
Andamany leżą na Oceanie Indyjskim, a dokładniej
w Zatoce Bengalskiej – oddalone o blisko 1200 km od Chennai (dawnego Madrasu) w macierzystych
Indiach i jedynie o jakieś 200 kilometrów od wybrzeży Myanmaru. To szczególne
położenie decyduje o strategicznym znaczeniu wysp. To właśnie ze względu na nie
do niedawna administracja wymagała od turystów ubiegania się z wyprzedzeniem o
specjalne zezwolenie na pobyt na wyspach. Dziś – jak się przekonałem – uzyskanie
“permitu” ważnego 30 dni jest jedynie prostą formalnością – uzyskuje się go automatycznie po
przylocie do Port Blair, wypełniając na lotnisku półstronicowy formularz… “Permit”
jest jednak sprawdzany i odnotowywany po przybyciu na każdą mniejszą wyspę
archipelagu – zbiurokratyzowana administracja dba o to, aby im się turysta nie
zgubił! Radzę zatem tego skrawka papieru pilnować i nie wkładać go na dno
plecaka. Posiadanie zezwolenia nie oznacza jednak, że możemy się bez ograniczeń
poruszać po wszystkich wyspach Andamanów. Upoważnia ono do pobytu na
Południowym, Środkowym i Małym Andamanie, wyspach Havelock, Neill i Long.
Obejmuje także, Diglipur, Baratang, North
Passage oraz Mahatma Gandhi Marine
National Park.
Na mapce obok widać główne wyspy archipelagu.
Te największe połączone są mostami i samochodowymi promami. Zaznaczona na
czerwono główna (i jedyna) szosa biegnie z Port Blair do Diglipuru na Północnym
Andamanie. Magistralą drogową kursują niespiesznie publiczne autobusy.
Ale podstawowym środkiem publicznej
komunikacji są tu stateczki, bo Archipelag Andamanów składa się aż z 576 wysp.
Podobno tylko 26 spośród nich jest zamieszkanych. Wyspy archipelagu rozrzucone
są w pasie o długości
352 km biegnącym z północy na południe.
Na Andamany można dotrzeć statkiem i
samolotem. Statki, choć tańsze (gdy podróżować w niższych klasach) płyną
znacznie dłużej i nie mają stałego rozkładu rejsów. Droga lotnicza jest droższa.
W ostatnich latach wzrosła ilość połączeń lotniczych. Z Subkontynentu
Indyjskiego latają tu już samoloty czterech lokalnych linii (najtańsza jest
bodajże Air Sahara) i pojawiło się pierwsze połączenie zagraniczne: czarterowe
loty z Tajlandii.

samolotu zobaczyłem po raz pierwszy zielone, niemal płaskie wyspy i bardzo
urozmaiconą linię wybrzeża. Te wyspy w niczym nie przypominały Malediwów,
które leżą przecież na tym samym oceanie i które odwiedziłem kilka lat
wcześniej. Malediwy to
płaskich wysepek obramowanych białymi pierścieniami piaszczystych plaż.
Te wyspy były znacznie większe, wyższe i miały skaliste wybrzeża wśród
których tylko z rzadka pokazywały się niewielkie zatoki z półksiężycami
piasku.
taksówki. Choć kierowcy taksówek zapewniali mnie, że taksówka kosztuje tyle
samo, co riksza (ciekawe?!) to wybrałem trójkołowiec. Taki żółto-czarny –
jak na zdjęciu obok. Warto łapać pojazd dopiero po wyjściu przed bramę
lotniska – wtedy opłata powinna być niższa o opłatę wjazdową, którą kierowcy
płacą w bramie. Za kurs zapłaciłem 40 rupii (za jednego dolara płacili 43,6
rupii) – zdaje się, że pomimo targowania i tak o 10 rupii więcej niż płacą
miejscowi.


rozłożyła się na otoczonym wodą cyplu, u którego nasady zbudowano jeszcze w
kolonialnych czasach ciasne lotnisko. Z lotniczego terminalu do miasta jest
bardzo blisko – właściwie jest ono zlokalizowane na rogatkach stolicy
archipelagu. U wyjścia z zatoki leży trójkątna Ross Island z ruinami
kolonialnych budowli – to żelazny punkt w programie zwiedzania Port Blair.
Turystyczny “permit” pozwala także
na dzienne wizyty na innych wysepkach: South
Cinque Island, Narcondum Island, Interview Island, Brother Island, Sister
Island. Agencje oferują wycieczki motorówkami na te wysepki, ale taka
wyprawa to już wydatek rzędu kilkuset rupii.
Tak wyglądają
Port Blair i otaczające miasto kręte zatoki na satelitarnym zdjęciu.
Dostrzec na nim można nawet mola i nabrzeża w porcie Phoenix Bay, z którego codziennie
odpływają stateczki na mniejsze wyspy archipelagu.
Duże statki z Kalkuty i Chennai
(orientacyjny rozkład rejsów tutaj:
http://www.and.nic.in/spsch/sailing.htm) cumują po drugiej stronie
zatoki.
Ceny biletów na te statki znajdziecie tu:
http://www.andamanisland.com/reach.htm


orientalny koloryt – szczególnie w bazarowej dzielnicy pełnej sklepików i
restauracyjek. A pod takim pordzewiałym dachem z falistej blachy znaleźć
można także ciasne internet cafe, gdzie płaci się 30 rupii za godzinę
wolnego połączenia ze światową siecią.
Oferta taniego
zakwaterowania w Port Blair jest raczej skromna: pierwszą noc przespałem w
zlokalizowanym przy głównej ulicy Jaganath Guesthouse. Za single room z
łazienką i wiatrakiem biorą tu 400 rupii. Gdy drugi raz przypłynąłem do Port
Blair znalazłem w uliczce na zapleczu bazaru rodzinny hotelik Shah-n-Shah.
Tu za taką samą kwotę miałem dodatkowo nawet czysty ręcznik, ale check-out
był już o 8 rano.
Moskity “urzędowały” w obu hotelikach.
Całe szczęście, że wiozłem ze sobą w plecaku moskitierę, którą zawsze – z pomocą kawałka
sznurka da się jakoś rozwiesić nad legowiskiem. Czasem trzeba przesunąć
łóżko, ale co to dla starego trampa: Polak potrafi!… i dlatego jest lepiej
zabezpieczony przed malarią.


ma tą dodatkowa zaletę, że położony jest blisko stacji autobusów,
bazaru warzywno-owocowego i skrzyżowania z pomnikiem Mahatmy Ghandiego,
gdzie w okazałym budynku Bank of India można wymienić pieniądze. To ważne
dla podróżnika miejsce, bo kantorów w Port Blair nie ma i w godzinach
popołudniowo-wieczornych, po zamknięciu banków trudno znaleźć w miasteczku
miejsce, gdzie można by było po przyzwoitym kursie wymienić waluty na rupie.
Coś takiego jak czarny rynek tu nie istnieje.
Na Aberdeen Bazar można kupić wszystko z
wyjątkiem chleba –
także porcje betelu do żucia (na zdjęciu obok)
obiektem turystycznym w Port Blair jest Cellular Jail – “Komórkowe Więzienie”.
Dziś jest to obiekt muzealny. Za wstęp pobierają tylko 5 rupii, ale za
używanie aparatu fotograficznego płaci się kolejnych 10, a za kamerę video
nawet 50. Wieczorami na dziedzińcu więzienia odbywają się dwa widowiska
“światło i dźwięk” – jedno w języku angielskim, drugie w hindi. Wejście do
obiektu zlokalizowane jest nie w widocznej na zdjęciu głównej bramie, ale w
bocznej uliczce z lewej strony.


więzienia ustawionych w gwiazdę zachowały się do dziś tylko trzy, ale i one
robią wrażenie: mają po trzy kondygnacje bliźniaczych, małych i ponurych cel.
Więzienie miało łącznie około 700 takich cel. Brytyjczycy trzymali tu między innymi bojowników o niepodległość Indii.
Zaraz na początku szlaku zwiedzania znajdziecie ekspozycję poświęconą tym “freedom
fighters” a dalej baraczek z szubienicami i wreszcie galerię starych
zdjęć Andamanów w dawnych warsztatach na dziedzińcu.
zbiegały się więzienne skrzydła wybudowano wieżę dla strażników, można się
wspiąć do altany na jej szczycie dla ładnego widoku.


którym stoi Cellular Jail otwiera się widok na przystań stateczków
wycieczkowych – tzw. Water Sports Complex jetty. Stamtąd odpływają między innymi mniejsze i
większe motorówki na pobliską Ross Island – wyspę, na której Brytyjczycy
mieli w czasach kolonialnych swoją główną kwaterę na Andamanach. Przy
wejściu na molo stoją aż cztery budki konkurujących ze sobą kompanii
przewozowych. Powrotny bilet kosztuje 60 rupii.
ROSS ISLAND
W czasach kolonialnych na Ross Island była
główna kwatera brytyjskiej administracji. Dziś wyspa zajęta jest przez
indyjską marynarkę, która wciąż stacjonuje w koszarach znajdujących się w
północnej części wyspy (ten fragment wyspy jest niedostępny dla
zwiedzających) i dba o ruiny a także o przystań na wyspie (na zdjęciu obok)
pobierając przy okazji 20 rupii za wstęp.


Wyspę Ross Paryżem Wschodu. Po trzęsieniu ziemi w 1941 niewiele z niego
zostało…
Przy przystani umieszczony jest plan
wyspy z objaśnieniami. Na większości obiektów umieszczono tabliczki i
strzałki. Zaraz na początku trasy zwiedzania jest dobrze zachowany dawny
magazyn z galerią starych zdjęć oraz dawna piekarnia (na zdjęciu obok).
basen kąpielowy, który wciąż istnieje, ale gdy byłem na Ross Island nie było
w nim wody…


znacznie gorszy. To właściwie już tylko ruiny zarośnięte tropikalną
roślinnością…
stoją mury, ale nie zachował się dach. Trzeba jednak przyznać, że
Indian Navy dba o porządek – nie ma śmieci, gałęzi, czy liści…


pokryta siecią z tysiąca gałęzi. Stała się ona właściwie pniem drzewa, którego
korona wyrasta dopiero gdzieś u szczytu murów – tam gdzie kończy się
kamienna konstrukcja.
Gdy patrzyłem na te mury oplecione
tysiącem korzeni i kamienie rozsadzone witalnymi siłami przyrody od razu nasunęło mi
się skojarzenie: Angkor Wat… Tylko, że Angkor Wat ma ładnych kilka wieków, a tu
przyrodzie wystarczyło zaledwie 60 lat by niepodzielnie zapanować nad
porzuconymi obiektami.
abstrakcyjna płaskorzeźba wygląda także szczytowa
ściana budynku dawnego szpitala… Poza tym na udostępnionej części Ross
Island można zobaczyć bunkry (zbudowane przez Japończyków w czasach, gdy
podczas II wojny światowej okupowali Andamany), rezerwuar wody i ruiny
oficerskich kwater. Pod palmami biegają na wpół oswojone małe antylopy.
Poszczególne obiekty połączone są dobrze utrzymanymi ścieżkami, przy których
straszą nieczynne ogrodowe lampy.


turystyczna ścieżka betonowe schodki prowadzą w dół – na
plażę. Szmaragdowa woda wygląda kusząco, ale już przy wyjściu z mola
widziałem tablicę zabraniającą kąpieli. Takie tablice stoją niestety i tutaj.
Ale miejsce
jest urokliwe. To wschodnie wybrzeże wyspy – strona otwartego oceanu, od
którego kilka lat temu przyszło uderzenie tsunami podmywając solidnie brzeg. Wiele pni
palmowych i dziś jeszcze leży powalonych na wybrzeżu.

ładniejszych widoków na Ross Island.
– napływowa ludność pochodząca z Tamil Nadu i Zachodniego Bengalu. W
przewodnikach piszą o rodzimej ludności, która zamieszkiwała archipelag
jeszcze zanim przybyli tu Hindusi. Zamieszkiwały tu ludy negroidalne –
między innymi Onge, Jarawa i Sentinelczycy. Dziś nieliczni przedstawiciele
tych plemion żyją w odizolowanych rezerwatach i turysta nie ma praktycznie
szansy ich zobaczenia. Współczesne zdjęcia tych ludzi widziałem w Marine
Museum Samudrika (wstęp – 10 rupii). Warto je odwiedzić – przede wszystkim
ze względu na ciekawą kolekcję muszli i akwaria z kolorowymi rybami.
Znajdziecie tam również ciekawą ekspozycję pokazującą geologię
wysp i ich historię. Dowiedziałem się z niej między innymi, że podczas wojny
jakiś hinduski przywódca kolaborował z Japończykami…
Ludzie, których spotkałem na ulicach Port
Blair byli mili, choć daleko im do gościnności wyspiarzy z Pacyfiku…


Archipelagu Andamanów nie jest żadną rewelacją turystyczną, dlatego
spędziłem w niej praktycznie tylko jeden dzień i ten dzień zaplanowałem na
sam koniec mojego pobytu. Natomiast zaraz po przylocie z Madrasu spieszyłem na mniejsze wyspy,
szukając potwierdzenia legendy o tropikalnym raju. Przepraszam za brak
chronologii: tak naprawdę to prosto z lotniska pojechałem rikszą do portu.
Przed portową bramą trwały akurat jakieś “wykopki”. Rikszarz wysadził mnie
tam, gdzie kończył się asfalt i spory odcinek musiałem przejść pieszo,
dźwigając w lejącym się z nieba żarze południa wszystkie moje tobołki. Było
tego sporo i pot lał mi się z czoła bardzo dosłownie. W porcie czekało kilka
takich białych stateczków, a w wąskim pasie cienia przed baraczkiem “booking
office” spory tłumek białych turystów. Ktoś z nich rzucił od niechcenia:
-Bilety na Havelock już wysprzedane!
