Kraj Dogonów – raport z podróży  cz.II- Wojciech Dabrowski (Africa2000Dogon-Bpl.htm)

     

Między wioskami rozsianymi wzdłuż uskoku turyœci

poruszajš się pieszo. Raczej rzadkoœciš jest widok terenowego samochodu brnšcego

piaszczystš drogš. Częœciej widzi się małe motocykle, czasami sš one

wykorzystywane  do podwożenia turystów na poczštek trasy trekingowej.  Warto

może znać orientacyjne

odległoœci między wioskami (cytuję za przewodnikiem Lonely Planet).

Zaczynajšc od południa:

Dżigibombo-Kani Kombole 5 km,  

Kani Kombole-Teli 3

km,                     

Teli-Ende 4 km, Ende-Yaba Talu 4 km, Yaba Talu-Begnimato 3 km,  

Begnimato-Nombori 15 km, Nombori-Tireli 7 km, Tireli-Banani 10 km, Banani-Sanga 3

km. 

  Że dla zaprawionego piechura nie sš

to duże odległoœci?  Zgoda.  WeŸcie jednak poprawkę na wœciekły

upał i częste

postoje na trasie – również dla zrobienia zdjęć. 

-Yaamo! Dzień

dobry! – tak witajš się miejscowi. Potem następuje zawsze pytanie: -Sjeło?

Jak zdrowie? Dobrze?  Żony też sjeło? A dziadka sjeło?  

Po wymianie kilku takich “sjeł” wszyscy idš

dalej…    Młodzież wita się raczej słowem UANA’ – Czeœć!

Z Nombori do Dourou wracaliœmy

razem z całš kolumnš kobiet maszerujšcych na targ. Okazało się, że targ rozpoczyna się tu

nie rano – jak u nas ale w œrodku dnia… Chyba właœnie dlatego, aby ludzie z odległych

wiosek mieli czas przyjœć i przynieœć na plac targowy swoje towary. 

 

Targowy teren w Dourou to spory szmat

litej skały na której normalnie leżš różnej wielkoœci kamienie. Dopiero w targowy

dzień okazuje się, że te kamienie to siedzenia dla poszczególnych przekupek.

Razem z Oumarem przeciskaliœmy się między kramami… Sprzedawano głównie

warzywa, orzeszki, nasiona. Gdzieœ w rogu placu czekało na nabywców

kilka kóz z małymi i dwie czy trzy mizerne owce. Obok na ruszcie piekli

koŸlinę, sprzedajšc jš w porcjach…

Afrykański targ

– coœ naprawdę niepowtarzalnego- feeria kolorów, ruch jak w mrowisku i

jednostajny podkład muzyczny w postaci gwaru kobiecych głosów.  Trudno było

oprzeć się wrażeniu, że taki targ to także wielkie wydarzenie

towarzyskie. A ten targ w Dourou odmienny od innych również i przez to,

że nie widać tu i nie słychać żadnych samochodów – po prostu do tego

miejsca nie mogš dojechać…  Stosy kalabaszowych skorup – wcišż

jeszcze sprzedaje się ich tutaj  więcej niż plastykowych misek.

Przekupki wypełniajš je ziarnem, orzechami, drobnymi warzywami… 

Niestety fotografować z bliska się nie da – ludzie obserwujš białego i

bardzo ostro protestujš… Ale i tak jest to wspaniałe przeżycie…

Dlaczego mieliœmy szczęœcie

trafiajšc na targowy dzień w Dourou?  Dlatego, ze dni targowe w

wioskach  Dogonów

wyznaczane sš według bardzo dziwnego kalendarza: odbywajš się co 5 dni.

Wizyty na dogońskim targu nie da się zatem  zaplanować w Polsce –

dopiero na miejscu okazuje się, czy będziecie mieć swojš szansę…

Zamożniejsi

sprzedawcy – oferujšcy  używanš odzież i kretony na barwne

sukienki dogońskich kobiet majš do dyspozycji kilka zacienionych

daszkami wiat.   Zauważyłem, że na targu duże wzięcie ma

piwo robione domowym sposobem z prosa – nazywajš to kendzie lub kondzio –

ma smak naszego piwa słodowego, tyle ze jest bardziej rozwodnione…

trzeba było wyruszyć

dalej, aby przed zmrokiem dotrzeć do kolejnej wioski. 

Z Dourou do

Begnimato nie jest daleko – obie wioski leż na górnej płaszczyŸnie

uskoku.  Szliœmy 2,5 godziny.  Begnimato leży w bardzo pięknej

scenerii – gdy zobaczycie takie samotne baszty skalne to znaczy, że jesteœcie

na miejscu. Wieœ jest spora i podobno dzieli się na trzy częœci: katolickš,

muzułmańskš i tš, w której zamieszkujš wyznawcy animizmu. W jednej z

chat jest szkoła do której was zapewne zaprowadzš z nadziejš na dotację… 

Dzieci będš siedziały na ziemi,  jedno będzie sylabizowało po

francusku…   Długopisy lepiej dać nauczycielowi – on je

podzieli…

Tak wyglšdały

nasze “hotele” na trasie wędrówki przez Kraj Dogonów.

Praktycznie były to chaty zbudowane z gliny i kamienia – takie jak inne

domy w dogońskich wioskach. Wewnštrz były z reguły dwie izby. Jedynymi

sprzętami były twarde łóżka z drewnianych listewek czasem uzupełnianych

bambusowš plecionkš. Zdarzyło się, że takie łóżko zastępowała

zwykła, cienka mata z plecionki położona wprost na klepisku. Œpiwór

okazał się użyteczny nie tylko ze względu na chłód przychodzšcy nad

ranem ale także dlatego, że dawał pewne minimum komfortu. 

Kilkanaœcie

metrów od naszego “hotelu” znajdował się zawsze “pokój

higieniczny” a dokładniej – higieniczna zagroda, bo łazienka nie

miała dachu i przy moim wzroœcie głowa zawsze wystawała mi ponad

gliniany murek – mogłem cały czas podziwiać wspaniały krajobraz. Tu do

otworu w podłodze załatwia się potrzeby.  A kiedy wieczorem i rano

przychodzi pora mycia miejscowe dziewczyny przynoszš z odległej studni

po pół wiadra wody na turystę i można tym nieco obmyć spocone i

zakurzone ciało. Niestety krępujš się one asystować przy kšpieli i

turysta sam musi polewać sobie kubeczkiem głowę, szyję i na co tam

jeszcze wody starczy… Jak już wspomniałem w żadnej z odwiedzonych

przeze mnie wiosek nie było energii elektrycznej. Warto więc przywieŸć

tu ze sobš bodaj małš latarkę – staje się niezbędna nie tylko wtedy,

gdy układamy się na klepisku do zasłużonego snu, ale także wtedy, gdy

nocš trzeba wyjœć na spacer… Wprawdzie gospodarze dajš do dyspozycji

turystów naftowe lampy (takie jakie u nas zawieszało się na wozach –

przy nich jadaliœmy kolacje i robiliœmy notatki) ale zapalenie takiego

urzšdzenia w œrodku nocy może być kłopotliwe…

A w

takich warunkach – na “polowym” palenisku przyrzšdza się pożywienie

dla turystów. Rano dostawaliœmy placuszki z prosa z dżemem, czasem także

bagietkę posmarowanš masłem orzechowym plus kawę i herbatę.  Po

południu i wieczorem z reguły ryż, albo kaszę z prosa na gęsto z

porcjš żylastego kurczaka w tłustym sosie z liœci baobabu. Nie jestem

wybredny i uważam, że to wszystko było jadalne. Cieszyłem się, że

obchodzi się bez żołšdkowych sensacji aż do ostatniego dnia, gdy po

kolejnej porcji malijskiego “latajšcego kurczaka” (może latać

– bo strasznie chudy i lekki) mój organizm zastrajkował.  Radzę

zatem uważać i mieć coœ na takie okazje w podręcznej apteczce. 

Na

powitanie w każdej wiosce w której nocowaliœmy podawano nam herbatę

nalewanš z metalowego czajniczka do małej szklaneczki z grubego szkła.

Szklaneczka z reguły była jedna i piliœmy bardzo esencjonalny i bardzo

słodki napój po kolei.  Byłem zażenowany, gdy napełnionš

szklaneczkę podawano mnie jako pierwszemu. Były przecież panie! 

Przewodnik jednak szybko rozwiał moje wštpliwoœci: w społeczeństwie

Dogonów mężczyzna zasługuje na większy szacunek niż kobieta i

dlatego jest obsługiwany w pierwszej kolejnoœci…  Gdy napomknšłem

coœ o kulturze europejskiej szybko zbił mnie z pantałyku: wiem, że

waszym kobietom wolno prowadzić samochody i bywajš one nawet 

dyrektorami.  Ale czy one wiedzš, co w tym samym czasie robiš ich

dzieci? Może właœnie używajš narkotyków,  kradnš  lub oglšdajš

filmy uczšce złych rzeczy?…

Wœród dogońskich mężczyzn

jest wielu artystów. Potrafiš oni między innymi wspaniale zdobić rzeŸbami

drzwi i okiennice swoich domów. Ale takich obiektów nie znajdziecie tam

wiele – podobno wywożš je bogaci turyœci…

Tradycyjny,

ale zazwyczaj ubierany tylko na szczególne okazje strój każdego szanujšcego

się Dogona to długa szata z kolorowego samodziału nazywana bogola

i trójgraniasta czapka z zabawnymi frędzelkami przymocowanymi do rogów.

Przypomina nam czapki błaznów. Ale oni wcale nie muszš mieć takich

skojarzeń – to przecież ich narodowy strój…

  Tego jegomoœcia z

bliska, a także sporo innych afrykańskich twarzy zobaczyć możecie na mojej osobnej

stronie “LUDZIE  AFRYKI”   

Tylko proszę:

nie zapomnijcie wrócić póŸniej z powrotem do kraju Dogonów. Przed nami jeszcze kawał

drogi!

Tak

wyglšda górna krawędŸ Uskoku Bandiagara. Miejsce na urwisku skšd robiłem

to zdjęcie znajduje się w odległoœci 10 minut marszu od wioski

Begnimato. Kilkusetmetrowy klif wyglšda imponujšco. Tylko nie bardzo

widać to, co jest w dole. To przez ten piekielny harmattan… I tu pora

was ostrzec przed œlepa wiarš w to, co napisano w przewodnikach. 

Harmattan to wiatr wiejšcy od Sahary i niosšcy tumany pustynnego pyłu,

ograniczajšcego widocznoœć. Gdy wieje harmattan tarcza słoneczna wyglšda

tak, jakby bez przerwy była przesłonięta cienkš warstwš chmur.

Zapewniam was, że da się z nim żyć, tyle, że nie zrobicie dobrych zdjęć

przedstawiajšcych krajobrazy – drugi plan zawsze będzie zamglony.

Wyczytałem w przewodniku, że harmattan wieje od połowy grudnia do poczštku

lutego. Zaplanowałem więc podróż tak, aby do Kraju Dogonów trafić na

koniec lutego. To zdjęcie było robione 29 lutego. I niestety widać na

nim, że harmattan wcišż wiał… Podróżnikowi potrzeba też trochę

szczęœcia…   Podobno najlepsze warunki do zdjęć sš tu w

sierpniu – i wtedy przybywa najwięcej turystów. Okres od marca do maja

to czas największych upałów, który lepiej spędzić gdzie

indziej….  

Po

wizycie na urwisku zaczęliœmy ponownie schodzić rozpadlinš do stóp

uskoku. Po drodze (nie pierwszy zresztš raz) Oumar wskazał nam wciœnięte

w skalne półki niskie i prymitywne domostwa zwracajšc uwagę, że

ludzie, którzy je zamieszkiwali musieli być niskiego wzrostu.  W

rodzinach Dogonów z pokolenia na pokolenie przekazywane jest podanie, że

to domostwa małych Tolemów – ludu, który zamieszkiwał Uskok Bandiagara

jeszcze zanim pojawili się tu Dogoni.

Po zejœciu

pod klif szło się już znacznie łatwiej – piaszczystš drogš wzdłuż

której wyrastały malownicze baobaby. Minęliœmy wioski i swojsko brzmišcych

nazwach Dziundziuru i Baguru. W tej ostatniej odnotowałem niewielki

meczecik…  Oumar znał dobrze trasę – w końcu zmierzaliœmy

przecież do jego rodzinnej wsi. Byliœmy zadowoleni z naszego przewodnika

mimo że czasami bywał trochę arogancki, ale dało się z tym żyć.

-Pochodzę z Ende, ale obecnie studiuję w Bamako!  Poleć mnie

polskim turystom!  Polecam: OUMAR  GUINDO ze wsi Ende –

licencjonowany przewodnik po Kraju Dogonów. 

W

piachu i upale idzie się trudno – zapisałem w notesie, ze na pokonanie

10 km potrzebowaliœmy aż czterech godzin. Powietrze jest suche i wypełnione

harmattanowym pyłem, który gromadzi się we włosach i załamaniach

odzieży. Chce się pić. Woda jest w tym kraju rzeczš najważniejszš.

Nie ma wody – nie ma życia. W większych wioskach jest kilka studni – w

małych tylko jedna –  wykopana z reguły na skraju wsi. Pewnie

dlatego, aby można było przypędzić tu także stadko bydła i napoić

zwierzęta…

Na prymitywnym dršgu

zawieszona jest lina z gumowym bukłakiem. Żadnych kołowrotów. Linę cišgnie

się rękoma, by następnie przelać wodę do wiadra niesionego potem na głowie

do domu. Przy studni sš też koryta zrobione z połówki pnia do których

wlewa się wodę przeznaczonš dla zwierzšt. Miejscowi nie pozwalajš

fotografować nawet samej studni – bez ludzi. Poprosiłem Lidę żeby stanęła

przy cembrowinie by wytłumaczyć się póŸniej: – Ja fotografowałem jš,

a nie studnię…

W mijanych

wioskach podziwiałem toginy lub toguny.  Togina to miejsce

spotkań męskiej częœci wiejskiej społecznoœci, gdzie kobiety nie majš

wstępu. MężczyŸni przychodzš tu odpoczšć w cieniu, zapalić, ucišć

sobie drzemkę i pogadać o sprawach dotyczšcych wioski. Fizycznie jest

to  wiata nakryta grubym dachem z wysuszonych badyli. Dach wsparty

jest na drewnianych, rzeŸbionych słupach które najczęœciej sš

prawdziwymi dziełami sztuki snycerskiej. WyrzeŸbione na słupach

postacie to pierwsi Dogoni – od których pochodzi cały lud. I tu pora

napisać o tym, że Dogonowie wierzš, ze ich przodkowie przybyli na

ziemie bardzo dawno temu w kosmicznej arce z gwiazdy, którš  nazywajš

po-tolo, a którš naukowcy identyfikujš z Syriuszem. Dogonowie majš też

wiele innych legend i wierzeń wokół których zbudowano całš szkołę

etnologicznš  przypisujšc przodkom obecnych Dogonów posiadanie

niezwykłych zasobów wiedzy.  Mnie wydaje się to nadinterpretacjš

ludowych podań – doszukiwaniem się w nich czegoœ, czego nigdy w nich 

nie było.  A wszystko to dla zdobycia naukowej sławy…

Natomiast

nie da się zaprzeczyć, że kultura Dogonów jest bardzo ciekawa. 

Zapewne dlatego, że ich obyczaje oparły się obcym wpływom i przetrwały

w niezmienionym kształcie setki lat.  W wioskach

oferuje się turystom wiele ciekawych (i zakurzonych) figurek, masek,

tkanin o takim wzornictwie, jakie trudno znaleŸć gdzie indziej…

Było południe, gdy dotarliœmy

do Ende – dużej i bardzo  rozcišgniętej wsi ponad którš znajduje

się kolejna opuszczona wioska-warownia

schowana pod klifem.  Wspięliœmy się do niej  jeszcze tego samego

dnia. Ale o tym już na kolejnej stronie…