Po zwiedzeniu
stolicy Ghany wyruszyłem publicznym minibusem w interior – do miasta Kumasi, które od
stuleci jest stolicš królestwa Ashanti. Pisane ródła historyczne sš skšpe,
ale wiadomo, że jeszcze w XVII stuleciu królowie Ashanti zjednoczyli pod swoim berłem
tereny kilku mniejszych murzyńskich monarchii i kontrolowali handel na szlakach
wiodšcych w kierunku wybrzeża. Ich stolica nie ustępowała podobno swojš
infrastrukturš wielu miastom ówczesnej Europy. Władca kraju, któremu przysługiwał
tytuł Asantehene zatrudniał muzułmańskich sekretarzy, którzy potrafili porozumiewać
się z kupcami z północy, prowadzšcymi karawany z Sahelu. Europejczycy zaczęli
się tu pojawiać dopiero pod koniec XV wieku szukajšc złota i koci słoniowej. Sto
lat póniej produkty te utraciły swš dominujšcš rolę w handlu na rzecz
niewolników. I choć królestwu Ashanti nie przynosi to zaszczytu to wiadomo, że
bogaciło się ono również na sprzedaży żywego towaru białym handlarzom rezydujšcym w
fortach na wybrzeżu. Ci ostatni nie musieli się wcale zapuszczać w głšb lšdu –
czarni sami przyprowadzali czarnych na sprzedaż: nieprzyjaciół lub poddanych…


który od czasu do czasu wystawały zielone korony wysokich drzew. Lasy zdarzały
się
rzadko. Deforestacja jest poważnym problemem Afryki. Przy drogach często można tu
zobaczyć wystawione worki z węglem drzewnym. Kierowcy przejeżdżajšcych pojazdów
zabierajš je do miast, by sprzedać z zyskiem. Ten węgiel drzewny to podstawowe paliwo
używane w tutejszych gospodarstwach domowych. Aby go dostarczyć wycina się
resztki sędziwych afrykańskich drzew. A nowe nie rosnš na tyle szybko aby
odtworzyć ubywajšcy drzewostan…
czarny kaznodzieja który przez wiele kwadransów podniesionym głosem tłumaczył nam
zasady pobożnego życia. Słuchałem cierpliwie razem z Murzynami. Zrozumiałem niewiele,
bo posłanie wygłoszone zostało w lokalnym języku Ga…
Już w autobusie spotkałem pierwszych jegomociów
w strojach przypominajacych rzymskie togi… I tu pora napisać o
współczesnych Ashanti. Jest ich podobno w Ghanie około 4 milionów. Z dumš
noszš swoje tradycyjne, powłóczyste szaty. Szaty jak mi się wydaje niezbyt praktyczne,
bo bez przerwy trzeba podtrzymywać i poprawiać różne ich fragmenty.
Kumasi ma około miliona mieszkańców.
W miecie jest uniwersytet. Często odbywajš się tu różne festiwale i
tradycyjne więta wyznaczane według kalendarza Ashanti, majšcego 42-dniowy,
powtarzajšcy się cykl.


Kumasi skierowałem oczywicie do królewskiego pałacu o którym wiedziałem z
przewodnika, że jest udostępniony do zwiedzania. Pałacowe tereny otoczone sš wysokim
płotem. Sam pałac przypomina raczej takš większš willę. Ale z tyłu budujš już
drugi – nowoczeniejszy.
Za
zrobienie tego zdjęcia przez szparę w pałacowym płocie mało nie oberwałem.
Wypatrzył mnie policjant. -No tak, był napis na bramie, że nie wolno fotografować, ale
sšdziłem, że odnosi się tylko do robienia zdjęć za bramš!- tłumaczyłem
skruszony…
U wartowników przy bramie
trzeba było zostawić wszystkie aparaty i kamery. Wstęp kosztuje 5000 cedi. Przed
budynkiem stoi unieruchomiona na kołkach czarna limuzyna – Mercedes 600. W
podcieniu na podwórzu wywietlajš nam z tamy video film o historii królestwa. potem
oglšdam “mówišce bębny” czyli tam-tamy i królewskie lektyki, w których
niesiono władcę, gdy wybierał się na wybrzeże. Wreszcie z moim obowišzkowym
przewodnikiem (nie protestował specjalnie, gdy nie dostał napiwku) poszlimy do
pałacowego muzeum oglšdać ozdobne trony, broń, kryształowe kieliszki
i zastawę stołowš. Czego tam nie ma! Stareńki telefon i
radio, baldachimy, stare zdjęcia, czarne strzelby królewskiej gwardii i manekiny
poprzednich par królewskich przybrane w bogate, tradycyjne stroje. Srebrna waza na
wodę do picia, którš niesiono za królem, gdy opuszczał pałac. Sš oczywicie
królewskie insygnia: długie fajki, złoty topór, popielniczka. Osobno eksponuje
się Tata swords – zdobione złotem miecze sprzed 200 lat…
Podobno po wytrwałych staraniach można uzyskać
audiencję u króla lub u którego z członków królewskiej rodziny. Dworska etykieta
wymaga wtedy, by pojawić się w pałacu z butelkš whisky, a jeszcze lepiej z dwiema…

Poprzedni król Ashanti – zmarł w 1999 roku (zdjęcie kupione w
pałacowym sklepie z pamištkami)

się do walki z brytyjskimi kolonizatorami. Doszło nawet do tego, że ich króla pojmano i
wywieziono na Szeszele. Powrócił z wygnania w 1924 roku. Poprzedni król panował
miłociwie przez 29 lat. Miał 8 żon i 21 dzieci. I pamięć o nim
“jest wcišż żywa” – czego dowodzi obecnoć wielkiego bilboardu przed
pałacem.
Od roku Ashanti
majš nowego, młodego króla o imieniu Nana Osei Tutu II. Królowi Ashanti
przypada dzi w państwie prawie wyłšcznie rola reprezentacyjna. Mianuje on
chiefów czyli wodzów rzšdzšcych w poszczególnych wioskach.

historii to zabytkowych budowli tu nie zobaczymy – podczas czwartej wojny z Ashanti w 1874
roku Brytyjczycy zniszczyli miasto, które póniej – w 1901 roku zostało niemal
doszczętnie spalone. Obok pałacu
królewskiego największš atrakcjš miasta jest wielki bazar (Central Market) na którym
handluje podobno aż 10 tysięcy sprzedawców. Czego tu nie ma! Od
żywnoci w
rozmaitych odmianach przez tekstylia, używane ciuchy, wyroby ze skóry, lekarstwa
tradycyjnej medycyny. Fascynujš sterty tropikalnych owoców o nieznanych Europejczykowi
nazwach i zapasy towaru płynšce ponad tym wszystkim na głowach Murzynek.

kakaowego, którego produkcja daje podobno aż jednš trzeciš przychodów Ghany z
eksportu…
Słomkowe
kapelusze z szerokim rondem służš oczywicie do ochrony przed palšcym słońcem.
Czasem widzšc wycelowany w siebie obiektyw aparatu staruszki zasłaniajš się
kapeluszem, ale wynika to chyba raczej ze wstydu (wstydzš się swojego ubóstwa i
domniemanej brzydoty) niż z niechęci do cudzoziemca.

wieże kocioła. Warto może zwrócić uwagę, że odsetek chrzecijan w tym kraju
oceniany na ponad 50% jest znacznie wyższy niż we wszystkich krajach sšsiednich.
W królewskim miecie mieszkałem w nieco
zapuszczonym Hotel de Kingsway, pamiętajšcym Brytyjczyków (za 30000 cedi).
Wieczorem byłem na dole na dyskotece zorganizowanej dla uczestników… pogrzebu.
Miejscowi pocili się solidnie w swoich powłóczystych szatach plšsajšc dostojnie w
rytm afrykańskiej muzyki i popijajšc piwo po 3000…

“tro-tro” czyli mikrobusem. Trafiła mi się przednia ławka, gdzie
upchnięto mnie między dwiema Murzynkami. Tym razem oprócz 7500 cedi za bilet musiałem
zapłacić 2000 za przewożony na dachu plecak. Gdy po kilku godzinach jazdy wród buszu
i gliniaków wylšdowałem w Cape Coast kleiłem się od potu… W Amkred GH byłem
jedynym gociem. Jeszcze tego samego dnia wyruszyłem oglšdać ładnie odrestaurowany
miejscowy fort..
jest kilkanacie. Cišgnš się od stolicy aż do granicy z Wybrzeżem Koci Słoniowej.
Miały chronić białych i ich interesy – handel złotem i niewolnikami. Budowali je o
dziwo nie tylko wysłannicy mocarstw kolonialnych – Portugalczycy, Brytyjczycy, Francuzi i
Holendrzy ale także Szwedzi i Duńczycy. Przetrwały do dzisiaj w bardzo różnym
stanie. Tylko niektóre sposród nich zamieniono na obiekty muzealne. Te które warto
zobaczyć, gdy ma się dostatecznie dużo czasu to: Apam, Anomabu, Cape Coast, Elmina,
Shama, Sekondi, Dixcove, Princess Town, Axim i Beyin. Pozostałe zdecydowanie można sobie
darować… W tej czeci Afryki zabytków w ogóle nie ma wiele i dlatego forty
Ghany uznawane sš za dużš atrakcję turystycznš.
Fort w Cape Coast zwiedza sie z przewodnikiem
przybranym w tradycyjnš szatę kente. Wstęp kosztuje 15.000 cedi. Armaty na murach,
lochy dla niewolników, małe muzeum w pomieszczeniach załogi…

Zameczek w
Cape Coast wznieli Szwedzi w XVII wieku. Był on potem siedzibš brytyjskiej
administracji kolonialnej – aż do 1876 roku, kiedy to gubernator ze swoim otoczeniem
przeprowadził się do Akry.
Niemniej ciekawe od
historycznych fortów jest życie miejscowych rybaków. Taki widok roztacza sie z murów
fortu na miejscowš ruchliwš plażę z której wyruszajš na połów rybackie łodzie.
Rybołówstwo i przetwarzanie odłowionych ryb to podstawa zatrudnienia mieszkańców tego
miasteczka, które choć jest stolica dystryktu to ma zaledwie 60 tysiecy mieszkańców.
Miasteczko jest bezpieczne – przyjemnie przejć się wieczorem ulicami na których przy
płonacych kagankach przekupki sprzedajš owoce, naleniki, smażone ryby i napoje…
Także fufu – kasza z maniokowej mški na gęsto. Często kupowałem smażone w palmowym
oleju miejscowe pšczki (donuts) – tanie to (100 cedi za sztukę), pożywne i ma się
gwarancję, że po spożyciu nie będzie kłopotów z żołšdkiem…


od Cape Coast leży miejscowoć Elmina, której atrakcjš jest jeden z najstarszych
fortów Zachodniej Afryki. Fort St George został zbudowany przez Portugalczyków w XV
wieku. Potem przejmowali go kolejno Holendrzy i Brytyjczycy. Dzi fort jest obiektem
muzealnym – wstęp kosztuje 7000 cedi. Nie ma obowišzku korzystania z przewodnika, samemu
można wędrować po murach, zaglšdać do lochu i próbować odczytać stare portugalskie
napisy…

przez most na lagunie. Jest to doskonałe miejsce dla zrobienia zdjęć barwnego
rybackiego portu, który rozłożył się w lejkowatej zatoczce.
Cape Coast i Elmina to zarówno najlepiej
turystycznie zagospodarowane jak i najłatwiej osišgalne (dobre drogi dojazdowe)
forty na terenie Ghany. Do pozostałych zameczków trudniej się dostać (samotny turysta
skazany jest na wynajecie samochodu lub długie oczekiwanie na publiczny transport i wiele
przesiadek) i obiekty nie sš już tak zadbane…

wzgórzu ponad portem Holendrzy wznieli drugi, nieco mniejszy, ale równie malowniczy
fort – St Jago. Niedawno został odrestaurowany i zapewne wkrótce tez będš tu
pobierać opłaty za wstęp na maleńki dziedziniec. Trzeba się trochę nasapać zanim
stanie się u jego bram, ale wynagradza to widok na okolicę. Zwodzony mostek ponad
płytkš fosš. Na murach kilka starych armat… Przed murami pasš sie kozy i dokazuja
czarne dzieciaki. Chetnie bedš pozować do zdjęcia, a potem zapytaja czy mamy dla nich
długopis… Kto ich tego nauczył!

to okazję aby popatrzeć, jak wyglšdajš nadbrzeżne wioski zamieszkiwane przez ludzi z
plemienia Ewe. We wsi odbywała się włanie zbiorowa zabawa: Nie pozwolono
mi wprawdzie robić zdjęć, ale mogłem popatrzeć, jak grajš na bębnach i grzechotkach
zrobionych z tykw. Tańce były raczej statyczne: ruchy tancerzy przypominały mi
dreptanie ptaków – poruszali ramionami jak skrzydłami i kuprem jak ogonem… A
monotonna melodia nie miała końca…

kilka razy zbiorowe taksówki i “tro-tro” dojechałem do Dixcove – dużej,
ale trochę zaniedbanej wsi na zachodnim wybrzeżu Ghany. Tutejszy fort jest zupełnie
opuszczony i z zewnštrz prezentuje się mniej okazale niż te, które oglšdałem
poprzedniego dnia. Dwóch dziadków przy bramie próbowało mi wmówić, ze trzeba
zapłacić za wstęp. Żadnych biletów oczywicie nie mieli i skończyło się na
symbolicznym napiwku… Tak wyglšda dziedziniec fortu.

dzieciaki zaprowadziły mnie do sšsiedniej rybackiej wioski – Busua. Ma pięknš,
szerokš plażę i opinię idealnego miejsca na kilkudniowy wypoczynek. Ponoć najbardziej
malowniczo wyglšda pod wieczór, gdy z połowu wracajš rybackie łodzie. Mnie
wród rybackich domków zabrakło tu palm, które na pewno dodały by urody temu
zakštkowi. Plażowanie odłożyłem jednak na póniej – przecież czekał na mnie
kolejny afrykański kraj i nowa przygoda: ruszyłem do przejcia granicznego w Elubo…

do Wybrzeża