Turysta przybywający do Albanii
zaskoczony jest dużą ilością mercedesów jeżdżących po ulicach. Ta solidna
marka samochodu cieszy się tu szczególną popularnością. Może ze
względu na wytrzymałość wozów, co jest zrozumiałe biorąc pod uwagę kiepski
stan tutejszych dróg. Takim właśnie mercedesem- taksówką przyszło mi jechać
z Sarandy do starożytnego Butrintu. Wprawdzie o 8.00 miał być mikrobus, ale
tego dnia nie pojechał… Targowałem się wytrwale grożąc, że jak nie obniży
ceny to pójdę na wylotową szosę zatrzymywać samochody (najlepsze
miejsce dla tego kierunku – przy luksusowym hotelu “Butrinti”). Staje w
końcu na 10 dolarach za przejazd 24 + 24 km i czekanie podczas zwiedzania.
Dobra cena!

Butrint są najciekawszym tego typu miejscem w Albanii. I w związku z tym
odpowiednio wycenionym – za wstęp płaci się 700 leków, za które nie
dostaje się nawet planu ruin. Tabliczki z objaśnieniami są tylko w
niektórych miejscach i to po albańsku. Na szczęście strzałki prowadzą
przez najciekawsze miejsca. Wśród nich wyróżnia się amfiteatr z
przylegającą do niego świątynią Eskulapa…
Miasto otoczone było
solidnymi murami. W kilku miejscach zachowały się wąskie bramy.
Butrint położony jest na półwyspie – otoczony wodami laguny, która kanałem
połączona jest z otwartym morzem. Wody laguny podtapiają nieco teren
wykopalisk i stąd zapewne bierze się obecność dokuczliwych komarów –
nawet w ciągu dnia – radzę na zwiedzanie zabrać długie spodnie i
przywdziać koszulę z długim rękawem – albo solidnie wysmarować się
repellentem…


Równie imponujące jak amfiteatr (choć
znacznie młodsze) są ruiny chrześcijańskiej bazyliki.

I wreszcie, prowadzeni strzałkami i
intuicją zasapani docieramy na spore wzniesienie. Na szczycie
wzgórza u stóp którego leży Butrint Turcy zbudowali niewielką cytadelę.
Otwiera się stąd ładny widok na okolicę – widać kanał łączący lagunę z
morzem, a te zarysy gór na horyzoncie to grecka wyspa Corfu…
Taksówkarz czekał na parkingu przy
bramie – po pół godzinie byłem z powrotem w Sarandzie, by złapać autobus
do Girokastry odjeżdżający o 11.00. Istnieje tu coś takiego jak rozkład
jazdy, ale tak do końca nie radzę mu wierzyć…

Po drodze z Sarandy do Gjirokastry w
odległości 2 kilometrów od głównej szosy jest “pomnik przyrody” który
miejscowi nazywają Syri I Kalter. Oznacza to podobno Niebieskie Oko.
Przy szosie jest wyraźna tablica w tym miejscu, gdzie w lewo odchodzi
wąska wstążka asfaltu. Wysiadłem i pomaszerowałem z
plecakiem, bo na bocznej drodze ruch był prawie zerowy. Najpierw
jest ładne sztuczne jeziorko obramowane lasem. Po przejściu przez tamę
jeszcze kilometr lekko pod górę – wzdłuż górskiej rzeki. Potem przez
mostek na jej drugi brzeg. Jest! – popatrzcie na zdjęcie i sami
oceńcie: wywierzysko ma rzeczywiście ładny kolor, ale nie jest to wcale
taki cud… Sto metrów dalej nad szumiącą rzeką jest mała restauracja.
Wszystko… Wygląda na to, ze w sezonie Albańczycy przyjeżdżają tu na
pikniki…

Kolejny autobus wywiózł mnie na przełęcz,
z której licznymi serpentynami zjechaliśmy do szerokiej doliny. Ho, ho
– jakość drogi w dolinie jak na Albanię jest rewelacyjna – pewnie dlatego,
że to główna trasa prowadząca do Grecji… Wkrótce kierowca wysadził mnie w
Gjirokastrze. Niespodzianka. Okazało się, że miasteczko jest 2 kilometry od
szosy – ostro pod górkę. Wysoko na głową widziałem potężne mury twierdzy.
Sporo wypociłem, zanim wspiąłem się pod mury twierdzy, gdzie położone jest
stare miasto, a w nim hoteliki. Polecam nastrojowy Kotoni Guesthouse –
cytowany nawet w starym przewodniku Lonely Planet. Tu też płaciłem 10 USD za
przytulny pokój z pysznym widokiem na starówkę… Światło wyłączali
codziennie tylko na 2 godziny…

Gjirokastra (wymawiają: Dżirokastra) to jedno z dwóch albańskich
miast-muzeów. Swój awans na listę zawdzięcza między innymi kamiennym domom
starego miasta krytym od setek lat szarymi łupkami. Sprawia to że krajobraz
miejski jest trochę szary, ale trzeba uszanować ta inność… W jednym z
takich domów urodził sie wielki niegdyś a dziś potepiony wódz Enver Hodza.
Zdjęcie zrobione jest z murów
zaniedbanej twierdzy (wstęp 100 leków) gdzie zgromadzono imponującą kolekcję
XX-wiecznych armat… Ale warto tam pójść dla samego widoku.

Wracając na stare miasto trzeba przyznać,
że jego strome uliczki wypełnione zwykłymi sklepikami mają wiele uroku. W
jednym miejscu spotyka się aż pięć takich uliczek! Za czasów tureckich był
tu bazar. Aż się prosi, aby trochę zadbać o te domy… Ale uwaga! O 13.00
wszystko na głucho zamykają – na sjestę. Daremnie szukałem o tej porze
sklepu z chlebem. W końcu zobaczyłem go w siatce przechodzącej dziewczynki.
Pewnie chodziła do piątej klasy… -Gdzie to można kupić?- gestykulowałem
obrazowo. Bread? Oh, closed! (W podstawówce uczą angielskiego!!!) -Wait!
I knife!-poleciała do domu po nóż i wielkodusznie odkroiła mi 1/3 swojego
bochenka… Byłem zbudowany! Gdy potem gdzieś nie mogłem się dogadać
wzywałem na pomoc dzieciaki z tornistrami. Z pozytywnym skutkiem!.

Życie wraca do miasta dopiero około
17-tej. Wracają też do kawiarnianych stolików tutejsi mężczyźni. Zwyczajowo
panie przy kawiarnianych stolikach w Albanii się nie pokazują. Za to jest to
ulubiona rozrywka mężczyzn – szczególnie popularna w sytuacji dużego
bezrobocia.

Z Gjirokastry nie tak
łatwo dostać się do drugiego miasta-muzeum – Beratu. Są wprawdzie jakieś
skróty przez góry, ale nie ma na nich komunikacji. Więc najpierw trzeba
jechać wśród takiego krajobrazu w kierunku Tirany. Po drodze tu i ówdzie
widać tak popularne w Albanii bunkry (nabudowali ich za Hodży kilkaset
tysiecy). Potem bus jedzie przez pola naftowe wokół Ballsh. Za Patos
jest skrzyżowanie na którym trzeba wysiąść – i tu już czekają furgony do
Beratu…

O właśnie – to właśnie
postój “furgonów”. W odróżnieniu od autobusów pojazdy te nie mają
rozkładu jazdy. Odjeżdżają, gdy się zapełnią lub gdy kierowca uzna, że już
mu się opłaci… Licencjonowane taksówki i furgony maja tablice w kolorze
żółto – czerwonym w odróżnieniu od zwykłych – białych, które zabierają
podróżnych “na łebka” – i jak mi tłumaczono – nie zawsze są bezpieczne. Pod
szybę z reguły jest wsadzona kartka informująca o kierunku jazdy.
Tego dnia płaciłem za przejazd
Gjirokastra-Patos – 500, Patos – Berat – 200. Ceny na daną trasę są ustalone
– nigdy nie próbowali mnie oszukiwać.
Życzliwi, rozmowni, ciekawi świata, nie
odmawiający pomocy… Nigdzie nie spotkałem się z niechęcią, czy
objawami ksenofobii….


Berat – “Miasto Tysiąca
Okien”- jak je nazywają – jest obok Kruji najczęściej odwiedzane przez
turystów. U stóp tego wzgórza rozsiadła się na stoku stara dzielnica z
labiryntem uliczek ocienionych winoroślą i dziesiątkami domów krytych
czerwoną dachówką. Pewnie wszystkie razem mają te tysiąc okien, tym
bardziej, że naprzeciwko – po drugiej stronie rzeki – jest druga taka
dzielnica. Szczyt wzgórza zajmuje rozległa twierdza… Berat i jego
zabytki dostrzegło UNESCO, co przejawia się m.in. tym, że przy zabytkach
ustalone są przyzwoite, albańsko-angielskie tablice z opisami. W mieście
jest kilka ładnych meczetów. Jeden z nich (w środku zdjęcia) zamieniony jest
na sklep z pamiątkami…

twierdzy widać rzekę i stary, zabytkowy most, którym przechodziło się do
dzielnicy Gorica zamieszkiwanej niegdyś przez chrześcijan…
Typowa architektura
starego Beratu. Może się podobać. Ale do miasta wjeżdża się przez
przygnębiające, zniszczone blokowisko z czasów stalinizmu. Oglądany później
stary, malowniczy Berat jest więc dla przybysza przyjemną niespodzianką.


Zanim zacząłem wspinać
się do twierdzy przysiadłem w tym sklepiku, aby zjeść w cieniu mój skromny
lunch. Widząc to właściciel przyniósł mi bez słowa ogórka i kawałek białego
sera. Tacy są ci Albańczycy…
Może przy tej okazji
trochę przykładowych cen: litr koki – 80, pocztówka -30, kostka masła – 100,
banan – 20, zapiekany placek z serem (byrek) – 40

KALA) najlepiej zachował się zespół budowli bramnych, gdzie pobierają od
cudzoziemców 50 leków. Zaskoczeniem jest to, że rozległy teren cytadeli jest
zamieszkany przez normalnych ludzi. Zwiedzanie zabiera ponad godzinę…
Tu spotkałem jedynych Polaków na całej trasie – wyglądali na uczestników
międzynarodowej konferencji…

prawosławne z poczerniałymi freskami we wnętrzach (jeden z nich na zdjęciu).
W jednym z nich (p.w. Zaśnięcia Matki Bożej) urządzono muzeum ikon ze szkoły
słynnego mistrza Onufrego. Wstęp płatny dodatkowo: 200 leków – w zamian
otrzymuje się broszurkę…

Najbardziej fotogeniczną w całym
kompleksie jest cerkiewka Św. Trójcy. Niestety osoby pilnujące
poszczególnych obiektów niezbyt serio traktują swoje obowiązki i niektóre z
nich zastawałem zamknięte (chyba lepiej przyjść tu przed południem). We
wnętrzach nie wolno fotografować.
Z Beratu jechałem dalej “furgonami” w
kierunku jeziora Ohrydzkiego: Berat- Lushnja – 150 leków, Lushnja – Rrogozi
– 50, Rrogozi – Elbasan – 200

Elbasan to wielki
ośrodek przemysłowy. Do miasta wjeżdża się wśród kominów, pieców hutniczych
zbudowanych przez towarzyszy Chińczyków i hałd. Ale stara cześć miasta
prezentuje się całkiem nieźle, choć nie ma tu nic do zwiedzania poza wieżą
zegarową i pasem starych murów miejskich widocznych na zdjęciu. Do Elbasanu
przyjechałem wieczorem i miałem kłopoty ze znalezieniem taniego noclegu – w
końcu musiałem zanocować w wielkim post-stalinowskim i zdewastowanym hotelu
Skampa w centrum za 14 euro.

Kolejnego dnia ruszyłem
w kierunku granicy Macedonii. Przejazd “furgonem” z Elbasanu do
Pogradec nad Jeziorem Ohrydzkim kosztował 300 leków (szosa znowu nowa i
dobra). Wspinając się na przełęcz warto obejrzeć się za siebie – widoki są
rzeczywiście wspaniałe. zosa

To już otoczone górami
Jezioro Ohrydzkie (tego dnia nieco zamglone). Do Albanii należy 1/3 jeziora.
Najbardziej malowniczą miejscowością na Albańskim brzegu wydaje się Lin (w
dole na zdjęciu). W wielu miejscach przy drodze sprzedają złowione w
jeziorze ryby…

największą albańską miejscowością nad jeziorem. To kurort polożony w
malowniczej scenerii, z długim deptakiem spacerowym i parkiem ciągnącym się
wzdłuż brzegów jeziora… We wrześniu – po sezonie mimo dziennych
temperatur przekraczających 25 stopni było tu pusto…
Ponieważ w mieście nie ma nic
ciekawego do zobaczenia pomaszerowałem w kierunku przejścia granicznego
odległego o 7 km od miasta. W kilka godzin później znalazłem się na
terytorium Macedonii ale o tym już na kolejnej stronie:
