do krańca” – zapytał mnie kto po powrocie z podróży – oczywicie tak. Na mojej
mapce pokazane sš (aby nie zmniejszać jej czytelnoci) tylko większe wioski – w
rzeczywistoci jest ich dużo więcej. Oceniam, że na przejcie całej długoci
uskoku (135-150 km) dobry piechur potrzebowałby około dwóch tygodni. Zatem jeli
tylko nie jestecie ograniczeni wyliczonymi dniami urlopu (jak ja) to taka
wędrówka może być wspaniałš przygodš. Tym bardziej że taki wariant umożliwi
dotarcie również do wiosek w północnej częci uskoku, do których rzadko zaglšdajš
turyci. Dla oszczędnoci radziłbym wtedy nie brać wcale przewodnika lub wzišć go
jedynie na kilka pierwszych dni wędrówki, dopóki nie oswoicie się z otoczeniem i nie
poznacie miejscowych obyczajów…

zrobiła na mnie duże wrażenie. Przecież kiedy powstawała większoć tych rzeb nie
było tu turystów. Te dzieła sztuki Dogoni tworzyli więc te rzeby sami dla siebie –
po to by przekazać potomnym legendy opowiadajšce o poczštkach tego ludu. Szokujšce
było dla mnie to zestawienie: wspaniała, tajemnicze i pełne ekspresji rzeby, a
nad nimi prozaiczny dach ze strzechy. Obrazu dopełniało kilku staruszków, siedzšcych
pod dachem toginy wprost na piachu… Nie, nie pozwolili się sfotografować…


sztuka Czarnej Afryki. Mylę, że niejednego bogatego kolekcjonera z zachodu stać
by było na kupienie takiego rzebionego słupa. Dochody Dogonów sš tak niskie, że
suma którš mógłby zaofiarować za rzebę przewyższyć by mogła roczne przychody
połowy wioski. W ten sposób zresztš podobno wyjechało z kraju Dogonów wiele
rzeb, starych narzędzi i rzebionych drzwi… Na szczęcie wcišż jeszcze
jest co oglšdać…
Ważnym symbolem w kulturze Dogonów sš maski. Najważniejszš i
największš rozmiarami maskę zwanš iminiana przygotowuje się na obchodzone co
60 lat więto Sigu. Wysokoć iminiany może osišgnšć nawet 10 metrów.
Przedstawia ona ponoć węża, w którego zamienił się po mierci ten przodek, który
dał poczštek ludowi Dogonów.
Prokreacja jest często przeplatajšcym się
tematem w mitologii Dogonów. Ważna jest ponoć także w ich obecnym życiu: pary
małżeńskie sš kreowane przez rodziców jeszcze przed osišgnięciem przez dzieci
dorosłoci. Współżycie takich par zaczyna się podobno bardzo wczenie, a
chłopak dopóki nie zostanie ojcem nie jest uważany za mężczyznę… Mężczyzna
może mieć kilka żon i nikomu to nie przeszkadza… Ale w praktyce takie przypadki sš
rzadkie.


przez turystów czasami można zobaczyć kobiety pracujšce z odkrytymi
piersiami…
Piękna?
Mnie też się podobała… Dałem jej do zrozumienia, że wcale nie zależy mi na tym,
aby ubierała górnš częć swojej barwnej szaty… Niestety większoć dogońskich
dziewczšt już wie, że za pozowanie można żšdać pieniędzy… Na szczęcie
ich honorarium jest znacznie niższe od takiego, które inkasujš europejskie
fotomodelki. Zapłaciłem z góry: “Sš sękšt” czyli 150 afrykańskich
franków – równowartoć mniej więcej ćwierć dolara. I nie
żałowałem… Sztuka robienia takich zdjęć polega na tym, by spotkać
potencjalnš modelkę gdzie na uboczu – z dala od jej ziomków – w większym
towarzystwie dziewczyny się krępujš…
wioskami całymi godzinami niesie się dudnienie tłuczków uderzajšcych o drewniane
stępy. Taka stępa to tutaj sprzęt pierwszej potrzeby w każdym gospodarstwie domowym.
Do rodka wsypuje się kilka garci wysuszonych ziaren prosa lub kukurydzy. Potem
cierpliwie miażdży się ziarno uderzeniami tłuczka. Odsiewa w razie potrzeby otręby i
można robić kasze lub ciasto na placki… Tłuczkiem jest dršg o długoci do dwóch
metrów.
Kobiety
dogońskie odpowiadajš nie tylko za przygotowanie posiłków dla rodziny, ale również
za pełnš obsługę kuchni – także za przyniesienie i przygotowanie upału. Kilkakrotnie
widziałem tu kobiety dziarsko ršbišce szczapy drewna przy użyciu prymitywnych siekier.
Dlaczego prymitywnych? Otóż te siekiery majš postać rozszerzonej na jednym
końcu drewnianej maczugi. W tym grubszym końcu zrobiony jest otwór do którego wstawia
się żelazny obuch zakończony z przeciwnej strony ostrzem. Dzięki temu w
metalowej częci siekiery nie trzeba wcale wykonywać skomplikowanego otworu na
rękojeć… Obuch wstawia się do rękojeci, a nie jak u nas – rękojeć do
obucha. Proste? A nam wydaje się to prymitywne!


postawili obok naftowej lampy michę gęstej, szarej kaszy z prosa. Do tego był sos
z utłuczonymi lićmi baobabu. Na deser Oumar rozbił twardy, wydłużony owoc baobabu.
W rodku sš nasiona w otoczce czego, co przypomina kwaskowate, miękkie chrupki.
Włanie to się zjada, wypluwajšc nasionko na piasek…
Osły ryczš na pobudkę. Po nocy spędzonej w Ende
ruszylimy dalej wród baobabów na południe – do dużej wsi Teli – gdzie podobno
często spotkać można turystów… Na całej naszej trasie widzielimy dwie grupki: raz
2, raz 3 osoby…

W Teli zamiast
małego Case de passage po raz pierwszy zobaczylimy prawdziwy zajazd dla
turystów, gdzie można było dostać coca-colę, piwo i inne zdobycze zachodniej
cywilizacji… Po drabinie zrobionej z jednego pnia wylazłem na dach…
Popatrzcie…
Ponad płaskie
dachy Teli wystajš zgrabne wieżyczki małego meczetu. Ale podniecie wzrok nieco wyżej
– tam pod klifem widać uczepione zbocza drugie, dawno opuszczone gliniano – kamienne
miasto.
Meczecik
w Teli wzniesiony jest współczenie, ale za to w tradycyjnym stylu Sahelu. Podobno
mniej więcej jedna trzecia liczacej 350 tysiecy populacji Dogonów wyznaje islam. Ale
odniosłem wrażenie, że nie sš oni zbyt gorliwymi wyznawcami tej religii – podczas wędrówki
rzadko zdarzało mi się widzieć modlšcych się w cišgu dnia ludzi… W
przewodnikach piszš, że Dogoni przybyli w rejon Uskoku Bandiagara z otaczajšcych go równin
około 1300 roku uciekajšc przed ogarniajšcymi coraz większe połacie Afryki wyznawcami
religii Mahometa. Domy wzniesione pod cianš uskoku, choć z daleka doskonale widoczne
zapewniały lepsze warunki do obrony.


wspinać kiepsko widocznš cieżkš prowadzšcš w górę – pod klif, by
przysišć dla krótkiego odpoczynku na głazach przy pierwszych budowlach dawnej
wioski-warowni. Patrzyłem teraz z góry na te wyrastajšce z żółtego piasku
baobaby, chłonšłem zapach dymu palenisk i przygotowywanych posiłków.
Zgarniałem ze stron notatnika wszechobecny żółty pył. Spodnie i koszula też już
były żółte, ale nie było w czym ich uprać… Zresztš po co? Po kolejnym dniu
znów przybiorš takš samš barwę…
Zabytkowa wioska, do której wchodzilimy warta była kilku
fotek..



tarasach pod klifem rozłożyły się dawne domostwa, kwadratowe wieże-spichrze, gliniane
ule i wreszcie dom hogona. Hogon to duchowy przywódca Dogonów z kilku sšsiednich
wsi. Taki miejscowy czarownik. Przed jego domem było miejsce składania ofiar wyznaczone
przez symbol męskiej płodnoci. Zwykli ludzie ze wsi składali ofiary o jeden taras
niżej. We wnękach skalnych w cianie powyżej starej wioski chowano kolejnych
hogonów… I dzi Dogoni majš swoich hogonów, którzy sš wioskowymi
autorytetami i decydujš o przebiegu tradycyjnych ceremonii. Mieszkajš w zwykłych
chatach. Oumar chciał nas do jednego zaprowadzić, ale akurat wyjechał…

rzemielnikami, ale dawniej dawniej byli także myliwymi. wiadczš o tym trofea –
czaszki zwierzšt (głównie małp) przyklejone glinš do ciany przed domem
myliwego. Ja we współczesnym Kraju Dogonów nie widziałem ani jednej
małpy. Nic dziwnego, że dzi nie ma tu myliwych – po prostu nie ma już na co
polować!
Na cianach
skał i domostw zobaczyć tu można także pieczołowicie odnawiane malowidła w kolorach
czerwonym, czarnym i białym. Ale ich symbolika jest dosyć skomplikowana, a miejscowi nie
potrafiš czy może nie chcš jej objaniać…

dole na zmianę stępy do miażdżenia ziarna. Bosonogie dzieci zbierajš na zboczu suche
gałęzie na opał…
A
wokół przesłonięta przez pył harmattanu piaszczysta równina. Na skraju wioski
skupione wokół życiodajnej studni stado bydła – największe bogactwo Teli… W
takim włanie krajobrazie ruszylimy pieszo dalej – do Kani-Kombole.
Wracała od
studni z kalabaszowš skorupš na głowie. A w skorupie była cała sterta mokrego prania.
Jak to można utrzymać na głowie i jeszcze do tego maszerować z tym przez całš
wioskę wcale nie podtrzymujšc rękš takiego bagażu? Okazuje się, że
można! Aby zniwelować dolnš krzywiznę naczynia kobieta zwija najpierw w warkocz
swojš chustkę. Potem robi z niej kršżek i układa na głowie. Dopiero na takš
podstawkę ustawia się kalabaszowš skorupę… I idzie – wyprostowana jak struna. Nic
dziwnego, że tutejsze kobiety majš takie strzeliste sylwetki. Polecam tš metodę
naszym paniom! Na poczštek jaki obrotny biznesmen powinien zaimportować z
Mali sporš partię kalabaszowych skorup i w ramach promocji rozdawać je w supermarkecie
zamiast siatek na zakupy… Dogonowie też skorzystajš – upłynniš nadprodukcję
kalabasza….
Aby wrócić do
cywilizowanego wiata czyli do Bandiagary, a następnie do Mopti musielimy wspišć
się teraz ponownie na górnš krawęd uskoku. Popatrzcie na mapkę Z Kani-Kombole do Dżigibombo wspina się droga, która za
kilka lub kilkanacie lat będzie pewnie fragmentem międzynarodowej szosy z Burkiny do
Mali. Na razie tylko kilka jej odcinków pokrytych jest asfaltem. Reszta to
koszmarne wyboje, które może sforsować tylko solidny terenowy wóz .


skrótami zakręty drogi… W zasięgu wzroku ani skrawka cienia. Upał obezwładniał.
Czulimy jego skutki również dlatego, że był to już przecież czwarty dzień doć
wyczerpujšcej wędrówki… Ale za to jakie towarzyszyły jej wrażenia!
Końcowy fragment wspinaczki prowadził po słabo
nachylonej, litej skale.

weszlimy w wšskie uliczki wyznaczone kamiennymi murkami. Dżigibombo – jedna z
tych egzotycznych nazw, które pamięta się przez wiele lat. To była już ostatnia
wioska na szlaku naszej wędrówki przez Kraj Dogonów.
Ponad linię domów i spichrzów wystawał niepozorny
minaret miejscowego meczetu. Nie wydaje mi się, aby Dogoni byli gorliwymi muzułmanami:
rzadko zdarzało mi się widzieć w cišgu dnia modlšcych się ludzi

Prawdš jest, że w cišgu dnia w takiej chatynce znaleć można trochę cienia ale
prawdš jest i to, że w cišgu dnia taki gliniak strasznie się nagrzewa i popołudniowy
zaduch panujšcy w rodku staje się trudny do zniesienia… Im grubsze ciany tym
łatwiej ograniczyć ten efekt. Dlatego te domostwa czasem przypominajš solidne bunkry…
Znacznie przyjemniej niż w takim domu
spędza się czas pod przewiewnš toginš…
A to bardzo
nietypowe domostwo – ta wyszukana architektura wyróżnia siedzibę miejscowego doktora.
Mieszka tu słynny w całej okolicy dogoński znachor, który również turystów gotów
jest leczyć przy wykorzystaniu miejscowych ziół i innych medykamentów własnej
produkcji. O wysokoć honorarium za wizytę zapomniałem zapytać…
Przyszła wreszcie pora
wpłacić Oumarowi drugš połowę jego honorarium i pożegnać naszego przewodnika…
Tu jeszcze praktyczna rada:
starajcie się przywieć do Kraju Dogonów dużo drobnych pieniędzy: banknotów po 500
i 1000 CFA a także monet… Miejscowi nie majš z reguły drobnych na wydawanie reszty. A
jeli już co się znajdzie, to papier jest tak zniszczony, że nikt nie chce go potem
przyjšć!


zbiorowa taksówka zabrała nas do stolicy regionu – miasteczka Bandiagara. Tu na
szczęcie czekał na nas kolejny rodek publicznego transportu: znane już nam bache
– filar maliskiej komunikacji. Zapłacilimy po 1200 CFA + 500 za plecak.
Sprawnie upakowano nas (jak sardynki) na skrzyni i ruszylimy w kierunku odległego o 70
km Mopti.
Na skrzyżowaniu
dróg w Sevare przyszło nam się rozstać: ja jechałem do Mopti szukać transportu do
legendarnego Timbuktu a Lida i April miały po odpoczynku jechać dalej przez Gao do
Nigru. Długo machałem im rękš… Dziękuję dziewczyny – byłycie
bardzo sympatyczne!
wędrówce przez niezwykły Kraj Dogonów… A teraz proponuję Wam
powrót na trasę podróży przez Afrykę Zachodniš…
DALSZY – powrót do częci 1 relacji z Mali

