Ghana B- raport z podróży – Wojciech Dabrowski (Africa2000Ghana_Bpl.htm)

Po zwiedzeniu

stolicy Ghany wyruszyłem publicznym minibusem w interior – do miasta Kumasi, które od

stuleci jest stolicš królestwa Ashanti.  Pisane Ÿródła historyczne sš skšpe,

ale wiadomo, że jeszcze w XVII stuleciu królowie Ashanti zjednoczyli pod swoim berłem

tereny kilku mniejszych murzyńskich monarchii i kontrolowali handel na szlakach

wiodšcych w kierunku wybrzeża. Ich stolica nie ustępowała podobno swojš

infrastrukturš wielu miastom ówczesnej Europy. Władca kraju, któremu przysługiwał

tytuł Asantehene zatrudniał muzułmańskich sekretarzy, którzy potrafili porozumiewać

się z kupcami z północy, prowadzšcymi karawany  z Sahelu. Europejczycy zaczęli

się tu pojawiać dopiero pod koniec XV wieku szukajšc złota i koœci słoniowej. Sto

lat póŸniej produkty te utraciły swš dominujšcš rolę w handlu na rzecz

niewolników. I choć królestwu Ashanti nie przynosi to zaszczytu to wiadomo, że

bogaciło się ono również na sprzedaży żywego towaru białym handlarzom rezydujšcym w

fortach na wybrzeżu. Ci ostatni nie musieli się wcale zapuszczać w głšb lšdu –

czarni sami przyprowadzali czarnych na sprzedaż: nieprzyjaciół lub poddanych…

ghana_mp.jpg (21338 bytes)

Jechaliœmy wœród buszu ponad

który od czasu do czasu wystawały zielone korony wysokich drzew. Lasy zdarzały

się

rzadko. Deforestacja jest poważnym problemem Afryki. Przy drogach często można tu

zobaczyć wystawione worki z węglem drzewnym. Kierowcy przejeżdżajšcych pojazdów

zabierajš je do miast, by sprzedać z zyskiem. Ten węgiel drzewny to podstawowe paliwo

używane w tutejszych gospodarstwach domowych.  Aby go dostarczyć wycina się

resztki sędziwych afrykańskich drzew.  A nowe nie rosnš na tyle szybko aby

odtworzyć ubywajšcy drzewostan…

Wielogodzinnš podróż urozmaicił nam

czarny kaznodzieja który przez wiele kwadransów podniesionym głosem tłumaczył nam

zasady pobożnego życia. Słuchałem cierpliwie razem z Murzynami. Zrozumiałem niewiele,

bo posłanie wygłoszone zostało w lokalnym języku Ga…

Już w autobusie spotkałem pierwszych jegomoœciów

  w strojach przypominajacych rzymskie togi…  I tu pora napisać o

współczesnych Ashanti.  Jest ich podobno w Ghanie około 4 milionów. Z dumš

noszš swoje tradycyjne, powłóczyste szaty. Szaty jak mi się wydaje niezbyt praktyczne,

bo bez przerwy trzeba podtrzymywać i poprawiać różne ich fragmenty.

Kumasi ma około miliona mieszkańców.

  W mieœcie jest uniwersytet. Często odbywajš się tu różne festiwale i

tradycyjne œwięta wyznaczane według kalendarza Ashanti, majšcego 42-dniowy,

powtarzajšcy się cykl.

Pierwsze kroki po przybyciu do

Kumasi skierowałem oczywiœcie do królewskiego pałacu o którym wiedziałem z

przewodnika, że jest udostępniony do zwiedzania. Pałacowe tereny otoczone sš wysokim

płotem. Sam pałac przypomina raczej takš większš willę. Ale z tyłu budujš już

drugi – nowoczeœniejszy.

Za

zrobienie tego zdjęcia przez szparę w pałacowym płocie mało nie oberwałem.

Wypatrzył mnie policjant. -No tak, był napis na bramie, że nie wolno fotografować, ale

sšdziłem, że odnosi się tylko do robienia zdjęć za bramš!- tłumaczyłem

skruszony…

U wartowników przy bramie

trzeba było zostawić wszystkie aparaty i kamery. Wstęp kosztuje 5000 cedi. Przed

budynkiem stoi unieruchomiona na kołkach czarna limuzyna – Mercedes 600.  W

podcieniu na podwórzu wyœwietlajš nam z taœmy video film o historii królestwa. potem

oglšdam “mówišce bębny” czyli tam-tamy i królewskie lektyki, w których

niesiono władcę, gdy wybierał się na wybrzeże.  Wreszcie z moim obowišzkowym

  przewodnikiem (nie protestował specjalnie, gdy nie dostał napiwku) poszliœmy do

pałacowego muzeum oglšdać ozdobne trony,  broń,  kryształowe kieliszki

  i  zastawę stołowš.  Czego tam nie ma!  Stareńki telefon i

radio, baldachimy, stare zdjęcia, czarne strzelby królewskiej gwardii i manekiny

poprzednich par królewskich przybrane w bogate, tradycyjne stroje.  Srebrna waza na

wodę do picia, którš niesiono za królem, gdy opuszczał pałac. Sš oczywiœcie

królewskie insygnia: długie fajki, złoty topór, popielniczka.  Osobno eksponuje

się Tata swords – zdobione złotem miecze sprzed 200 lat… 

      Podobno po wytrwałych staraniach można uzyskać

audiencję u króla lub u któregoœ z członków królewskiej rodziny. Dworska etykieta

wymaga wtedy, by pojawić się w pałacu z butelkš whisky, a jeszcze lepiej z dwiema…

1ghashanti.jpg (18232 bytes)

Poprzedni król Ashanti – zmarł w 1999 roku (zdjęcie kupione w

pałacowym sklepie z pamištkami)

Ashanti kilka razy podrywali

się do walki z brytyjskimi kolonizatorami. Doszło nawet do tego, że ich króla pojmano i

wywieziono na Szeszele. Powrócił z wygnania w 1924 roku. Poprzedni  król panował

miłoœciwie przez 29 lat.  Miał 8 żon i 21 dzieci.  I pamięć o nim

“jest wcišż żywa” – czego dowodzi obecnoœć wielkiego bilboardu przed

pałacem.

Od roku Ashanti

majš  nowego, młodego króla o imieniu Nana Osei Tutu II.  Królowi Ashanti

przypada dziœ w państwie prawie wyłšcznie rola reprezentacyjna.  Mianuje on

chiefów czyli wodzów rzšdzšcych w poszczególnych  wioskach.

Choć Kumasi ma kilkaset lat

historii to zabytkowych budowli tu nie zobaczymy – podczas czwartej wojny z Ashanti w 1874

roku Brytyjczycy zniszczyli miasto, które póŸniej – w 1901 roku zostało niemal

doszczętnie spalone.          Obok pałacu

królewskiego największš atrakcjš miasta jest wielki bazar (Central Market) na którym

handluje podobno aż 10 tysięcy sprzedawców. Czego tu nie ma!  Od

żywnoœci w

rozmaitych odmianach przez tekstylia, używane ciuchy, wyroby ze skóry, lekarstwa

tradycyjnej medycyny. Fascynujš sterty tropikalnych owoców o nieznanych Europejczykowi

nazwach i zapasy towaru płynšce ponad tym wszystkim na głowach Murzynek.

Nie widziałem natomiast na bazarze ziarna

kakaowego, którego produkcja daje podobno aż jednš trzeciš przychodów Ghany z

eksportu…

Słomkowe

kapelusze z szerokim rondem służš oczywiœcie do ochrony przed palšcym słońcem.

Czasem widzšc wycelowany w siebie obiektyw aparatu staruszki zasłaniajš się

kapeluszem, ale wynika to chyba raczej ze wstydu (wstydzš się swojego ubóstwa i

domniemanej brzydoty) niż z niechęci do cudzoziemca.

Gdzieœ ponad tym kolorowym tłumem widać

wieże koœcioła. Warto może zwrócić uwagę, że odsetek chrzeœcijan w tym kraju

oceniany na ponad 50% jest znacznie wyższy niż we wszystkich krajach sšsiednich.

W królewskim mieœcie mieszkałem w nieco

zapuszczonym Hotel de Kingsway, pamiętajšcym Brytyjczyków  (za 30000 cedi).

Wieczorem byłem na dole na dyskotece zorganizowanej dla uczestników… pogrzebu.  

Miejscowi pocili się solidnie w swoich powłóczystych szatach plšsajšc dostojnie w

rytm afrykańskiej muzyki  i popijajšc piwo po 3000…

Z Kumasi na wybrzeże wracałem

“tro-tro” czyli mikrobusem.  Trafiła mi się przednia ławka, gdzie

upchnięto mnie między dwiema Murzynkami. Tym razem oprócz 7500 cedi za bilet musiałem

zapłacić 2000 za przewożony na dachu plecak. Gdy po kilku godzinach jazdy wœród buszu

i gliniaków wylšdowałem w Cape Coast kleiłem się od potu…  W Amkred GH byłem

jedynym goœciem. Jeszcze tego samego dnia wyruszyłem oglšdać ładnie odrestaurowany

miejscowy fort..

Historycznych fortów na wybrzeżu Ghany

jest kilkanaœcie. Cišgnš się od stolicy aż do granicy z Wybrzeżem Koœci Słoniowej.

Miały chronić białych i ich interesy – handel złotem i niewolnikami. Budowali je o

dziwo nie tylko wysłannicy mocarstw kolonialnych – Portugalczycy, Brytyjczycy, Francuzi i

Holendrzy ale także Szwedzi i Duńczycy.  Przetrwały do dzisiaj w bardzo różnym

stanie. Tylko niektóre sposród nich zamieniono na obiekty muzealne. Te które warto

zobaczyć, gdy ma się dostatecznie dużo czasu to: Apam, Anomabu, Cape Coast, Elmina,

Shama, Sekondi, Dixcove, Princess Town, Axim i Beyin. Pozostałe zdecydowanie można sobie

darować…  W tej czeœci Afryki zabytków w ogóle nie ma wiele i dlatego forty

Ghany uznawane sš za dużš atrakcję turystycznš.

Fort w Cape Coast zwiedza sie z przewodnikiem

przybranym w tradycyjnš szatę kente. Wstęp kosztuje 15.000 cedi. Armaty na murach,

lochy dla niewolników, małe muzeum w pomieszczeniach załogi…

Zameczek w

Cape Coast wznieœli Szwedzi w XVII wieku. Był on potem siedzibš brytyjskiej

administracji kolonialnej – aż do 1876 roku, kiedy to gubernator ze swoim otoczeniem

przeprowadził się do Akry.

Niemniej ciekawe od

historycznych fortów jest życie miejscowych rybaków. Taki widok roztacza sie z murów

fortu na miejscowš ruchliwš plażę z której wyruszajš na połów rybackie łodzie.

Rybołówstwo i przetwarzanie odłowionych ryb to podstawa zatrudnienia mieszkańców tego

miasteczka, które choć jest stolica dystryktu to ma zaledwie 60 tysiecy mieszkańców.

Miasteczko jest bezpieczne – przyjemnie przejœć się wieczorem ulicami na których przy

płonacych kagankach przekupki sprzedajš owoce, naleœniki, smażone ryby i napoje…

Także fufu – kasza z maniokowej mški na gęsto. Często kupowałem smażone w palmowym

oleju miejscowe pšczki (donuts) – tanie to (100 cedi za sztukę), pożywne i ma się

gwarancję, że po spożyciu nie będzie kłopotów z żołšdkiem…

W odległoœci 10 kilometrów

od Cape Coast leży miejscowoœć Elmina, której atrakcjš jest jeden z najstarszych

fortów Zachodniej Afryki. Fort St George został zbudowany przez Portugalczyków w XV

wieku. Potem przejmowali go kolejno Holendrzy i Brytyjczycy. Dziœ fort jest obiektem

muzealnym – wstęp kosztuje 7000 cedi. Nie ma obowišzku korzystania z przewodnika, samemu

można wędrować po murach, zaglšdać do lochu i próbować odczytać stare portugalskie

napisy…

Aby dojœć do zameczku trzeba przejœć

przez most na lagunie. Jest to doskonałe miejsce dla zrobienia zdjęć barwnego

rybackiego portu, który rozłożył się w lejkowatej zatoczce.

Cape Coast i Elmina to zarówno najlepiej

turystycznie zagospodarowane jak i najłatwiej osišgalne  (dobre drogi dojazdowe)

forty na terenie Ghany. Do pozostałych zameczków trudniej się dostać (samotny turysta

skazany jest na wynajecie samochodu lub długie oczekiwanie na publiczny transport i wiele

przesiadek) i obiekty nie sš już tak zadbane…

Naprzeciwko fortu  St George na

wzgórzu ponad portem Holendrzy wznieœli drugi, nieco mniejszy, ale równie malowniczy

fort  – St Jago. Niedawno został odrestaurowany i zapewne wkrótce tez będš tu

pobierać opłaty za wstęp na maleńki dziedziniec. Trzeba się trochę nasapać zanim

stanie się u jego bram, ale wynagradza to widok na okolicę. Zwodzony mostek ponad

płytkš fosš. Na murach kilka starych armat… Przed murami pasš sie kozy i dokazuja

czarne dzieciaki. Chetnie bedš pozować do zdjęcia, a potem zapytaja czy mamy dla nich

długopis… Ktoœ ich tego nauczył!

Wracałem do Cape Coast pieszo. Stworzyło

to okazję aby popatrzeć, jak wyglšdajš nadbrzeżne wioski zamieszkiwane przez ludzi z

plemienia Ewe.  We wsi odbywała się właœnie zbiorowa zabawa:  Nie pozwolono

mi wprawdzie robić zdjęć, ale mogłem popatrzeć, jak grajš na bębnach i grzechotkach

zrobionych z tykw. Tańce były raczej statyczne: ruchy tancerzy przypominały mi

dreptanie ptaków – poruszali ramionami jak skrzydłami i kuprem jak ogonem…  A

monotonna melodia nie miała końca…

Kolejnego ranka  zmieniajšc po drodze

kilka razy zbiorowe taksówki  i “tro-tro” dojechałem do Dixcove – dużej,

ale trochę zaniedbanej wsi na zachodnim wybrzeżu Ghany. Tutejszy fort jest zupełnie

opuszczony i z zewnštrz prezentuje się mniej okazale niż te, które oglšdałem

poprzedniego dnia. Dwóch dziadków przy bramie próbowało mi wmówić, ze trzeba

zapłacić za wstęp.  Żadnych biletów oczywiœcie nie mieli i skończyło się na

symbolicznym napiwku… Tak wyglšda dziedziniec fortu.

Z  Dixcove  œcieżkš przez las

dzieciaki zaprowadziły mnie do sšsiedniej rybackiej wioski – Busua. Ma pięknš,

szerokš plażę i opinię idealnego miejsca na kilkudniowy wypoczynek. Ponoć najbardziej

malowniczo wyglšda pod wieczór, gdy z połowu wracajš rybackie łodzie.  Mnie

wœród rybackich domków zabrakło tu palm, które na pewno dodały by urody temu

zakštkowi.  Plażowanie odłożyłem jednak na póŸniej – przecież czekał na mnie

kolejny afrykański kraj i nowa przygoda: ruszyłem do przejœcia granicznego w Elubo…

Afr2000tyt_pl.jpg (26963 bytes)