
Bamako tylko o 127 km. Ale podróż na skrzyni furgonetki zabiera aż 5 godzin.
Niespieszne formalnoci. Wymuszona 1000-frankowa “opłata” graniczna.
Dwa szlabany na szutrowej drodze, których nikt nie pilnuje. Gwinea. Okršgłe
chaty kryte strzechš. Rzšd biednych straganów. Cinkciarz, który wymienia mi franki
francuskie na gwinejskie. Dostaję ich całš “cegłę”, obwiniętš gumkami.
Wyglšda na to, że nie ma tu większych nominałów niż 1000 franków gwinejskich. 1
dolar USA wart jest 1700 GNF.

z tych frankofońskich krajów Afryki, które nie należš do strefy afrykańskiego
franka. To następstwo bardzo radykalnego stanowiska słynnego przywódcy tego kraju Sekou
Toure skierowanego przeciwko dawnym francuskim kolonizatorom. Było to po uzyskaniu przez
kraj niepodległoci w 1958 roku… Francja w odpowiedzi wycofała swój kapitał i pomoc
finansowš. Chaty wznoszono dalej z suszonej na słońcu cegły…
mogłem znaleć nikogo, kto wjechał z Mali do Gwinei i przebił się dalej do Gwinei
Bissau… Wyglšdało na to, że przecierałem szlak… Najbliższe miasteczko – Siguiri
było w odległoci 88 kilometrów. Sędziwy Peugeot ledwo zipał na wyboistej drodze.
Obok kierowcy wtłoczono nas troje. Za nami w dwóch rzędach siedziało po pięcioro, a
trzech kolejnych Murzynów – na dachu razem z bagażami. To był rekord tej podróży!
Zapłaciłem za ten komfort 6000 GNF + 1500 za plecak. Stawalimy,
dolewalimy wody do chłodnicy, dokręcalimy ruby w podwoziu.
bardziej zielono niż w Mali i coraz więcej takich malowniczych chat… Pogoda
dopisywała aż za bardzo… Aha! Przewodniki piszš, że najlepszy czas na przyjazd
do Gwinei to okres od listopada do maja. W pozostałych miesišcach solidnie pada –
najwięcej na wybrzeżu…
niewielkiego miasteczka spowitego w tumanach czerwonego pyłu dotarlimy tuż przed
zmrokiem. Kierowca wyrzucił nas na czworokštnym rynku, gdzie czekali już czarni chłopcy
z wózkami zarabiajšcy na wożeniu bagażu. Trzeba było na gwałt szukać noclegu.
Przeszedłem obok małego pofrancuskiego kociółka. Znalazłem bar, przy którym były
jakie pokoje noclegowe… Barman włanie zapalał naftowe lampy: pršdu nie będzie!
A ja potrzebowałem go na gwałt aby naładować baterie kamery… Czarny chłopak
zaprowadził mnie do campamentu na peryferiach. Tu było drogo: 22000 za pokój z
prysznicem i wiatrakiem, ale słychać było pracujšcy agregat…

nocowały także dwie sympatyczne Francuzki wizytujšce prowincję w ramach programu
pomocowego. Miały terenowy samochód… Następnego dnia rankiem ruszylimy razem do
Conakry. To była niezwykła i jedyna w tej podróży autostopowa okazja. W cišgu jednego
dnia dotarłem do stolicy Gwinei, co według planu miało pochłonšć dwa dni. Po drodze
regenerowalimy siły w takich sklepikach pod strzechš. Cztery obrane pomarańcze
kosztujš 100 GNF, woreczek wody do picia (dla mnie -do mycia) 50 GNF.

trasy czekamy doć długo na przeprawę na brzegu jednego z dopływów Nigru. Mosty na
rzekach sš tu rzadkociš. Widziałem jeden – zbudowany z francuskš pomocš naprzeciw
miasta Kankan – miał być otwarty za kilka tygodni… W Gwinei rzšdzš
marksici… Czujš się chyba niezbyt pewnie, bo częste sš drogowe kontrole. Francuzki
twierdzš, że fotografowanie na ulicach w stolicy jest ryzykowne. Władza
często legitymuje białych i pod byle pretekstem żšda łapówek…

koło Kankan jest poczštkiem nowej, budowanej włanie szosy prowadšcej przez Dabolę
do Mamou. Tędy włanie pojechalimy, wjeżdżajšc w Daboli na asfaltowš szosę
prowadzšcš do stolicy. Mijalimy przeładowane samochody: tu jedzi się nie tylko
wiszšc na zderzaku, ale także siedzšc na dachu osobowego samochodu.
Gwinea ma
prawie 7 milionów obywateli zamieszkujšcych obszar nieco mniejszy od Polski. W czasach
Sekou Toure ten przywódca próbował wprowadzić chiński model społeczeństwa,
zaczynajšc od kolektywizacji rolnictwa. Specjalici z Pekinu byli mile widziani w
Conakry. Z tamtych czasów pozostał w stolicy zbudowany z pomocš Chińczyków okazały
pałac ludowy “Palais du Peuple”. Gwinea niechętnie wpuszczała obcych.
Państwo było izolowane… Terez Gwinea otworzyła się bardziej na wiat. Ale
sytuacja daleka jest chyba od stabilnej bo obecny prezydent mieszka za murami wojskowego
campu.
Do stolicy wjeżdżalimy już
po ciemku. Odnotowałem tłok na ulicach i tysišce kaganków palšcych się w mniejszych
i większych straganach – wyglšdało to żałonie i jednoczenie malowniczo. Beatrice
i Jocelyne pozwoliły mi się domyć i doprać (dziękuję Wam dziewczyny za serce!) i
następnego dnia z nowymi siłami mogłem wyruszyć na zwiedzanie stolicy Gwinei…


Conakry zrobiłem niewiele zdjęć. Względnie bezpiecznym miejscem dla fotografa jest
dziedziniec muzeum narodowego na którym zgromadzono dawne francuskie pomniki i popiersie
Sekou Toure, który widać przestał być już postrzegany jako ojciec narodu. Tamże pod
wielkim drzewem stoi niewielka kopulasta budowla w której podobno zamieszkiwał pierwszy
gubernator francuskiej kolonii – zanim wzniesiono mu stosowny pałac… Poza tym w
muzeum (wstęp za napiwek 1000 GNF – oficjalnie bezpłatny) jest dział etnograficzny i
sklepiki z pamištkami.

się na wydłużonym półwyspie. Najciekawsza i najstarsza częć leży na samym jego
krańcu… Wjeżdżajšc do centrum mija się uniwersytet i Wielki Meczet z czterema
ostrymi iglicami minaretów. Dalej jest elegancki “Novotel” i pałac prezydencki
Sekutureja. Wszędzie pełno policjantów w niebieskich koszulach. Na styku
reprezentacyjnych ulic Commerce i Republique stoi ładna katedra. Postrzelany podczas
zamieszek pałac Organizacji Jednoci Afrykańskiej niszczeje…

Gwinei Bissau dostałem na poczekaniu. Potem trzeba było odszukać miejsce, skšd
odjeżdżajš rodki publicznego transportu do Dalaby – to niewielki terminal obok hali
targowej Marche Madina. Na skompletowanie pasażerów do takiej zbiorowej taksówki
czekałem trzy godziny. Gdy w końcu ruszylimy w trasę na każdym posterunku kontrolnym
(a było ich wiele) kierowca musiał się okupić 1000-frankowym banknotem.
Afryka…

w rodku nocy. Przejazd kosztował 11000 GNF + 1000 za bagaż. Polecany, prowadzony przez
Francuza Hotel Tangama leży na peryferiach miasteczka – przy stacji Shella trzeba
skręcić na bocznš drogę. Za pokój z ciepłym prysznicem zapłacę 15 tysięcy.
Wiatrak nie jest tym razem potrzebny – jestemy na wysokoci 1200 metrów nad
poziomem morza i panuje tu – przynajmniej nocš – przyjemny chłodek…

czerwonymi, szutrowymi uliczkami przez miasto. Ozdobš Dalaby jest współczenie
wzniesiony meczet z czterema wysokimi, ażurowymi minaretami, które po zmroku sš
pięknie iluminowane. Ponoć ponad 80% ludnoci Gwinei wyznaje islam… Jeli dodać do
tego 15% wyznawców animizmu to można dojć do wniosku, że w czasach kolonialnych
chrzecijańscy misjonarze zdziałali tu raczej niewiele…

meczetu rozłożył się niewielki bazar, na który od rana dowożš taczkami bagietki (po
200). Pozostały tu po Francuzach, ale jakociš bardzo odbiegajš od paryskich. W
kociołkach na dymišcych paleniskach skwierczš jakie dania fast-food. Za
coca-colę płacę 400 GNF, za dwa gotowane jajka – 200. Tanio…
Ludzie sš tu sympatyczni, nikt nie zaczepia, nie
narzuca się, nie protestuje z wrzaskiem przeciwko dyskretnie robionym zdjęciom. Tu jest
bezpiecznie, tylko stolica kraju cieszy się pod tym względem niezbyt dobrš opiniš…

kilometra od hoteliku stoi opuszczona i zaniedbana dawna rezydencja francuskiego
gubernatora. Przez przeszklone drzwi można zobaczyć resztki kandelabrów, płaty
farby odpadajšce ze cian i zakurzone kanapy. Przed wejciem przetrwał posšg
przedstawiajšcy galopujšcego rumaka. Cisza, pustka, tylko cykady dzwoniš dokoła…

wczeniej, płaskich krajach Sahelu Gwinea przyjemnie zaskoczyła mnie urozmaiconym
krajobrazem. Im dalej na zachód, tym więcej w nim łagodnych, falujšcych wzgórz.
Najbardziej efektownie prezentujš się w regionie nazywanym Fouta Djalon. Przewodniki
twierdzš, że tereny te doskonale nadajš się do wycieczek na górskich rowerach.
Zapewne tak – jeli tylko cyklici będš w stanie wytrzymać goršce słońce
tutejszego dnia…
krajobrazie górskie potoki szemrzšce wród głazów, niewielkie jeziorka, a nawet
głębokie kaniony wyrzebione w cišgu setek lat przez wodę. Region jest dla białych
dyplomatów i specjalistów zatrudnionych w Gwinei miejscem do którego ucieka się od
wciekłego upału afrykańskich nizin. Z tego względu w Dalabie znaleć można
hoteliki o standardzie trochę lepszym od przeciętnego. Jednak w czasie weekendów może
być w nich trudno o wolne pokoje…

Dalaby za jedne 2500 gwinejskich franków dojechałem do Pity, proszšc, aby kierowca
wysadził mnie przy komisariacie policji. Po co? Otóż w sšsiedztwie tego miasteczka
jest najbardziej znany i stosunkowo łatwo dostępny wodospad Fouty Djalon. Ale aby go
zobaczyć trzeba uzyskać zezwolenie na pimie z lokalnej policji. Posterunek owszem
był, tylko właciwego funkcjonariusza nie było… Czekałem 2 godziny oganiajšc się
pracowicie od afrykańskich much… Papier dostałem o dziwo bezpłatnie…

potrzebne, bo w sšsiedztwie wodospadu jest mała elektrownia wodna… Zaraz za rogatkš
wyjazdowš przy drodze na Labe stoi drogowskaz w lewo na wyboistš szutrówkę:
“Kinkon” Podobno to tylko 7 wyboistych kilometrów… Staruszek przy
szlabanie zbiera papier. Dalej schodzimy pieszo… Kinkon ma wysokoć około 80 metrów
– woda spada tu z kamiennego progu w czeluć wšskiego kanionu. Kamiennymi stopniami
można zejć aż na próg wodospadu. A potem zejć drogš nieco w dół, aż do
miejsca na urwisku, skšd roztacza się taki widok jak obok

zjadłem chyba z tuzin takich pomarańcz czekajšc na transport do Labe… Sš tak tanie,
że nie warto na nich oszczędzać. Czarne dziewczyny były szczęliwe, widać rzadko
zdarzał im się taki żarłoczny klient… Dalej jechałem w towarzystwie dwóch
urodziwych murzyńskich mam z czekoladowymi pociechami. Labe okazało się dużym, ale
niskim i zatłoczonym miastem z dziesištkami zakurzonych sklepów prowadzšcych handel
detaliczny i hurtowy. Wylšdowałem z plecakiem w samym rodku tego bałaganu. -Jutro
rano może być trudno znaleć taxi do Koundary! Jed z nami na noc! Brakuje nam tylko
dwóch osób!

namówić mimo, że miałem za sobš ciężki dzień. Zbliżał się krytyczny punkt mojej
podróży: mało uczęszczana granica Gwinei Bissau, o której wiedziałem bardzo
niewiele… Wczeniejsze przybycie do Koundary dawało mi szansę na zabranie się z
pojazdami wiozšcymi ludzi i towar na niedzielny targ w przygranicznej wsi Sereboido. O
zmroku ruszylimy piaszczystymi drogami. Na długo zapamiętam tę noc…
pojazdu z piasku, pył wdzierajšcy się do rodka przez niedomknięte okna, przeprawa
promem – gdzie około drugiej w nocy. W wietle reflektorów widać osły, bydło,
okršgłe chaty… O pištej rano wjeżdżamy na prostokštny plac obramowany budami
sklepów i zamkniętych jeszcze garkuchni. Plac zastawiony jest różnej wielkoci
samochodami… To Koundara – gwinejski Dziki Zachód – tu zbiegajš się prawdziwe
“country roads” z Bissau, Senegalu, Gambii i Mali. Ciemno i obco. Siadam na
piasku – trzeba jako doczekać witu.

zaczšł się ruch. Bez trudu znalazłem kolejnš “taxi-brousse”, która jechała
na targ do Sereboido. Co będzie dalej – miało sie okazać na miejscu…
Piaszczysta droga wiodła pod malowniczym klifem…

W Sereboido dopiero rozstawiali stragany pod cienistymi drzewami rosnšcymi wzdłuż
głównej, przelotowej drogi… Ale nie było czasu na przyglšdanie się handlowi:
nadarzyła się taksówka wracajšca do granicy. Wyglšda na to, że w targowy dzień
kursujš one wahadłowo przywożšc tu jednodniowych handlarzy z Bissau. Ujechałem
niš jednak tylko kilka kilometrów bo podczas jazdy się… rozsypała. Całe
szczęcie, że przy małej szybkoci… Przy zablokowanych drzwiach wychodziłem przez
okno…

droga prowadziła do Gwinei Bissau i dalej – do cywilizowanego wiata. Od
dwudziestu omiu praktycznie godzin byłem w podróży, kołatany razem z moim plecakiem
w kolejnych, wyładowanych do granic możliwoci zbiorowych taksówkach – landarach.
Słońce przygrzewało coraz mocniej zapowiadajšc kolejny dzień afrykańskiego upału.
Jak dotrzeć chociaż do granicy?
przycisków można przejć do poprzednich krajów, które odwiedziłem w tej podróży:
pojawił się na szczęcie inny pojazd i wkrótce mogłem pożegnać Gwineę… Ale o
tym już na kolejnej stronie…

do Gwinei Bissau