
Bamako z Gao to najlepsza szosa tego kraju. Pokryta jest nawet asfaltem. Mopti
nie leży przy samej szosie. Aby znaleć się na magistrali trzeba przejechać najpierw
lokalnym transportem do Sevare – miasteczka na skrzyżowaniu szlaków. Tam znalazłem
sfatygowany minibus jadšcy w kierunku Djenne (Dżenne) – historycznej miejscowoci
leżšcej w centralnej częci
kraju. Spieszyłem się – musiałem zdšżyć na słynny targ, który odbywa się
tam w każdy poniedziałek. Płacę 1500 CFA za bilet i 500 za plecak, który
pojedzie na dachu. -O której odjazd? Jak będzie pełny! Może dopiero pod
wieczór… Doć długo kompletujemy pasażerów…

ruszylimy. Po dwóch godzinach jazdy okazało się, że minibus wcale nie jedzie do
samego Djenne ale do wioski Carefour na skrzyżowaniu dróg. Tu trzeba było skręcić w
prawo i przejechać jeszcze 27 km… Ale minibus jechał prosto…
Zostawili nas przy kilku takich gliniakach w rozedrganym od goršca powietrzu. Uciekać do
cienia czy stać przy drodze w trudnym do zniesienia skwarze malijskiego południa z
nadziejš że jednak co nadjedzie???
dwóch kwadransach “co” nadjechało. Miało na dachu takš furę bagażu, że
dziwiłem się, że na zakrętach się nie przewraca. Z braku innych możliwoci
mój plecak przytroczono z przodu – nad szoferkš. A ja zostałem wcinięty do wnętrza
przez tylne drzwi – ponad wysokim rzędem ostatnich siedzeń. Kilka razy gubilimy z
dachu jakie pakunki i zawiništka. Ale generalnie wszystko było dobrze aż do promu –
bo tam trzeba było “rozpakować” wóz z pasażerów: płaczšcych dzieci,
czarnych staruszek i domowego ptactwa. Po drugiej stronie rzeki
dziarsko skoczyłem do tylnych drzwi i dzięki nabytej wczeniej wprawie udało mi się
zdobyć miejsce na którym siedziało się oboma poladkami !!! Mała
rzecz a cieszy!


Djenne jest niewielki. Najtańszy jest “Chez Baba” (“U Baby”) , gdzie
za spanie na materacu rozłożonym w obskurnym gliniaku na podłodze biorš 2500
CFA. Prysznic w podwórku. Ponieważ po ostatnich przygodach muszę się szybko
domyć i doprać decyduję się na nieco wyższš kategorię: – “Le
Campement” za stylowš bramš – takš jak na zdjęciu, gdzie za pokój z
wiatrakiem i prysznicem płacę 13.000 CFA. Duża butelka zimnego piwa kosztuje tu 1000
CFA – jak szaleć to szaleć!

wczeniej w Mali takie dwukółki cišgnione przez osły i wielbłšdy. Ale woły w
zaprzęgu zobaczyłem po raz pierwszy… Wiozły na targ worki z prosem – powszechnie
uprawianym tu zbożem.
przewodnikach, że to najstarszy i robišcy największe wrażenie z starych orodków
handlowych Mali. Sš tacy, którzy twierdzš, że to najstarsze miasto Afryki
Zachodniej. Jego największy rozkwit przypadł na XV i XVI wiek.
Djenne ma swój nastrój. W kilku miejscach
z wnętrza gliniaków dochodzi monotonna recytacja chóru dzieciecych głosów. To
koraniczny szkoły. Gdzie indziej widzę jak na drewnianych tabliczkach dzieci wypisujš
arabskie hieroglify… Ale ledzi mnie zły wzrok nauczyciela… Nawet nie próbuję
wycišgać aparatu…


“uliczna gastronomia” działa nie tylko na potrzeby przechodniów, ale także i
sšsiadów. Ta czarna kobieta piecze na tłuszczu rodzaj pšczków bez nadzienia,
które mogš byc pożywnym i co ważne – bezpiecznym posiłkiem także dla europejskiego
trampa.
jest tak gęsty i zagmatwany, że zamiast biedzić się nad kiepskim planem starego Djenne
lepiej zawołać kilkuletniego chłopca, dać mu 500 afrykańskich franków czyli
niecałego dolara (cena wywoławcza wynosiła 3000) i poprosić, aby poprowadził was
wšskimi uliczkami do tych miejsc, które warte sš zobaczenia. Nie ma ich zresztš tak
wiele: dom imama, dom szefa wioski, tradycyjny warsztat jubilerski, jaki pałacyk,
który ma okna w marokańskim stylu… rodkiem wšskiej uliczki czasem płynie
strumychek cuchnšcych cieków. Czasem trzeba ustšpić drogi człapišcemu
osiołkowi…
Tubabu!
Biały! -wołajš za mnš dzieciaki. A ja do nich: -Farafi! Czarny!- co w pierwszym
momencie wywołuje konsternację, a potem zyczliwy miech.


Wielkiego Meczetu we wszystkie dni tygodnia funkcjonuje otoczony glinianym murem
miniaturowy rynek, na którym czarne kobiety sprzedajš głównie warzywa i owoce, ale
także używane ciuchy. Z tyłu za rynkiem w bocznej uliczce znalazłem
pracujšcego na chodniku szewca, który pozbijał i posklejał moje pionierki, którym w
tym wciekłym upale zaczęły odchodzić podeszwy…

sš barwne i ciekawe. Ale prawdziwš dumš i chwałš Djenne jest Wielki Meczet –
bezdyskusyjnie najpiękniejsza budowla Mali. Niezwykła, bo wzniesiona przecież z gliny.
Ponoć największa gliniana budowla wiata… Dršgi wystajšce ze
cian wzmacniajš konstrukcję i przydajš się bardzo podczas naprawy cian, bo
choć rzadko to deszcze jednak przychodzš i rozmywajš gliniane ciany…
sprawia, że przy odrobinie wyobrani można skojarzyć tš budowlę z gigantycznym
zamkiem z piasku wzniesionym dla zabawy przez jakiego zdzieciniałego olbrzyma…
Niestety niewierni nie mogš wchodzić do
wnętrza meczetu. Informujš o tym tablice ustawione przy wszystkich wejciach. Podobno
kiedy mogli, ale jaki włoski projektant mody przywiózł tu pewnego dnia swoje
modelki, aby sfotografować je w niezwykłej scenerii Djenne – również na dziedzińcu
meczetu. Jego poczynania tak zbulwersowały miejscowš społecznoć, że od tamtego
wydarzenia kategorycznie zabroniono białym wstępu do meczetu.
Ale naprzeciwko lewego frontowego narożnika
meczetu jest piętrowy dom, którego właciciele za 500 “afrykanów” od osoby
chętnie wpuszczš was na dachowy taras. Stamtšd można zrobić takie zdjęcie jak
włanie to. 500 CFA to dwie butelki zimnej koki, które w tym suchym upale bardzo się
liczš. Ale warto chyba z nich zrezygnować…


zrobione z tego samego miejsca. Plac przed meczetem w zwykły dzień jest niemal
pusty i pełni rolę przystanku minibusowego. W poniedziałek krajobraz zmienia się
diametralnie – na placu pojawia się morze straganów przez które w kurzu i
spiekocie płynie barwny tłum…
poniedziałkowy poranek… Dla mnie to na pewno jeden z najciekawszych
obrazów tej podróży. Wysokie mury meczetu przypominajš warowne zamczysko
którego dziwaczne wieże strzelajš swoimi szpicami w bezchmurne niebo. A pod nimi –
barwny i falujšcy tłum…


sprzedajš po 25 CFA. (Myjcie je i obierajcie skórki – lepiej dmuchać na
zimne!) Za stufrankowš monetę dostać można także 4 dorodne mango, 4
pomarańcze lub 4 mandarynki. W osobnym kwartale rynku handluje się artykułami
zbożowymi: ryżem, prosem, kaszami. Jeszcze dalej niezbyt ładnie pachnš całe stosy
drobnych, suszonych ryb… Pewnie złowione w Nigrze… Handlujš głównie kobiety
– możecie sobie wyobrazić, jaki panuje tu gwar ?

Starsi tubylcy chętnie je
żujš; podobno zawierajš kofeinę…
Już wtedy, gdy
coca-cola była u nas symbolem “zgniłego” kapitalizmu zastanawiałem się
skšd ta nazwa. Potem podczas pobytu w boliwijskim La Paz piłem wywar z lici koki jako
rodek na dolegliwoci zwišzane z chorobš wysokociowš (La Paz leży prawie na
wysokoci 4000 m). Orzechy z dzrewa cola, drugi składnik ekstraktu z którego
przyrzšdza się coca-colę zobaczyłem dopiero podczas tej podróży. Majš
skórkę koloru wrzosu, którš łatwo daje się usunšć…


Doskonałym punktem obserwacyjnym jest płaski dach piętrowego
glinianego domu, który stoi w linii zabudowań naprzeciw meczetu. Miejscowi też o tym
wiedzš i ustalili taryfę dla turystów za wejcie do tego obserwatorium: 500
“afrykanów” – zgodzicie się chyba ze mnš, że warto zapłacić!
Dysponujšc obiektywem o długiej ogniskowej można zarejestrować wiele ciekawych scen…

jest robić zdjęcia na dole. Reakcja na kazde podniesienie aparatu do oka może
być domaganie sie pieniędzy. Łatwiej stanšć w przepływajacym tłumie i czekać, aż
ciekawy obiekt sam wejdzie w kadr…
W
sklepikach dostać można żywnoć importowanš z Europy – m. in. konserwy mięsne,
rybki i nabiał i nie jest to takie drogie: kršżek topionych serków kosztuje 750
CFA.
zaczšłem pakować plecak przyszedł moment refleksji: Djenne jest bez wštpienia
ciekawsze od Mopti. A że leży nieco w bok od głównej, przelotowej szosy to bywa
mijane przez podróżników pędzšcych w kierunku lepiej znanych ciekawostek
turystycznych: Timbuktu i Kraju Dogonów. Niesłusznie, na pewno warto zatrzymać
się tutaj na choćby jeden dzień. A jeli się uda – to tak zaplanować podróż, aby
być tu w targowy poniedziałek, kiedy miasteczko tętni życiem i cieszy oczy tym
kolorowym tłumem…

uwierzycie, ale istnieje tu co takiego jak przedsprzedaż biletów na te minibusy –
rupiecie. W targowy dzień łatwo jest znaleć taki który jedzie aż do Bamako. Płacę
5000 CFA. Nikt nie jest w stanie powiedzieć, o której będziemy na miejscu. Godzina
odjazdu (14.00) za to będzie przekroczona – szczęcie że tylko o 30 minut…
Jedziemy… Zaraz na poczštku czeka nas przeprawa promowa….
stolicy ze cztery setki kilometrów. Za brudnymi szybami baobaby górujšce ponad
żwirowš półpustyniš, dziury w asfalcie, całe karawany olich dwukółek
cišgnšcych szosš, które cierpliwie wyprzedzamy. Niezliczone posterunki celników i
żandarmerii. Gdy o 20.00 stajemy na krótki popas w Segou za równowartoć dolara
zjadam w ulicznej garkuchni mojš skromnš kolację: bagietkę z margarynš
popijanš herbatš z mlekiem. Bolš kolana wbite podczas jazdy w oparcie siedzenia
poprzednika. Noc. -Boże, to już 10 godzin w tym blaszanym
pudle!- konstatuję. Murzyn z prawej bezceremonialnie pokłada się na mnie jak na
poduszce…
wszystkich niespodziewana atrakcja: płonšca na rodku szosy ciężarówka.
Ganice? Nikt tu czego takiego nie wozi, kochani to Afryka! I już
mylę, że postoimy w tym miejscu kilka godzin aż tu nagle w naszego czarnego
kierowcę wstępuje duch kawalerzysty: skręca w płytki rów i zamiatajšc
reflektorami żwirowe pustkowie usiane kępami suchych krzaków objeżdża łukiem
zablokowany odcinek szosy. W stłamszonym tłumie za jego plecami wyzwala to pomruk
uznania – moi czarni współpasażerowie widać też majš już doć tej
podróży. O drugiej w nocy przejeżdżamy przez most na Nigrze. Szybko przemierzamy
opustoszałe, szerokie ulice prowadzšce od ronda do ronda. To już Bamako
!
Bezceremonialnie
rozbudzamy stróża schroniska młodzieżowego. Maleńki pokoik z wiatrakiem przypomina
więziennš celę. Ale ma działajšce gniazdko i kosztuje tylko 3000 CFA…
Nie macie pojęcia jak po takich nocnych przejciach, o trzeciej nad ranem smakuje kubek
goršcej herbaty! Zwykła grzałka staje się wtedy skarbem!
Po kilku godzinach snu ruszam na miasto.
Takich eleganckich biurowców jest w nim tylko kilka i należš do banków…


kolonialne Bamako: ulice jeszcze bez nawierzchni, jednopiętrowe domy z zagraconymi
sklepikami na parterach. Prowadzony przez Rosjan tani market spożywczy
AZAR… Ale przy tej samej ulicy znalazłem także powiew nowoczesnoci: rodzaj
internet cafe z której, płacšc 500 CFA wysłałem swoje maile do tych, którzy (jak
sšdziłem) czekali na nie w dalekim kraju.
miastem (to od muzeum szosš w górę, ale pieszš wędrówkę w skwarze raczej
odradzam) rozłożył się pałac prezydencki i kilka innych budynków rzšdowych.
Można tam wybrać się taksówkš (wytargowałem 2500 za powrotny kurs) ale nad miastem
wisiała mgiełka a i pejzaż nie jest wcale rewelacyjny – mylę, że można to sobie
spokojnie darować… Zabytków architektury w stolicy Mali nie
znajdziecie wiele. Pofrancuska, uboga katedra (obok) była akurat w
remoncie. Warto zobaczyć muzeum narodowe z ciekawš kolekcjš historyczno –
etnograficznš (wstęp: 500 CFA, pocztówki po 250). Opisy tylko po francusku…


centrum rękodzieła artystycznego nazywane Maison des Artisans. Pod arkadami znajdziecie
tam sporo warsztatów i sklepików, gdzie pracujš rzemielnicy produkujšcy wyroby ze
złota i srebra, drewna, skóry, tkanin. Warto to spokojnie obejrzeć, ale odniosłem
wrażenie, ze sprzedawcy nie byli zbyt mili, gdy zorientowali się, że nie nie mam
zamiaru nic kupować… Uważajcie też ze zdjęciami – jeden taki zrobił mi awanturę
mimo że fotografowałem sam budynek – z ludmi w dalekim planie… Bamako nie jest
przyjemnym miejscem…

bazaru, w których sprzedaje się żywnoć i artykuły codziennego użytku po niedawnym
pożarze rynku gnieżdżš się teraz wokół Wielkiego Meczetu – stosunkowo nowej
budowli, której minarety wystajš ponad zabudowę. Próbki cen: dorodna papaja –
250, 5 mandarynek – 100, 4 banany – 100, tyle samo za 4 duże mango. Jajko gotowane – 50,
bagietka – 120. Woda mineralna 1,5l – 500. Za przejazd taksówka po miecie płaci się
1000 CFA, ale wsiadajšc do taksówki trzeba koniecznie dać kierowcy do zrozumienia, że
znamy cennik i że nie damy się nacišgnšć…

udało mi się uzyskać w cišgu jednego dnia w ambasadzie tego kraju, która jest
zlokalizowana w pobliżu muzeum. Złożyłem rano paszport, 2 zdjęcia i aż 20
tysięcy “afrykanów”… Odebrałem wizę o 16.00. Następnego ranka na placu
odjazdowym przy Route de Guinee odnalazłem właciwe bache – jadšce do
granicznej wioski Kouremale. W zakratowanym okienku zapłaciłem 2300 za siebie i
500 za plecak. “Kasjer” nagryzmolił w kratkowanym zeszycie moje
nazwisko…
ósmš zaczęli nas upychać na skrzyni: 14 osób na ławeczce wzdłuż burty + 3 dzieci
na rękach + 2 chłopaków na wstawionym w rodek stołku + 2 tęgie baby obok kierowcy +
konduktor na tylnej klapie + 1 żywa koza na bagażniku… Nie, nie zna Afryki
ten, kto nie przeżył jazdy takim afrykańskim bache !

odległoć 127 km do granicy pokonamy w jakie 3 godziny… Szutrowa droga, która
zaczyna się zaraz za rogatkš jest zaznaczona na afrykańskiej mapie Michelina
(najlepsza!) jako trasa widokowa. I rzeczywicie, wzdłuż trasy cišgnie się
malowniczy klif z ostańcami szczególnie ciekawy w rejonie Siby.

Gwinei, tym więcej w krajobrazie żywej zieleni, tym sympatyczniejsi ludzie w mijanych
wioskach złożonych z takich okršgłych chat. Jedziemy bardzo wolno…
Resory wyładowanego ponad możliwoci samochodu praktycznie nie działajš.
A droga to piekielna “tarka” – czuje to doskonale moje siedzenie na twardej
ławce. Po godzinie wszyscy pokryci jestemy czerwonym pyłem jak pudrem. W każdej wsi
po drodze dolewamy wody do przegrzanej chłodnicy. Kilka razy stajemy w pustkowiu by
kierowca mógł pogrzebać w podwoziu… Udręczona koza siusia na Murzyna przez dziurę w
brezentowym daszku… Afryka…

jedyna magistrala drogowa łšczšca dwa duże afrykańskie państwa! Miało
być tylko 127 kilometrów! Gdy minęła szósta godzina jazdy i
konduktor-obdartus oznajmił, że jeszcze tylko dwa kilometry do celu miałem
ochotę go uciskać… Busz po obu stronach drogi pachniał i dzwonił głosami cykad,
ptaków i czego, czego nie znałem, a co było dwiękowš ilustracjš mojej wielkiej
afrykańskiej przygody…
Używajšc tych przycisków można przejć
do poprzednich krajów, które odwiedziłem w tej podróży:
krańca tej szutrowej drogi kusiła nieznana i tajemnicza Gwinea… Ale
o tym już na kolejnej stronie…
do Gwinei