
(spotyka się także pisownię przez jedno “L”) jest znacznie mniejsza od
Havelock. Jest również mniej znana i ma zacznie skromniejszą bazę
turystyczną.
środy i soboty płynie stąd jeszcze dalej – na Havelock Island.
stateczku. Miejscowi nazywają taką jednostkę “speedboat”. Rzeczywiście – jak
na “pasażera” jest szybki… Rejs na Neill trwa tylko niecałe 2 godziny.
Bilet klasy “deck” z Port Blair na Neill kosztuje 150 rupii – kupiłem go
przy wejściu na statek, choć widziałem pasażerów, którzy mieli
wydrukowane na komputerze bilety kupione w przedsprzedaży poprzedniego dnia.


pasażerów stanowili miejscowi. Po wyjściu z portu o tak wczesnej porze
większość pasażerów jeszcze podsypiała na pokładzie.
ze sobą derki i maty, które można rozłożyć na pokładzie. Dla miejscowych
oglądany wielokrotnie granatowy ocean, roztaczający się wokół nie jest
żadną atrakcją. To tylko turyści gotowi są wypatrywać na nim innych
stateczków i próbować fotografować mewy śmigające nad statkiem.


takich sytuacjach starałem się wykorzystać okazję dla bliższego poznania
współpasażerów i fotografowania co ciekawszych twarzy. Dowiedziałem się, że
większość mieszkańców Neill pochodzi z Zachodniego Bengalu. Przywieźli tu
swoją kulturę i obyczaje. Wygląda na to, że przed przybyciem Bengalczyków
maleńki Neill nie był zasiedlony – ale to tylko hipoteza moich rozmówców.
najwdzięczniejszym tematem dla fotografa są dzieci. Sznurek białych,
świeżych kwiatów wpiętych we włosy nie tylko zdobi, ale i rozsiewa przyjemny
zapach. W Południowych Indiach wielokrotnie widziałem takie kwiatki
sprzedawane rano na ulicach miast.


oczywiście tradycyjne hinduskie sari – o rozmaitych kolorach i wzorach
materiału.
cumuje na krańcu długiego mola. W zależności od tego, czy jest przypływ czy
odpływ wysiada się z górnego, lub z dolnego pokładu. Gdzieś w połowie mola
jest mała zadaszona bramka, gdzie policjanci spisują do swojego rejestru
dane z “permitu”. Potem mogę już zarzucić plecak i poczłapać w kierunku
plaży. Dookoła szmaragdowe wody płycizn, w dali soczystozielone mangrowce…
Witaj podróżniku w kolejnym w tropikalnym raju!…


zakwaterowania? Wiem, że turystyczne guesthousy rozrzucone są wzdłuż
wybrzeża na prawo od mola. Ktoś z miejscowych – zapytany – twierdzi, że do
pierwszego jest tylko 10 minut marszu… Skaczę zatem z mola w piasek, schodzę na
brzeg i maszeruję brzegiem – po piasku przemieszanym z białym koralowym
gruzem. Mija 10 minut… Przecinam mangrowe zarośla… Nie widać żadnych
śladów “resortu”. Kolejne 10 wypoconych minut… Plecak w tym ostrym słońcu
i skwarze zdaje się ważyć nie 20, a 40 kilogramów… W końcu trafiam na
ledwo widoczną ścieżkę wiodącą z plaży do guesthouse o dumnej nazwie “Tango
Beach Reort”. W
odróżnieniu od Havelock noclegownie na Neill są odsunięte od plaży do
nadbrzeżnego lasu, a na plaży na ich wysokości nie ma żadnych napisów ani
strzałek, których oczekiwałem. Mam nadzieję, że nie powtórzycie mojego
błędu…

miejscach z piaskiem przeplatają się odcinki koralowych skał…

małych szałasach (“huts” – 2×2,5m) ani w większych i solidniejszych “cottages”.
Właściciel proponuje mi spanie w hamaku za opłatą 50 rupii. Ale do tej opcji
trzeba mieć własny hamak, a ja wożę tylko moskitierę. On chętnie mnie
przygarnie, bo przy okazji zarobi także na kupowanych przeze mnie napojach i
posiłkach. Mnie niestety taka opcja nie odpowiada. Podobna
sytuacja czeka mnie w bliższym przystani “Cocon Beach” – tu nie wszystko
jeszcze odbudowano po zniszczeniach spowodowanych przez tsunami. W gęstym
nadmorskim lesie między ośrodkami poprowadzone są wąskie dróżki – jak na
zdjęciu obok. Taką właśnie drogą docieram to trzeciego ośrodka -“Pearl
Park Resort”
najładniejszą plażę w tej części wyspy, ale i prezentuje się najlepiej. Jego
“cottages” to zgrabne, kryte strzechą chatki – macie je na zdjęciu obok.


najładniejsza w tej części wyspy, ale od domków trzeba do niej iść jakieś
150 m. Zrobiłem zdjęcia, zarzuciłem ponownie plecak i ruszyłem – teraz już
drogą, dającą więcej cienia – w drogę powrotną do głównej osady przy
przystani – Neil Kendra (dawniej, ale i teraz nazywanej jeszcze Numerem
Pierwszym)…
ma też swoje zalety: pozwala dostrzec piękno otaczającej nas egzotycznej
przyrody. Gdyby jeszcze nie ten ciężar na plecach i pusta butelka na wodę…


stwarzają szansę zobaczenia czegoś ciekawego. Z daleka dostrzegłem
posuwającą się drogą barwną kobiecą procesję… Zanim się do nich zbliżyłem
skręcili z drogi do domu w zaroślach. To ja za nimi… -Poproszę chociaż o
coś do picia – pomyślałem. Gdy wszedłem na podwórze kobiety już
siedziały w podcieniu dużej chaty.
jedyny w tym towarzystwie mężczyzna…


rozmawiało! Ale szybko zrozumiały, że jestem spragniony. Dostałem wody
niewiadomego pochodzenia w dużym kubku. Hmm… Nie było wyjścia – trzeba
było zaryzykować – piłem… Panie tymczasem przyglądały mi się ciekawie i
próbowały z kolei zrozumieć co ja tutaj w skwarze południa robię…
Były
odświętnie ubrane i przepisowo wymalowane. I może właśnie dlatego tak
chętnie pozowały do zdjęć?…


one tutaj robią… Ustawiły na ziemi przed domem tackę i talerze zapalając
trociczki i mamrocząc zbiorowo jakieś modlitwy. Zrozumiałem, że ceremonia
nazywa się purdża (może ktoś z moich czytelników wie coś więcej na ten
temat?) i że podobnie jak gospodyni domu powinienem złożyć ofiarę –
najlepiej 100 rupii…
Rozładowałem kłopotliwą sytuację kładąc na tacy jakieś wyciągnięte z plecaka
dary w naturze – między innymi słuchawki otrzymane w którymś samolocie. Nie
oponowały… Na dowód akceptacji dostałem jeszcze talerz słodko
przyprawionego prażonego ryżu – o taki jaki opróżnia ta pani…



bębenkach, zajodłowały i procesja ruszyła dalej drogą – pewnie do kolejnego
ukrytego gdzieś w zieleni domu. A ja, pokrzepiony zarzuciłem swój tobół i
pomaszerowałem dalej – w kierunku centralnej osady.

znalazłem w końcu w pobliżu jetty w bardzo przyzwoitym (i odpowiednio
drogim) Government Rest House. Wybrałem oczywiście najtańszą opcję: jedno
łóżko za 150 rupii w dużej, czteroosobowej sypialni z wiatrakami pod sufitem
i łazienką na zewnątrz. Na wszelki wypadek przypominam potencjalnym
naśladowcom, że wszędzie tutaj buduje się orientalne toalety (model
“narciarski”).
Z rozkoszą wlazłem pod prysznic,
zagotowałem sobie trzy kubły herbaty i ruszyłem pieszo na zwiedzanie
wyspy… Prawda jaka ładna?
wyspy – Neil Kendra wokół niewielkiego placyku z targową wiatą rozłożyły się stare
drewniane domy mieszczące sklepiki i zakłady nielicznych rzemieślników.
Tworzą krajobraz jakby żywcem wyjęty ze starych opowieści o koloniach
brytyjskiego imperium. Wałęsające się psy i kozy gmerają pyskami w stosach
odpadków. Czas płynie leniwie…


uliczkach Neill Kendra cieszą oczy obsypane kwiatami krzewy bugenwili.
Pytam o transport do dwóch innych
wiosek wyspy: Baratpuru (no.4) i Sitapuru (no.5). Okazuje się, że cały publiczny transport na Neill Island to
jeden szkolny minibus i 9 motocyklowych riksz. Po południu lepiej
liczyć na własne nogi, tym bardziej, że to tylko kilka kilometrów…

Neill Island złożono z dwóch, nieco inaczej naświetlonych zdjęć.
Przepraszam!
Tego popołudnia
zdecydowałem przejść się do Baratpur i wrócić plażą do jetty. Następnego
poranka zamierzałem wyprawić się do Sitapur, gdzie według opinii miejscowych
jest najładniejsza plaża wyspy.
Na rozwidleniu dróg za elektrownią
(mają tu solarne panele!) skręciłem w lewo…
wyspy warzywnych ogrodów. Rzeczywiście – w dolinach między zalesionymi
wzgórzami widzi się wiele upraw – najwięcej chyba pomidorów. Zbierane przez
okrągły rok warzywa wysyłane są statkiem na bazar w Port Blair. Na miejscu
nie ma żadnych przetwórni…


ludzie w wioskach i przysiółkach rozrzuconych po wyspie mieszkają jak na sto lat temu
– w obszernych chatach krytych strzechą. Ale nawet do takich chat
doprowadzona jest elektryczność.
zapotrzebowanie na koprę jest coraz mniejsze, ale tu wciąż się ją produkuje.
Całe rodziny pracują przy pozyskiwaniu białego miąższu z kokosowych skorup.


“mięso” kokosowych orzechów wykłada się na płachtach do suszenia.
eksportowy towar tej wyspy. Na poboczach
drogi w kilku miejscach widziałem wyłożone do suszenia niewielkie orzechy pomarańczowego koloru . Bezskutecznie jednak próbowałem ustalić ich angielską
nazwę – miejscowi potrafili nazywać je tylko po swojemu: szupari.


orzechy te zmieniają kolor na szaro – beżowy. Widziałem jak kobiety na
podwórkach rozłupywały je przy pomocy prozaicznego młotka.
ciekawych rzeczy warto może pokazać takie oto owoce, wielkości dużych ogórków
wiszące na gałęziach drzewa. Ale to nie jest ani drzewo kiełbasiane, ani
baobab. To owoce drzewa bawełnianego – cotton tree.


po wyschnięciu rzeczywiście mają w środku puch do złudzenia przypominający
bawełnę. Nie słyszałem jednak, by ten puch nadawał się do wyrobu przędzy.
zrywało z drzewa zielone strąki, a ja dowiedziałem się tylko tego, że to też
do jedzenia…


wyspie nie widziałem ani jednej kobiety noszącej się po europejsku…
Wszystkie one ubierały się w tradycyjne, barwne sari – nawet do pracy w
polu! Nie muszę chyba dodawać, że bardzo mi się to podobało. Takie sari po pierwsze dodaje urody. Podkreśla przy tym atmosferę orientu – to
jeden z głównych atrybutów tutejszej egzotyki. Oby ta moda przetrwała jak
najdłużej!
włosami oznacza podobno, ze kobieta jest niezamężna. Kolczyki i wisiorki
noszą tu nawet kobiety z biednych rodzin i niekoniecznie muszą być one
wykonane z cennych materiałów.


(?) samotnego cudzoziemca…
podstawowych wygód, dzieci biegają boso i półnago. Gier komputerowych nie
widziały – tą wyśnioną zabawką jest wciąż skromny pluszak. Ale wydaje mi się, że są
szczęśliwsi od niejednej rodziny z naszego zagonionego świata…


wąskiej, asfaltowej drogi zacząłem rozpytywać o przejście do plaży. Okazało
się, że żadnej ścieżki nie ma, a przedzieranie się przez chaszcze stanowczo
mi odradzano. – Musisz wrócić do publicznej szkoły – tam jest ścieżka
prowadząca na wybrzeże! Nie było daleko… Wkrótce dotarłem do pasma piasku
na który ocean wyrzuca sporo koralowego gruzu i ciekawe muszelki. Plaża w
tej części wyspy była wąska i pusta – wróciłem nią do przystani, by w
ostatnich promieniach słońca sfotografować stojące obok mola rybackie łodzie.
żarówki w sklepikach, pod wiatą targowiska pojawiły się stoiska miejscowej
“małej gastronomii” Ten jegomość smażył w oleju małe donuty. Gdy zrobiłem mu
zdjęcie podziękował i poczęstował mnie swoją produkcją – okazało się, że
nadzienie to pikantne warzywa…


w centralnym punkcie wyspy. To centrum na Neill ma ciekawszy koloryt niż
podobne miejsce w osadzie nr.3 na Havelock. Wstałem wcześnie, by jeszcze
zanim zacznie się upał coś zobaczyć.
miejscowi mężczyźni siorbali już z namaszczeniem przesłodzoną herbatę z
mlekiem. Przygotowanie tej herbaty to cała ceremonia – nalewanie z czajnika,
przelewanie ze szklanki do szklanki, aż na powierzchni napoju powstanie
piana…
Jedna z dziewięciu riksz stacjonujących na
wyspie zabrała mnie do Sitapur – nr.5 w starej nomenklaturze. Ciekawe, że tu, na Neill stopniowo
przechodzą od tej numeracji na normalne nazwy.


maszerujących do szkoły. Na moją prośbę przystanęliśmy i zajrzałem do klasy.
I musze powiedzieć, że byłem zbudowany tym, co zobaczyłem: proste, ale nowe
ławki, pobielone ściany, czysto. A dzieci przychodzą na lekcje w białych mundurkach. Chłopcy i
dziewczęta siedzieli w osobnych ławkach…
przed szkolnym budynkiem… Mówiły po angielsku i wiedziały, że Poland to
gdzieś w Europie…


– plażę uchodzącą za najpiękniejszą na Neill. Schowana w niewielkiej zatoce,
otoczona wysokimi drzewami rzeczywiście zasługuje na swoja sławę. Czy
potraficie wyobrazić sobie tak piękną plażę bez żadnej infrastruktury? Nie
ma tu nie tylko żadnych zabudowań, żadnego zakwaterowania ale nawet kiosku z
colą czy zwykłej wiaty chroniącej przed słońcem… Piękne miejsce… Szkoda,
że zabraniają tu biwakować, a w małej wiosce Sitapur – odsuniętej zresztą od
plaży nie na żadnego guesthouse. Ale to podobno się zmieni – właściciele
eleganckiej “Wild Orhid” z Havelock zamierzają tu wybudować lodge. Czy
backpackerów stać będzie na wtedy na pobyt w tym pięknym zakątku?

przystani. Na stateczek czekało tu kilkudziesięciu podróżnych i kilkadziesiąt
starannie obszytych koszy z pomidorami i innym warzywem… Zastanawiałem
się: jak oni to wszystko pomieszczą na niewielkim pokładzie?
podwładni skrupulatnie odnotowali w zeszycie fakt, że opuszczałem Neill.
Zgodnie z prawdą powiedziałem im na pożegnanie, że z żalem opuszczam ich
wyspę. Poskarżyłem się też na brak miejsc w noclegowniach przy plaży. –
Ludzie chcą do was przyjeżdżać! Czy to taki problem – zbudować kilkadziesiąt
następnych chatek z żerdzi i palmowych mat – i brać od zadowolonych turystów
pieniądze? Wspomniał coś o braku inwestorów i o biurokracji… Wygląda
na to, że jeszcze przez długi czas popyt na noclegi na Andamanach będzie
przewyższał podaż. Weźcie to pod uwagę planując swoją podróż na te rajskie
wyspy! Może jednak warto na wszelki wypadek przywieźć tu własny hamak?


ja popłynąłem do Port Blair i w dwa dni
później przez Madras i Delhi poleciałem do chłodnej Europy. Nie obyło się
bez przygód – na pasie startowym lotniska w Delhi staliśmy ponad
4,5 godziny zanim zezwolili na odlot. Ale to już inna historia…
Wojciech Dąbrowski ©