
jedzie się z Ouagihouya w Burkinie Faso do Koro w Mali. Po stronie
Burkiny (na zdjęciu obok) szutrówka nie wyglšda jeszcze tak le… Dopiero gdy
wjeżdżamy do Mali wszystkimi co siedzš na skrzyni ciężarówki zaczyna solidnie
miotać na licznych wybojach i koleinach. W czarnym towarzystwie jedzie nas trójka
białych: dwie Amerykanki z Korpusu Pokoju: April i Lida i wasz specjalny wysłannik do
Czarnej Afryki…

To wielki kraj. Jego terytorium jest 4 razy większe od naszego i kształtem
przypomina mi motyla z obłamanym lewym skrzydłem. Na tym olbrzymim obszarze mieszka
tylko 11,5 miliona ludzi. Pewnie dlatego, że całe prawe skrzydło malijskiego
“motyla” to pustynne obszary Sahary. A może również dlatego, że rednia
długoć życia w trudnych warunkach tego kraju wynosi zaledwie 46 lat…
Z ulgš witalimy Koro – naszš pierwszš
malijskš osadę. Tu zwleklimy się z ciężarówki otrzepujšc siebie i bagaż z
grubej warstwy pustynnego pyłu. Koro okazało się zapyziałš
wioszczynš wypełnionš gliniakami, z jednym tylko
zgrabnym meczecikiem w stylu Sahelu.

przybyciu do Mali odbyć kilkudniowš pieszš wędrówkę przez słynny z krajobrazów i
ciekawej kultury Kraj Dogonów. Zwykle punktem bazowym dla takiego treku jest
Mopti. Tam organizuje się transport, kupuje prowiant i szuka
odpowiedniego przewodnika. Taki wybór jak jednak widać z mapy oznaczał dla dla
mnie koniecznoć zawracania. Zdecydowałem, że prosto z Burkiny ruszę
w trekkingowš trasę. Podobnie zdecydowały Lida i April…
znalazł się sam. Nazywał się Oumar. Targujemy się o opłatę, uzgadniamy
trasę. Okazuje się, że tego dnia nie ma możliwoci dojazdu do Bankass skšd
chcielimy rozpoczšć pieszš wędrówkę. Jedyna furgonetka nazywana z francuska bache
(patrz zdjęcie obok) jechała do Bandiagary. -Dobrze, że w ogóle co
jedzie! Wysadzš nas po drodze koło Dourou! – pocieszył nas Oumar. Płacimy
po 2500 CFA. Wbijajš nas na skrzynię. Jedziemy!

ławce, ale na zapasowym kole. Po 2,5 godzinach jazdy moje siedzenie było w stanie
opłakanym. Ale byłem wreszcie u Dogonów!
Słynny Kraj Dogonów wart jest jednak całej osobnej
strony. Zachęcam do jej odwiedzenia pod tym linkiem: KRAJ DOGONÓW. A potem zapraszam ponownie
do kontynuowania naszej wspólnej wędrówki przez Mali: Po
czterodniowej pieszej wędrówce przez Kraj Dogonów dotarłem kolejnym bache do
wspomnianego już Mopti.

miasto we wschodniej częci Mali. Taka oto niezbyt urodziwa brama wprowadza do miasta.
Przed bramš po prawej komisariat policji, gdzie cudzoziemcy po przybyciu powinni się
zarejestrować i uicić opłatę 1000 CFA. Kto zaniedba tego obowišzku może
mieć kłopoty na najbliższym drogowym posterunku kontrolnym – skończy się zapewne
łapówkš. -Za bramš, też po prawej znajdziecie Le Campement – zaniedbany
kolonialny hotel z opustoszałš restauracjš.
nocowałem płacšc 7000 CFA za pokój z moskitierš, wiatrakiem i wspólnym prysznicem na
korytarzu.
Mopti nie jestprzyjemnym miejscem dla zagranicznego turysty, przekonałem się o tym już podczas
wieczornego spaceru po miasteczku. Bez przerwy byłem zaczepiany przez miejscowych
wyrostków, próbujšcych z wszelkš cenę nawišzać rozmowę, zaprowadzić gdzie, co
sprzedać. Potem okazało się, że nawet sprzedawca bagietek w kramie ma dwie ceny:
jednš dla białych, drugš dla czarnych. Domylacie się, która była wyższa? W końcu
znalazłem na nich sposób: Po kilku wstępnych zdaniach grzecznie i z rozbrajajšcš
szczerociš oznajmiałem: -Przepraszam, ale powiniene wiedzieć, że nie dostaniesz
ode mnie żadnych pieniędzy! Zazwyczaj skutkowało…
Rano powędrowałem do rzecznego portu
funkcjonujšcego nad Bani – odnogš Nigru, która jest niestety także kanałem ciekowym
40-tysięcznego miasteczka…


miejsce i warto go zobaczyć. Na brzegu leżš przygotowane do załadunku stosy skorup
kalabasza używanych w gospodarstwie domowym zamiast misek. Maty wyplatane z palmowych
lici (spałem na takich w chatach Dogonów) a także drewniane stępy używane do
ubijania ziarna. Te stępy sš dla każdej murzyńskiej rodziny artykułem pierwszej
potrzeby. Kobiety ubijajš w nich ziarno używajšc jako tłuczka dršga o długoci do
dwóch metrów.

ale bagietki zostały! Można je dostać w każdym malijskim miasteczku…
Zaopatrywałem się w kramach na ulicach. płacšc po 250 CFA – mniej więcej 1/3 dolara
Rynku czasowo nie było… Stary bazar w Mopti
poszedł pod buldożer, a na powstałym w ten sposób placu w marcu 2000 przygotowywano
budowę nowego targu – jeli odwiedzicie Mopti w 2001 roku to pewnie będzie on
już gotowy…
duchota. Trzeba dużo pić… Zwykła butelka koki kosztuje 200 CFA, a 1,5-litrowa
wody mineralnej – 600 CFA. Rano i wieczorem gotowałem sobie ponadto po kilka kubków
herbaty. W sumie dawało to po 5-6 litrów płynów na dzień…
Zabytków architektury w Mopti znajdziecie niewiele.
Zaraz za rozlewiskiem, które mija się wjeżdżajšc do miasta jest kwartał wšskich
uliczek wypełnionych afrykańskimi gliniakami. Na skraju tego kwartału stoi meczet w
stylu Sahelu. Podobno z 1935 roku. Niestety brak mu dobrej perspektywy do zdjęć. Jaki
“przewodnik” (będš was zaczepiać na każdym kroku) zaproponował mi wejcie
na płaski dach sšsiedniego domu. Widocznoć meczetu nieco się poprawiła (patrz
zdjęcie obok). Ale mnie zainteresowało co innego: z mojego punktu obserwacyjnego miałem
doskonały wglšd na typowe malijskie podwórko.


koncentruje się rodzinne życie. W cišgu dnia, gdy wewnštrz gliniaków jest za goršco
ludzie przebywajš na podwórku razem z domowymi zwierzętami.
Chodziłem po miasteczku i rozpytywałem o
transport do Timbuktu. W agencji turystycznej za wynajęcie na 3 dni landcruisera biorš
210.000 CFA plus 50.000 na paliwo. To ma sens, gdy jest się w grupie, a ja innych
białych, których mógłbym namówić na wspólnš podróż na ulicach nie widziałem…
W końcu dopadł mnie jaki naganiacz: -Po południu pojedzie do Timbuktu terenowy
wóz z miejscowymi! Możesz się zabrać płacšc 30.000 CFA!
hoteliku zaczepiany przez kilkuletnich żebraków… Kto, kogo często będziecie
widzieć w Mali to włanie
żebrzšcychłopcy. Spotkacie ich na ulicach i przystankach autobusowych, chodzš z dużymi puszkami
lub małymi plastykowymi wiaderkami proszšc w kramach o jedzenie. Zdarzyło mi się, że
zasiadłem w przydrożnej garkuchni by zjeć usmażony na prymitywnym palenisku omlet –
podstawowe i w miarę bezpieczne danie mojej afrykańskiej diety. Po chwili otoczyli mnie
wianuszkiem. Stali i nic nie mówili ledzšc tylko szeroko otwartymi oczami każdy
ruch widelca podnoszšcego do ust kolejne kawałki potrawy, każdy kęs odgryzionej
bagietki. Nie muszę chyba pisać, że nie było to miłe dowiadczenie… Na
szczęcie, czy nieszczęcie dużo tego jedzenia nie było i po kilku minutach
powędrowałem dalej… Ale ten epizod zapamiętam na długo…


zapasem wody przyczłapałem na przystanek odjazdowy okazało się, że czeka tam już
trójka młodych Holendrów. Do kompletu brakowało nam jeszcze 6 miejscowych, bo wóz bez
kompletu w trasę nie pojedzie… Zbieralimy ich przez kilka godzin, by w końcu
jednak ruszyć. Najpierw asfaltem… Na jego końcu była taka oto przydrożna
gospoda.

na wertepy i nastšpiła pełna niezwykłych przygód noc, która warta jest osobnego
opowiadania: pustynny pył, bezdroża, błšdzenie, wypychanie naszego pojazdu z diun i
piaszczystych kolein. Rano wjechalimy w sawannę. Stanęlimy w pustkowiu naprawiać
resor (zdjęcie obok). Wreszcie koło południa, po ponad 20 godzinach od opuszczenia
Mopti zamajaczyła przed nami Rzeka Obiecana…
Niger, trzecia rzeka Afryki niosšca olbrzymie masy wody oglšdany po przebyciu setek
kilometrów spalonej ziemi wzdłuż których nie widać ani jednej kałuży nie mówišc
już o rzece czy potoku wydaje się zupełnie nierealny… Po tamtej stronie białe
piaszczyste diuny Sahary docierajšce aż na sam brzeg. Po tej stronie, wzdłuż
płaskiego brzegu kilkusetmetrowy pas zielonej trawy wykorzystywany przez koczowników do
wypasania bydła… Na brzegu tylko kilka mizernych budek – szałasów…


dużo czasu idealnym sposobem dotarcia do Timbuktu jest rejs po Nigrze rzecznym statkiem
lub jeszcze lepiej – pinassš. Pinassa to miejscowa specjalnoć – długa łód
transportujšca wzdłuż Nigru towary i pasażerów. Rejs trwa podobno minimum trzy
dni i kosztuje około 15 dolarów USA. Ale podróż może potrwać i tydzień
– ja nie mogłem ryzykować i dlatego wyruszyłem lšdem przez bezdroża…

wielkiej rzeki było legendarne Timbuktu. Wystarczyło się przeprawić
rachitycznym promem i przejechać kilka kilometrów by stanšć u bram oazy. Zadanie to
jednak tylko pozornie wydawało się proste. Ale o tym dlaczego nie było takie
proste napisałem już na kolejnej stronie…
>>>>>>>>>>>>>>>>>>CIĽG DALSZY – przejcie
