikołaja…

wynurzył się klasztor Dionysiou. Jego sylwetka ginęła zupełnie na tle
potężnej góry:

Monastyr
Dionysiou ma metrykę sięgającą roku 1384. W hierarchii klasztorów Athosu
zajmuje wysokie, piąte miejsce.


Niestety kiedy
przepływałem obok tego klasztoru tkwił on jeszcze w cieniu, stąd jego
zdjęcia nie są rewelacyjne. Wybór pory dnia na rejs trzeba przemyśleć. Jeśli
brak zezwolenia na wjazd sprawi, że będzie to tylko rejs wycieczkowy godziny
popołudniowe są lepszym wyborem…
Na tym odcinku
wybrzeża wypatrywałem klasztoru Św. Pawła. Ale mapa była nieścisła – okazało
sie, że Święty Paweł ukryty jest w głębi doliny, w odległości kilkuset
metrów od wybrzeża… Powędrowałem do niego pieszo przez góry jeszcze tego
samego popołudnia.

Klasztory
usytuowane na zachodnim wybrzeżu się skończyły. Ale w Republice Mnichów
oprócz nich są jeszcze sub-klasztory, tzw. skity (sketes). Jest ich 12.
Pierwsze z nich zobaczyłem właśnie w tej części półwyspu. Na zdjęciu poniżej
widać grupę budowli rozrzuconych na kilku sąsiadujących ze sobą wzgórzach –
to tzw. Nea Skiti – jeden z tych dwunastu sub-klasztorów.


Wkrótce
potem wysiadłem ze stateczku na przystani Agia Anna. I tu czekało mnie
kolejne zaskoczenie. Miałem zarezerwowany nocleg w skicie Św. Anny. Na mapie
był pokazany tuż przy przystani. Rozejrzałem się. – Gdzie ta Agia Anna?
Pokazano mi bordową plamkę w niebieskiej mgiełce wysoko na zboczu, jakieś
200 m nad poziomem morza. Co było robić? Zarzuciłem plecak i ruszyłem dobrze
utrzymaną ścieżką w górę. Dostrzegacie cel mojej wędrówki?
Do Agia Anna
nie doprowadzono dotąd żadnej drogi. Zaopatrzenie dla klasztoru przypływa
statkiem. Potem przeładowują wszystko na oczekującą karawanę jucznych
koników. Wędrują potem w górę tą samą ścieżką, którą ja się teraz wspinałem:

Ścieżka nie była trudna. W wielu
miejscach miała betonowane stopnie. Po dwudziestu minutach pot wprawdzie
ściekał mi z czoła, ale skit św. Anny był już bardzo blisko. Podobało mi się
to uczepione skały gniazdo jeszcze zanim do niego dotarłem:

Po pół godzinnym marszu dotarłem do celu.
Nad bramą skitu zobaczyłem piękną mozaikę przedstawiającą świętą Annę, z
Matką Bożą na ręku. To był przedsmak tych wspaniałych malowideł i mozaik,
które miałem oglądać w kolejnych dniach…


Na niewielkim
dziedzińcu klasztoru powitał mnie ojciec Chrisantos. Po angielsku! -Usiądź,
odpocznij! Po chwili pojawił się z małą tacką. A na niej stał kubek
wody, maleńka filiżanka mocnej kawy (zaparzonej “po turecku”) dwa kawałki lukumi
(rodzaj twardej galaretki posypanej cukrem-pudrem) i kieliszek ouzo –
greckiej wódki. To było tradycyjne powitanie. Takim poczęstunkiem od wieków
wita się pielgrzymów w klasztorach Athosu. I w ten sposób byłem witany także
w następnych klasztorach.
Potem zapisano
moje nazwisko i numer mojego zezwolenia w tym grubym rejestrze, który widać
na zdjęciu obok. To też rytuał, który powtarza się w każdym klasztorze.
klasztorkiem powiewały dwie flagi: pasiasta – Grecji i żółta z dwugłowym
orłem – Republiki Mnichów. Bardzo ważną funkcję pełni ta zawieszona na
specjalnym stojaku deska – to symantron. Uderzając młotkiem w symantron
mnisi zwołują mieszkańców na nabożeństwa i posiłki:

Przydzielono
mi łóżko w sypialni dla pielgrzymów, gdzie mogłem zostawić swój plecak. – O
16.30 zapraszamy na nabożeństwo do kościoła. Po nabożeństwie wszyscy idziemy
na posiłek do refektarza!… – wyjaśnił ojciec Chrisantos. Z dziedzińca
klasztoru otwierał się wspaniały widok na okoliczne góry i na morze:

Jeśli
spojrzeć przez balustradę w dół, to widać tam arsanas – przystań, do której
przypłynąłem z Ouranoupolis:

Zabrakło mi
perspektywy, by sfotografować klasztorny kościół czyli katolikon. Ale udało
mi sie uwiecznić na zdjęciu jego ciekawe kopuły pokryte skalnymi łupkami. Ta
technologia znana jest tu od wielu wieków:

Skrawek
trawnika z tyłu za kościołem pełni funkcję cmentarza. Tu pochowanych jest
kilku mnichów – wśród nich mnich Cyryl (Kiriłłos Monachos – napisano na
krzyżu).

Piękny widok
otwiera się z Agia Anna w kierunku północnym. Na pierwszym planie, na
sąsiednim wzgórzu przyciąga uwagę mała kapliczka Agios Giorgiors – świętego
Jerzego. To stosunkowo nowa budowla. Ale na tle bezkresnego błękitu morza
prezentuje się bardzo malowniczo.

Postanowiłem
wykorzystać wolne godziny popołudnia i pomaszerować ścieżką do sąsiedniego
klasztoru świętego Pawła. Mnisi, znający tutejsze górskie ścieżki
zapewniali, że to tylko godzina drogi w każdą stronę. A ścieżka biegnie po
zboczach w takim krajobrazie:

Na ścieżkę wyszedłem z klasztoru przez żelazną furtkę i choć dalej nie było
znaków, to trudno było się zgubić. Wkrótce otworzyły się wspaniałe widoki na
wybrzeże. Mogłem teraz popatrzeć z góry na Nea Skiti:

Na mapce widać, gdzie znajduje
się klasztor Św. Pawła – M. Ag. Pavlou. Ale tą mapke należy traktować tylko
orientacyjnie. Nie wynika z niej, że ścieżka prowadzi dalej – do klasztoru
Dionissiou ( a przecież prowadzi, tyle, że jest trudniejsza)


Na trasie w
kilku miejscach spotkałem małe grupki pielgrzymów – Greków i Rosjan. W tym
miejscu przechodzili akurat przez ciekawą kapliczkę dobudowaną do wielkiego
głazu…
by zrobić takie oto zdjęcie malowniczego wybrzeża w kierunku północnym:


Przy mojej ścieżce w kilku
miejscach rosły krokusy – takie same jak wiosną w Polsce!
W końcu po
trzech kwadransach marszu stanąłem na urwisku nad wylotem sporego wąwozu.
tam w dole, na brzegu stała ruina jakiejś kamiennej budowli, ale żadnego
klasztoru jeszcze widać nie było… Pejzaż był jednak wspaniały…


Dopiero za
zakrętem, na którym zbudowali jakąś nową kaplicę (wokół nie było żywego
ducha) zobaczyłem w dole klasztor Św. Pawła. Stał na skale u krańca wąwozu.
Nic dziwnego, że nie mogłem go zobaczyć z morza:


Monastyr
Św. Pawła czyli Aghiu Pavlou został założony przez świętego mnicha Pawła z
innego klasztoru – Xeropotamou. Obecna nazwa klasztoru używana jest dopiero
od 1108 roku, ale klasztor ma metrykę o przynajmniej 100 lat starszą. W
wieku XIV klasztor został opuszczony, ale odrodził sie potem dzieki donacjom
różnych monarchów, m.in z Serbii. Plagi też nie omijały tego miejsca:
w 1902 roku był tu pożar, a w 1911 klasztor został zalany po ulewnych
opadach… Teraz jest już starannie odbudowany…
Moja ścieżka w
okolicach kaplicy zmieniła się w szutrową górską drogę, najwyraźniej
prowadzącą do klasztoru. I to właśnie z tej drogi miałem najlepszy widok na
klasztor Św. Pawła – taki jak na zdjęciu obok i na zbliżeniu poniżej.

W drodze powrotnej spotkałem na
mojej górskiej ścieżce do Agia Anna dwóch mnichów jadących na mikrych
konikach. Jak możecie sami dostrzec na takie okazje swoje czapki zamieniają
na kapelusze o szerokich rondach – dla ochrony przed słońcem, które nawet w
październiku silnie tu operuje. Przyznaje, że zrobiłem to zdjęcie bez
pytania o zgodę. I pewnie dzięki temu jest pełne życia…

Mnisi nie
pozwalają robić zdjęć we wnętrzach klasztornych kościołów. Ale refektarz, to
już co innego… Po powrocie do Agia Anna uczestniczyłem w długim
nabożeństwie z modlitwami i śpiewami. Po grecku oczywiście! Jedyne, co
zapamiętałem to wielokrotnie powtarzane “Kyrie elejson!”. A potem
przyprowadzono nas tutaj:

Te zdjęcia
dają wyobrażenie o tym, jak wspaniale dekorowane są klasztorne jadalnie.
Freski u św. Anny były świeżo odnowione. W większych klasztorach często są
one spatynowane, ale za to wielkie wrażenie robi wielkość sal – w Wielkiej
Ławrze czy Vatopedi są to prawdziwe hale…
Podobnie jak
noclegi także i posiłki oferowane są pielgrzymom bezpłatnie. Ale i tu
obowiązuje pewien szokujący rytuał: po modlitwie wszyscy jedzą w absolutnym
milczeniu. Jedzą tak długo, jak długo jeden z mnichów czyta tekst ze świętej
księgi. Gdy tylko skończy wszyscy wstają od stołu, następuje modlitwa i
wszyscy natychmiast opuszczają refektarz. Pierwszego dnia nie zdążyłem
skończyć i zjeść deseru, którym był plaster arbuza. 🙂
Menu jest
skromne i dzień w dzień takie same. Mnisi nie jedzą mięsa. Każdy dostaje
talerz ryżu lub makaronu posypanego tartym serem, talerzyk sałatki z
pomidorów lub papryki , plaster fety, chleb i kubek wody. W niektórych
klasztorach dodają do tego szklaneczkę wina domowej roboty…

Było nas dwóch
cudzoziemców (ja i sympatyczny starszy Niemiec) i pewnie ze dwudziestu
Greków. Wkrótce po posiłku oglądaliśmy z dziedzińca klasztorku wspaniały
zachód słońca za Półwyspem Sithonia:

Jeden z
mnichów opowiadał (po grecku) o dziejach skitu św. Anny – w hierarchii
sub-klasztorów Półwyspu Athos zajmuje on pierwsze miejsce. Podlega
klasztorowi Wielka Ławra (Megistis Lavra). Zakonnicy zaofiarowali się
obudzić nas o 3 nad ranem, po to, abyśmy mogli przyjść na poranną liturgię,
która zaczyna się o godzinie 4.00…

Płonęły świece. W kościele nie ma
oświetlenia elektrycznego. Bramę klasztoru zamknięto o 19.30 i położyliśmy
się spać. Nie była to dobra noc. Współlokatorzy – Grecy chrapali strasznie
i dosłownie na wyścigi. Gdy przed czwartą poszli na swoją liturgię
odetchnąłem z ulgą: może jeszcze uda mi się w ciszy zdrzemnąć. Choć do
świtu! Bo następnego dnia czekał mnie przecież najtrudniejszy
etap: 7-godzinna wędrówka przez góry do klasztoru Megistis Lavra.
