
tylko taką ilość biletów, na jaką pozwalają nam przepisy!
jest duży i ma określoną maksymalną ilość pasażerów. Na dziś na Havelock nie
ma już wolnych miejsc!… – urzędnik był nieugięty, a ja – nowicjusz na
Andamanach nie bardzo wiedziałem, co począć. Zrzuciłem bagaż przed barakiem i
zacząłem rozmowę z grupką miejscowych. Oni też płynęli na Havelock. Mieli
bilety, które można podobno kupić w kantorku poprzedniego dnia… -Idź pod statek! Zaczynają wpuszczać na pół godziny przed wyjściem
w morze. Na pewno da się coś załatwić! To była jakaś szansa! Zająłem
strategiczną pozycję w słońcu (uff!) przy trapie i gdy tylko pojawili się
oficjele z głupia frant poprosiłem o bilet dodając, że właśnie przyjechałem
prosto z lotniska. I bilet, o dziwo bez zbędnych dyskusji się znalazł –
wprawdzie na droższą, “kabinową” klasę, ale i tak byłem szczęśliwy… Potem
okazało się, że w podobny sposób trafiło na pokład jeszcze kilku białych
turystów. Warto było nie poddawać się przy pierwszym zderzeniu z miejscową
biurokracją!
cumy o czasie. Nazywał się “Chouldari”. Dla pasażerów wyższej klasy ma 18
lotniczych foteli w niewielkiej salce z wentylatorami. Pasażerowie klasy “deck”
podróżują na rufie i górnym, otwartym pokładzie starając znaleźć sobie
trochę cienia wokół komina. Ocean był spokojny, zapowiadała się piękna
morska wycieczka.


gdy wypływa się lub wraca do Port Blair ogląda się tą samotną latarnię
morską ukrytą na cyplu w gęstwinie palm.
płynęliśmy już wzdłuż zachodniego wybrzeża wyspy Havelock. Jedyną przystań
na wyspie zbudowano na jej północnym krańcu – w kanale oddzielającym
Havelock od sąsiedniej wysepki Peel.
Kilka minut po 16 schodziliśmy ze statku.
Przy solidnej bramie stało kilku miejscowych policjantów w mundurach koloru
jasnego khaki. Miejscowych przepuścili, a nas ustawili w kolejkę spisując
skrupulatnie do zeszytu nazwiska, kraj i numery “permitów”. Szło im to – nie
da się ukryć – ślamazarnie, a turyści niecierpliwili się przesuwając po pół
metra swoje tobołki… Obok jetty na małej plaży stało z pół tuzina
kolorowych rybackich łodzi.


północna, “turystyczna” część wyspy Havelock oglądana z satelity.
Nie miałem żadnej wcześniejszej rezerwacji
noclegu. Andamany to nie Tokio… Podróżowałem samotnie i liczyłem na to, że
to jedno miejsce dla mnie gdzieś się znajdzie. Dotychczas metoda się
sprawdzała. Gdy w końcu przecisnąłem się przez bramę dogadałem się z
oczekującym rikszarzem – za 50 rupii powiózł mnie do odległego o kilka
kilometrów guesthousu “Pristine Beach”, który wcześniej wybrałem
sobie z
przewodnika. Prawie wszystkie noclegownie na Havelock zlokalizowane są na
jednym, północno-wschodnim odcinku wybrzeża. I wszystkie poza rządowym “Dolphin
Beach Resort” składają się
z mniejszych i większych “huts” i “cottages” skleconych z żerdzi, mat i
palmowej strzechy… Do tego dochodzi z reguły pawilon restauracyjny w stylu
“open air” – też pod strzechą i budki sanitariatów.
mnie i odjechał, a ja już po chwili wiedziałem, że “pristine” jest full.
Miejsc nie było także w dwóch sąsiednich guest housach i nawet w drogim “Dolphin
Resort”. Tego się nie spodziewałem!. Było już prawie ciemno, gdy zatrzymany
na głównej drodze taksówkarz ofiarował się zawieźć mnie na przeciwną stronę
wyspy – do osady nr.7. Ta numeracja wiosek to taki andamański fenomen – nie
mają one nazw, tylko numery… Jedziemy z zapalonym jednym reflektorem
(drugi nie działa) drogą wprawdzie asfaltową, ale bardzo nierówną i
wyboistą. Kończy się ona przy stojących rzędem kilku sklepiko-restauracjach,
gdzie przy piwie i coli przesiadują biali turyści. A gdzie camping? Dalej i
na prawo – pokazują w ciemność…
Idę… Camping składa się z mniejszych i
większych namiotów rozstawionych pod wysokimi drzewami. Te większe, po 300
rupii mają we wnętrzach łóżka i wątłe oświetlenie elektryczne. Ale w takich
już nie ma miejsc. -Jest do dyspozycji tylko jeden “small tent” bez
materaca, za 150 rupii! Bierze pan? Co mam robić – biorę!… Nie znam jeszcze
ponurego sekretu tego campingu – zupełnie wyschniętych kranów.


sfotografowałem mój “small tent” (w środku) by zapamiętać na dłużej
najbardziej koszmarna noc tej podróży… Bez materaca – na klepisku było
twardo. Trudno! Temperatura i wilgotność sprawiały, że ociekałem potem, a
moskity bez trudu znajdowały każdy odsłonięty fragment ciała. Namiocik był
zbyt ciasny, by rozpiąć w nim moskitierę… O czwartej nad ranem uciekłem
przed nimi na przyległą plażę. Leżąc na piasku słuchałem szumu fal i
patrzyłem, jak nade mną kolejno gasną gwiazdy.

Tygodnik TIME nazwał plażę Radha Nagar Beach (przez miejscowych nazywaną po
prostu nr 7) najpiękniejszą plażą Azji. Trudno dyskutować – sami oceńcie!
Szeroki, czysty piasek. Szmaragdowa, spokojna woda, zero turystów –
przynajmniej tego ranka… Jak widać jest tu także kotwicowisko dla
jachtów.
campingu dalej nie było… Miałem do wyboru: morską w oceanie i mineralną w
jadłodajni – za 25 rupii butla. Tamże smażona ryba z ryżem kosztowała 120
rupii, cola – 25 i bunch 15 bananów – też 25. Nacieszyłem się
najpiękniejszą plażą i postanowiłem wrócić na wschodnie wybrzeże, by znaleźć
lepsze zakwaterowanie i prysznic. Okazało się, że kilka razy dziennie od
przystani przez nr 3 i nr 4 do numeru 7 kursuje taki oto wysłużony, ale
taniutki (5 rupii) publiczny autobus marki tata.


Po drodze mogłem popatrzeć we wnętrzu wyspy na wyschnięte o tej porze roku
ryżowiska, na których szukały pożywienia siwe bawoły, używane tu jako
zwierzęta zaprzęgowe i robocze – do orki.
ośrodku Eco Villa zlokalizowanym pod palmami – tuż przy plaży. Miejsce było
malownicze – popatrzcie na zdjęcie obok… Obsługa oświadczyła wprawdzie, że
wszystkie chatki w dalszym ciągu są zajęte, ale siedzący w
restauracyjnej wiacie podróżnik z Izraela słysząc o moich kłopotach z
zakwaterowaniem sam zaprosił mnie do zajmowanego przez siebie “hut”. Thank
you once again Guy – I’ll never forget your hospitality!


niepozornie. We wnętrzu miała tylko szerokie podwójne łóżko z moskitierą i
wiatrak pod sufitem. Toaleta i prysznic były wspólne – w osobnej budce.
Wynajęcie takiej chatki kosztuje 300 rupii za noc. Płaciliśmy po 150 – czyli
po 3,5 dolara – to była dobra cena!
Z mangowego drzewa na dach spadały dojrzałe
owoce. Korzystając z gniazdka zasilającego wiatrak mogłem gotować herbatę.
Dla przyzwoitości wypadało też kupić jakieś danie w “restauracji” – na
przykład smażony ryż z warzywami za 45 rupii… W wioskowej jadłodajni za takie
delikatesy płaci się o połowę mniej, ale to ze 2 kilometry marszu…
flame trees, bugenwile i hibiskusy. Personel z “resortu” proponował
wycieczki motorową łodzią wynajmowaną po 250 rupii za godzinę (na opłynięcie
wyspy wokół potrzeba około 7 godzin). Ja jednak jak zwykle wolałem
piesza wędrówkę, umożliwiającą spontaniczne kontakty z ludźmi i dowolna
modyfikację trasy…


przystani – rodzaj ośrodka administracyjnego ze sklepikami, przykładami
drewnianej, kolonialnej architektury i widokiem przez palmy na sąsiednią
wyspę Peel Island (nie widziałem na niej z daleka żadnych śladów życia)
jest szkoła, kilka garkuchni i maleńki bazar z warzywami i owocami – tu
zaopatrywałem się kilka razy w banany i papaje. Za pomidory płaciłem 10
rupii za kilo i tyle samo za średniej wielkości papaję. Gorzej jest z
chlebem – pojawia się dopiero wtedy, gdy przypłynie popołudniowy statek z
Port Blair. Zapomnijcie o takich delikatesach jak masło, ser czy
margaryna…


świeżą rybę – a że nie ma tu specjalnie warunków do jej przechowywania
sprzedawana jest na pniu – szybko i tanio – można kupić wybrana sztukę i
poprosić o usmażenie za kilka rupii w jednej z garkuchni.
ulic wiosek zabudowa jest drewniana i trochę bezładna. Wystarczy jednak
wyjść za rogatki, by zobaczyć, jak mieszkają wieśniacy.


na skraju wioski to jedyny chyba na wyspie katolicki kościół. Był oczywiście
zamknięty. Tylko przez ono mogłem zajrzeć do skromnego wnętrza. Od
dzieciaków dowiedziałem się, że ksiądz przyjeżdża jedynie od czasu do czasu…
Przy przystani widziałem dwie małe i równie skromne hinduskie świątyńki
Kriszny i Kali. O innych zabytkowych budowlach na Havelock nie słyszałem.
Nie spotkałem
się tu przypadków żebractwa. Miejscowe dzieciaki nie narzucają się i odnoszą
się do białych turystów z dystansem. Wystarczy jednak uśmiechnąć się i
nawiązać pod byle pretekstem rozmowę, by lody stopniały. Trudno porozumieć
się z maluchami, bo nie znają angielskiego. Ale dzieci w wieku szkolnym
mówią już lepiej lub gorzej w tym języku. Chętnie pozują do zdjęć i cieszą
się, gdy mogą potem zobaczyć siebie na kranie aparatu czy kamery…
Cyfrowa technika stwarza tu trudne do przecenienia możliwości.


portretów, które zrobiłem podczas tej podróży. Bardzo lubię to zdjęcie – ma
swój nastrój…

kilka noclegowni. Ceny są zbliżone – zaczynają się od 250 rupii za
prymitywną chatkę, a kończą na większych “cottages” za 1000 i więcej… Im
dalej na południe od przystani, tym wyższy mają standard… Miejscowi
pracujący w obsłudze tych “resortów” to już swego rodzaju miejscowa
arystokracja – mówią po angielsku, ubierają się staranniej, nie czują
dystansu do białych turystów… Co do poziomu obsługi, to bywa bardzo
różnie. Zazwyczaj za bardzo się nie przejmują swoją rolą.
Typowym przykładem jest załoga rządowego ośrodka “Dolphin” której wydaje się
zupełnie nie zależeć na opinii przybyszów. Widać bardzo pewni są swoich
państwowych posad…

wprost z piasku plaży.
Poza urokami krajobrazu Havelock oferuje
niezwykłe ponoć wrażenia amatorom divingu. Znawcy wymieniają takie nazwy
Barracuda City, Turtle Bay, Pilot Reef, Minerva Lodge jako świetne miejsca
do nurkowania. Ale na ten temat więcej nie mogę powiedzieć. Dla mnie diving
zawsze był sportem zbyt drogim. Za to często pływałem ze snorkelem – maska i
fajka kosztują nie więcej niż 10 dolarów i nie trzeba opłacać łodzi, która
zawiezie was na miejsce oglądania podwodnych ogrodów i kolorowych ryb. Takie
miejsca są oczywiście i na Andamanach, a dopłynąć do nich można wprost z
plaży…
ośrodków chętnie pozują do zdjęć… Ta, o ile pamiętam specjalnie
przebrała się w czystą bluzkę…


przy drodze. Problemem na Andamanach jest słodka woda, a raczej jej brak. Na
każdym kroku spotyka się tabliczki i ogłoszenia proszące o oszczędzanie tego
cennego płynu. Uciążliwości z tym związane przestają występować w porze
monsunu (maj-listopad), gdy jest dużo opadów. Turyści jednak zdecydowanie
wolą przyjeżdżać poza monsunem – najlepsza pora na przyjazdy turystyczne
trwa od grudnia do kwietnia. Jeśli chodzi o temperatury to wahania w ciągu
roku są nieznaczne: zawsze jest tu średnio od 26 do 31 stopni i duża
wilgotność.
wodę do domów w różnej wielkości stągwiach. Przy publicznych kranach często
tworzą się kolejki – jest to okazja, by usiąść w kucki i porozmawiać z
sąsiadkami. A czarny, sfatygowany parasol chroni wtedy choć trochę przed
palącym słońcem.


przykład egzotycznej urody…
odjazdu zjawiłem się z bagażem przy tym ważnym budynku na przystani. To
biuro sprzedaży biletów na statki. Bez problemów kupiłem za 150 rupii bilet
klasy “deck” do Port Blair.


wyjście statku jest tu wydarzeniem, Na godzinę przed odpłynięciem promu przy
przystani pojawiają się ruchome sklepiki z napojami i słodyczami. Trudno
uwierzyć, że taki sklepik na trzech rowerowych kołach może pomieścić nie
tylko towar, ale i właściciela.
o Andamanach są bardzo skromne. Przewodnik Lonely Planet “South India”
poświęca im zaledwie kilka stron – znalazłem tam zresztą sporo rzeczy
nieaktualnych – szczególnie cen. Aktualny rozkład rejsów statków
drukuje tu codzienna prasa – więc najlepiej zaraz po przylocie kupić sobie
gazetę. W Madrasie odwiedziłem biuro informacji turystycznej Andamanów – ale
ich wiedza (czy raczej niewiedza) była wręcz żenująca – nie oczekujcie zatem
zbyt wiele. W sali przylotowej lotniska w Port Blair jest stanowisko
informacji turystycznej – tam wiedzą sporo, ale nie mają prawie żadnych
materiałów drukowanych. Na końcu relacji podaję kilka przydatnych
adresów internetowych.


doczekaliśmy się otwarcia bramy i ruszyliśmy do trapu. “Ramanujam”,
którym tym razem wypadło mi podróżować
był znacznie większym promem. Na głównym pokładzie miał wielką, otwartą do
rufy halę, częściowo wypełnioną ławkami przymocowanymi do podłogi.
turyści bezceremonialnie porozkładali karimaty na wolnej części pokładu i
podczas rejsu zażywali drzemki.


kilkugodzinny rejs był kolejna okazją do rozmów z miejscowymi i do zrobienia
nowych zdjęć. Dowiedziawszy się, że jestem z Polski chwalili zbudowany w
Polsce duży indyjski statek handlowy zawijający często do Port Blair.
Przekazuję wyrazy uznania polskim stoczniowcom!. Ten duży prom płynął
znacznie wolniej od mniejszych jednostek – do zatoki w której leży Port
Blair wchodziliśmy dopiero o zachodzie słońca…
Zanim dotarłem do guesthouse był już wieczór.
Pora było pomyśleć o kolacji. Straciłem prawie godzinę zanim znalazłem
sklepik w którym sprzedawali chleb. W miasteczku takie “delikatesy”
sprzedaje się tylko w kilku punktach. Stosunkowo wcześnie dałem nura pod
moja moskitierę. Kolejnego poranka już przed szóstą rano miałem być ponownie
w porcie, by popłynąć na kolejną wyspę archipelagu: Neill Island.
