Albania – refleksje z podróży cz.II – Wojciech Dabrowski (Albania03B.htm)

Turysta przybywający do Albanii

zaskoczony jest dużą ilością mercedesów jeżdżących po ulicach. Ta solidna

marka samochodu cieszy się tu szczególną popularnością.  Może ze

względu na wytrzymałość wozów, co jest zrozumiałe biorąc pod uwagę kiepski

stan tutejszych dróg. Takim właśnie mercedesem- taksówką przyszło mi jechać

z Sarandy do starożytnego Butrintu. Wprawdzie o 8.00 miał być mikrobus, ale

tego dnia nie pojechał… Targowałem się wytrwale grożąc, że jak nie obniży

ceny to pójdę na wylotową szosę  zatrzymywać samochody (najlepsze

miejsce dla tego kierunku – przy luksusowym hotelu “Butrinti”). Staje w

końcu na 10 dolarach za przejazd 24 + 24 km i czekanie podczas zwiedzania.

Dobra cena! 

Pozostałości starożytnego miasta

Butrint są najciekawszym tego typu miejscem w Albanii. I w związku z tym

odpowiednio wycenionym – za wstęp płaci się 700 leków, za które nie

dostaje się nawet planu ruin. Tabliczki z objaśnieniami są tylko w

niektórych miejscach i to po albańsku. Na szczęście strzałki prowadzą

przez najciekawsze miejsca. Wśród nich wyróżnia się amfiteatr z

przylegającą do niego świątynią Eskulapa…

Miasto otoczone było

solidnymi murami. W kilku miejscach zachowały się wąskie bramy.

 

Butrint położony jest na półwyspie – otoczony wodami laguny, która kanałem

połączona jest z otwartym morzem. Wody laguny podtapiają nieco teren

wykopalisk i stąd zapewne bierze się obecność dokuczliwych komarów –

nawet w ciągu dnia – radzę na zwiedzanie zabrać długie spodnie i

przywdziać koszulę z długim rękawem – albo solidnie wysmarować się

repellentem…

Równie imponujące jak amfiteatr (choć

znacznie młodsze) są ruiny chrześcijańskiej bazyliki.

I wreszcie, prowadzeni strzałkami i

intuicją zasapani docieramy na spore wzniesienie.  Na szczycie

wzgórza u stóp którego leży Butrint Turcy zbudowali niewielką cytadelę.

Otwiera się stąd ładny widok na okolicę – widać kanał łączący lagunę z

morzem, a te zarysy gór na horyzoncie to grecka wyspa Corfu… 

 

Taksówkarz czekał na parkingu przy

bramie – po pół godzinie byłem z powrotem w Sarandzie, by złapać autobus

do Girokastry odjeżdżający o 11.00. Istnieje tu coś takiego jak rozkład

jazdy, ale tak do końca nie radzę mu wierzyć…

 Po drodze z Sarandy do Gjirokastry w

odległości 2 kilometrów od głównej szosy jest “pomnik przyrody” który

miejscowi nazywają Syri I Kalter. Oznacza to podobno Niebieskie Oko.

Przy szosie jest wyraźna tablica w tym miejscu, gdzie w lewo odchodzi

wąska wstążka asfaltu.   Wysiadłem i pomaszerowałem z

plecakiem, bo na bocznej drodze ruch był prawie zerowy.  Najpierw

jest ładne sztuczne jeziorko obramowane lasem. Po przejściu przez tamę

jeszcze kilometr lekko pod górę – wzdłuż górskiej rzeki. Potem przez

mostek na jej drugi brzeg.  Jest! – popatrzcie na zdjęcie i sami

oceńcie: wywierzysko ma rzeczywiście ładny kolor, ale nie jest to wcale

taki cud… Sto metrów dalej nad szumiącą rzeką jest mała restauracja. 

Wszystko… Wygląda na to, ze w sezonie Albańczycy przyjeżdżają tu na

pikniki…  

Kolejny autobus wywiózł mnie na przełęcz,

z której licznymi serpentynami zjechaliśmy do szerokiej doliny.  Ho, ho

– jakość drogi w dolinie jak na Albanię jest rewelacyjna – pewnie dlatego,

że to główna trasa prowadząca do Grecji… Wkrótce kierowca wysadził mnie w

Gjirokastrze. Niespodzianka. Okazało się, że miasteczko jest 2 kilometry od

szosy – ostro pod górkę. Wysoko na głową widziałem potężne mury twierdzy.

Sporo wypociłem, zanim wspiąłem się pod mury twierdzy, gdzie położone jest

stare miasto, a w nim hoteliki. Polecam nastrojowy Kotoni Guesthouse –

cytowany nawet w starym przewodniku Lonely Planet. Tu też płaciłem 10 USD za

przytulny pokój z pysznym widokiem na starówkę… Światło wyłączali

codziennie  tylko na 2 godziny…    

Gjirokastra (wymawiają: Dżirokastra) to jedno z dwóch albańskich

miast-muzeów. Swój awans na listę zawdzięcza między innymi kamiennym domom

starego miasta krytym od setek lat szarymi łupkami. Sprawia to że krajobraz

miejski jest trochę szary, ale trzeba uszanować ta inność… W jednym z

takich domów urodził sie wielki niegdyś a dziś potepiony wódz Enver Hodza.

 

 Zdjęcie zrobione jest z murów

zaniedbanej twierdzy (wstęp 100 leków) gdzie zgromadzono imponującą kolekcję

XX-wiecznych armat… Ale warto tam pójść dla samego widoku.

 

Wracając na stare miasto trzeba przyznać,

że jego strome uliczki wypełnione zwykłymi sklepikami mają wiele uroku. W

jednym miejscu spotyka się aż pięć takich uliczek! Za czasów tureckich był

tu bazar. Aż się prosi, aby trochę zadbać o te domy… Ale uwaga! O 13.00

wszystko na głucho zamykają – na sjestę. Daremnie szukałem o tej porze

sklepu z chlebem. W końcu zobaczyłem go w siatce przechodzącej dziewczynki.

Pewnie chodziła do piątej klasy… -Gdzie to można kupić?- gestykulowałem

obrazowo. Bread? Oh, closed! (W podstawówce uczą angielskiego!!!) -Wait!  

I knife!-poleciała do domu po nóż i wielkodusznie odkroiła mi 1/3 swojego

bochenka…  Byłem zbudowany! Gdy potem gdzieś nie mogłem się dogadać

wzywałem na pomoc dzieciaki z tornistrami. Z pozytywnym skutkiem!.  

Życie wraca do miasta dopiero około

17-tej. Wracają też do kawiarnianych stolików tutejsi mężczyźni. Zwyczajowo

panie przy kawiarnianych stolikach w Albanii się nie pokazują. Za to jest to

ulubiona rozrywka mężczyzn – szczególnie popularna w sytuacji dużego

bezrobocia.

Z Gjirokastry nie tak

łatwo dostać się do drugiego miasta-muzeum – Beratu. Są wprawdzie jakieś

skróty przez góry, ale nie ma na nich komunikacji. Więc najpierw trzeba

jechać wśród takiego krajobrazu w kierunku Tirany. Po drodze tu i ówdzie

widać tak popularne w Albanii bunkry (nabudowali ich za Hodży kilkaset

tysiecy). Potem bus jedzie przez pola naftowe wokół  Ballsh. Za Patos

jest skrzyżowanie na którym trzeba wysiąść – i tu już czekają furgony do

Beratu…

 

O właśnie – to właśnie

postój “furgonów”. W odróżnieniu od autobusów  pojazdy te nie mają

rozkładu jazdy. Odjeżdżają, gdy się zapełnią lub gdy kierowca uzna, że już

mu się opłaci… Licencjonowane taksówki i furgony maja tablice w kolorze

żółto – czerwonym w odróżnieniu od zwykłych – białych, które zabierają

podróżnych “na łebka” – i jak mi tłumaczono – nie zawsze są bezpieczne. Pod

szybę z reguły jest wsadzona kartka informująca o kierunku jazdy.

Tego dnia płaciłem za przejazd

Gjirokastra-Patos – 500, Patos – Berat – 200. Ceny na daną trasę są ustalone

– nigdy nie próbowali mnie oszukiwać.

Życzliwi, rozmowni, ciekawi świata, nie

odmawiający pomocy…  Nigdzie nie spotkałem się z niechęcią, czy

objawami ksenofobii….

 

Berat – “Miasto Tysiąca

Okien”- jak je nazywają – jest obok Kruji najczęściej odwiedzane przez

turystów. U stóp tego wzgórza rozsiadła się na stoku stara dzielnica z

labiryntem uliczek ocienionych winoroślą i dziesiątkami domów krytych

czerwoną dachówką. Pewnie wszystkie razem mają te tysiąc okien, tym

bardziej, że naprzeciwko – po drugiej stronie rzeki – jest druga taka

dzielnica. Szczyt wzgórza zajmuje rozległa twierdza…  Berat i jego

zabytki dostrzegło UNESCO, co przejawia się m.in. tym, że przy zabytkach

ustalone są przyzwoite, albańsko-angielskie tablice z opisami. W mieście

jest kilka ładnych meczetów. Jeden z nich (w środku zdjęcia) zamieniony jest

na sklep z pamiątkami…

 

Z murów

twierdzy widać rzekę i stary, zabytkowy most, którym przechodziło się do

dzielnicy Gorica zamieszkiwanej niegdyś przez chrześcijan…

Typowa architektura

starego Beratu. Może się podobać. Ale do miasta wjeżdża się przez

przygnębiające, zniszczone blokowisko z czasów stalinizmu. Oglądany później

stary, malowniczy Berat jest więc dla przybysza przyjemną niespodzianką.

 

 

 

 

Zanim zacząłem wspinać

się do twierdzy przysiadłem w tym sklepiku, aby zjeść w cieniu mój skromny

lunch. Widząc to właściciel przyniósł mi bez słowa ogórka i kawałek białego

sera. Tacy są ci Albańczycy… 

Może przy tej okazji

trochę przykładowych cen: litr koki – 80, pocztówka -30, kostka masła – 100,

banan – 20, zapiekany placek z serem (byrek) – 40

 

 

Z XIV- wiecznej twierdzy (mówią o niej:

KALA) najlepiej zachował się zespół budowli bramnych, gdzie pobierają od

cudzoziemców 50 leków. Zaskoczeniem jest to, że rozległy teren cytadeli jest

zamieszkany przez normalnych ludzi. Zwiedzanie zabiera ponad godzinę… 

Tu spotkałem jedynych Polaków na całej trasie – wyglądali na uczestników

międzynarodowej konferencji…

Atrakcją cytadeli są małe kościółki

prawosławne z poczerniałymi freskami we wnętrzach (jeden z nich na zdjęciu).

W jednym z nich (p.w. Zaśnięcia Matki Bożej) urządzono muzeum ikon ze szkoły

słynnego mistrza Onufrego. Wstęp płatny dodatkowo: 200 leków – w zamian

otrzymuje się broszurkę…

 

Najbardziej fotogeniczną w całym

kompleksie jest cerkiewka Św. Trójcy. Niestety osoby pilnujące

poszczególnych obiektów niezbyt serio traktują swoje obowiązki i niektóre z

nich zastawałem zamknięte (chyba lepiej przyjść tu przed południem). We

wnętrzach nie wolno fotografować.

 

 

 

Z Beratu jechałem dalej “furgonami” w

kierunku jeziora Ohrydzkiego: Berat- Lushnja – 150 leków, Lushnja – Rrogozi

– 50, Rrogozi – Elbasan – 200

Elbasan to wielki

ośrodek przemysłowy. Do miasta wjeżdża się wśród kominów, pieców hutniczych

zbudowanych przez towarzyszy Chińczyków i hałd. Ale stara cześć miasta

prezentuje się całkiem nieźle, choć nie ma tu nic do zwiedzania poza wieżą

zegarową i pasem starych murów miejskich widocznych na zdjęciu. Do Elbasanu

przyjechałem wieczorem i miałem kłopoty ze znalezieniem taniego noclegu – w

końcu musiałem zanocować w wielkim post-stalinowskim i zdewastowanym hotelu

Skampa w centrum za 14 euro. 

Kolejnego dnia ruszyłem

w kierunku granicy Macedonii. Przejazd “furgonem” z  Elbasanu do

Pogradec nad Jeziorem Ohrydzkim kosztował 300 leków (szosa znowu nowa i

dobra). Wspinając się na przełęcz warto obejrzeć się za siebie – widoki są

rzeczywiście wspaniałe. zosa

To już otoczone górami

Jezioro Ohrydzkie (tego dnia nieco zamglone). Do Albanii należy 1/3 jeziora.

Najbardziej malowniczą miejscowością na Albańskim brzegu wydaje się Lin (w

dole na zdjęciu). W wielu miejscach przy drodze sprzedają złowione w

jeziorze ryby…

Pogradec jest

największą albańską miejscowością nad jeziorem. To kurort polożony w

malowniczej scenerii, z długim deptakiem spacerowym i parkiem ciągnącym się

wzdłuż brzegów jeziora…  We wrześniu – po sezonie mimo dziennych

temperatur przekraczających 25 stopni było tu pusto…

 

Ponieważ w mieście nie ma nic

ciekawego do zobaczenia pomaszerowałem w kierunku przejścia granicznego

odległego o 7 km od miasta. W kilka godzin później znalazłem się na

terytorium Macedonii ale o tym już na kolejnej stronie: