poruszajš się pieszo. Raczej rzadkociš jest widok terenowego samochodu brnšcego
piaszczystš drogš. Częciej widzi się małe motocykle, czasami sš one
wykorzystywane do podwożenia turystów na poczštek trasy trekingowej. Warto
może znać
orientacyjneodległoci między wioskami (cytuję za przewodnikiem Lonely Planet).
Zaczynajšc od południa:
Dżigibombo-Kani Kombole 5 km,
Kani Kombole-Teli 3
km,
Teli-Ende 4 km, Ende-Yaba Talu 4 km, Yaba Talu-Begnimato 3 km,
Begnimato-Nombori 15 km, Nombori-Tireli 7 km, Tireli-Banani 10 km, Banani-Sanga 3
km.
Że dla zaprawionego piechura nie sš
to duże odległoci? Zgoda. Wecie jednak poprawkę na wciekły
upał i częste
postoje na trasie – również dla zrobienia zdjęć.

dobry! – tak witajš się miejscowi. Potem następuje zawsze pytanie: -Sjeło?
Jak zdrowie? Dobrze? Żony też sjeło? A dziadka sjeło?
Po wymianie kilku takich “sjeł” wszyscy idš
dalej… Młodzież wita się raczej słowem UANA’ – Czeć!
Z Nombori do Dourou wracalimy
razem z całš kolumnš kobiet maszerujšcych na targ. Okazało się, że targ rozpoczyna się tu
nie rano – jak u nas ale w rodku dnia… Chyba włanie dlatego, aby ludzie z odległych
wiosek mieli czas przyjć i przynieć na plac targowy swoje towary.

litej skały na której normalnie leżš różnej wielkoci kamienie. Dopiero w targowy
dzień okazuje się, że te kamienie to siedzenia dla poszczególnych przekupek.
Razem z Oumarem przeciskalimy się między kramami… Sprzedawano głównie
warzywa, orzeszki, nasiona. Gdzie w rogu placu czekało na nabywców
kilka kóz z małymi i dwie czy trzy mizerne owce. Obok na ruszcie piekli
kolinę, sprzedajšc jš w porcjach…
– co naprawdę niepowtarzalnego- feeria kolorów, ruch jak w mrowisku i
jednostajny podkład muzyczny w postaci gwaru kobiecych głosów. Trudno było
oprzeć się wrażeniu, że taki targ to także wielkie wydarzenie
towarzyskie. A ten targ w Dourou odmienny od innych również i przez to,
że nie widać tu i nie słychać żadnych samochodów – po prostu do tego
miejsca nie mogš dojechać… Stosy kalabaszowych skorup – wcišż
jeszcze sprzedaje się ich tutaj więcej niż plastykowych misek.
Przekupki wypełniajš je ziarnem, orzechami, drobnymi warzywami…
Niestety fotografować z bliska się nie da – ludzie obserwujš białego i
bardzo ostro protestujš… Ale i tak jest to wspaniałe przeżycie…
Dlaczego mielimy szczęcie
trafiajšc na targowy dzień w Dourou? Dlatego, ze dni targowe w
wioskach Dogonów
wyznaczane sš według bardzo dziwnego kalendarza: odbywajš się co 5 dni.
Wizyty na dogońskim targu nie da się zatem zaplanować w Polsce –
dopiero na miejscu okazuje się, czy będziecie mieć swojš szansę…


sprzedawcy – oferujšcy używanš odzież i kretony na barwne
sukienki dogońskich kobiet majš do dyspozycji kilka zacienionych
daszkami wiat. Zauważyłem, że na targu duże wzięcie ma
piwo robione domowym sposobem z prosa – nazywajš to kendzie lub kondzio –
ma smak naszego piwa słodowego, tyle ze jest bardziej rozwodnione…
trzeba było wyruszyć
dalej, aby przed zmrokiem dotrzeć do kolejnej wioski.

Begnimato nie jest daleko – obie wioski leż na górnej płaszczynie
uskoku. Szlimy 2,5 godziny. Begnimato leży w bardzo pięknej
scenerii – gdy zobaczycie takie samotne baszty skalne to znaczy, że jestecie
na miejscu. Wie jest spora i podobno dzieli się na trzy częci: katolickš,
muzułmańskš i tš, w której zamieszkujš wyznawcy animizmu. W jednej z
chat jest szkoła do której was zapewne zaprowadzš z nadziejš na dotację…
Dzieci będš siedziały na ziemi, jedno będzie sylabizowało po
francusku… Długopisy lepiej dać nauczycielowi – on je
podzieli…

nasze “hotele” na trasie wędrówki przez Kraj Dogonów.
Praktycznie były to chaty zbudowane z gliny i kamienia – takie jak inne
domy w dogońskich wioskach. Wewnštrz były z reguły dwie izby. Jedynymi
sprzętami były twarde łóżka z drewnianych listewek czasem uzupełnianych
bambusowš plecionkš. Zdarzyło się, że takie łóżko zastępowała
zwykła, cienka mata z plecionki położona wprost na klepisku. piwór
okazał się użyteczny nie tylko ze względu na chłód przychodzšcy nad
ranem ale także dlatego, że dawał pewne minimum komfortu.
Kilkanacie
metrów od naszego “hotelu” znajdował się zawsze “pokój
higieniczny” a dokładniej – higieniczna zagroda, bo łazienka nie
miała dachu i przy moim wzrocie głowa zawsze wystawała mi ponad
gliniany murek – mogłem cały czas podziwiać wspaniały krajobraz. Tu do
otworu w podłodze załatwia się potrzeby. A kiedy wieczorem i rano
przychodzi pora mycia miejscowe dziewczyny przynoszš z odległej studni
po pół wiadra wody na turystę i można tym nieco obmyć spocone i
zakurzone ciało. Niestety krępujš się one asystować przy kšpieli i
turysta sam musi polewać sobie kubeczkiem głowę, szyję i na co tam
jeszcze wody starczy… Jak już wspomniałem w żadnej z odwiedzonych
przeze mnie wiosek nie było energii elektrycznej. Warto więc przywieć
tu ze sobš bodaj małš latarkę – staje się niezbędna nie tylko wtedy,
gdy układamy się na klepisku do zasłużonego snu, ale także wtedy, gdy
nocš trzeba wyjć na spacer… Wprawdzie gospodarze dajš do dyspozycji
turystów naftowe lampy (takie jakie u nas zawieszało się na wozach –
przy nich jadalimy kolacje i robilimy notatki) ale zapalenie takiego
urzšdzenia w rodku nocy może być kłopotliwe…


takich warunkach – na “polowym” palenisku przyrzšdza się pożywienie
dla turystów. Rano dostawalimy placuszki z prosa z dżemem, czasem także
bagietkę posmarowanš masłem orzechowym plus kawę i herbatę. Po
południu i wieczorem z reguły ryż, albo kaszę z prosa na gęsto z
porcjš żylastego kurczaka w tłustym sosie z lici baobabu. Nie jestem
wybredny i uważam, że to wszystko było jadalne. Cieszyłem się, że
obchodzi się bez żołšdkowych sensacji aż do ostatniego dnia, gdy po
kolejnej porcji malijskiego “latajšcego kurczaka” (może latać
– bo strasznie chudy i lekki) mój organizm zastrajkował. Radzę
zatem uważać i mieć co na takie okazje w podręcznej apteczce.
powitanie w każdej wiosce w której nocowalimy podawano nam herbatę
nalewanš z metalowego czajniczka do małej szklaneczki z grubego szkła.
Szklaneczka z reguły była jedna i pilimy bardzo esencjonalny i bardzo
słodki napój po kolei. Byłem zażenowany, gdy napełnionš
szklaneczkę podawano mnie jako pierwszemu. Były przecież panie!
Przewodnik jednak szybko rozwiał moje wštpliwoci: w społeczeństwie
Dogonów mężczyzna zasługuje na większy szacunek niż kobieta i
dlatego jest obsługiwany w pierwszej kolejnoci… Gdy napomknšłem
co o kulturze europejskiej szybko zbił mnie z pantałyku: wiem, że
waszym kobietom wolno prowadzić samochody i bywajš one nawet
dyrektorami. Ale czy one wiedzš, co w tym samym czasie robiš ich
dzieci? Może włanie używajš narkotyków, kradnš lub oglšdajš
filmy uczšce złych rzeczy?…
Wród dogońskich mężczyzn
jest wielu artystów. Potrafiš oni między innymi wspaniale zdobić rzebami
drzwi i okiennice swoich domów. Ale takich obiektów nie znajdziecie tam
wiele – podobno wywożš je bogaci turyci…


ale zazwyczaj ubierany tylko na szczególne okazje strój każdego szanujšcego
się Dogona to długa szata z kolorowego samodziału nazywana bogola
i trójgraniasta czapka z zabawnymi frędzelkami przymocowanymi do rogów.
Przypomina nam czapki błaznów. Ale oni wcale nie muszš mieć takich
skojarzeń – to przecież ich narodowy strój…
Tego jegomocia z
bliska, a także sporo innych afrykańskich twarzy zobaczyć możecie na mojej osobnej
stronie “LUDZIE AFRYKI”
Tylko proszę:
nie zapomnijcie wrócić póniej z powrotem do kraju Dogonów. Przed nami jeszcze kawał
drogi!
wyglšda górna krawęd Uskoku Bandiagara. Miejsce na urwisku skšd robiłem
to zdjęcie znajduje się w odległoci 10 minut marszu od wioski
Begnimato. Kilkusetmetrowy klif wyglšda imponujšco. Tylko nie bardzo
widać to, co jest w dole. To przez ten piekielny harmattan… I tu pora
was ostrzec przed lepa wiarš w to, co napisano w przewodnikach.
Harmattan to wiatr wiejšcy od Sahary i niosšcy tumany pustynnego pyłu,
ograniczajšcego widocznoć. Gdy wieje harmattan tarcza słoneczna wyglšda
tak, jakby bez przerwy była przesłonięta cienkš warstwš chmur.
Zapewniam was, że da się z nim żyć, tyle, że nie zrobicie dobrych zdjęć
przedstawiajšcych krajobrazy – drugi plan zawsze będzie zamglony.
Wyczytałem w przewodniku, że harmattan wieje od połowy grudnia do poczštku
lutego. Zaplanowałem więc podróż tak, aby do Kraju Dogonów trafić na
koniec lutego. To zdjęcie było robione 29 lutego. I niestety widać na
nim, że harmattan wcišż wiał… Podróżnikowi potrzeba też trochę
szczęcia… Podobno najlepsze warunki do zdjęć sš tu w
sierpniu – i wtedy przybywa najwięcej turystów. Okres od marca do maja
to czas największych upałów, który lepiej spędzić gdzie
indziej….


wizycie na urwisku zaczęlimy ponownie schodzić rozpadlinš do stóp
uskoku. Po drodze (nie pierwszy zresztš raz) Oumar wskazał nam wcinięte
w skalne półki niskie i prymitywne domostwa zwracajšc uwagę, że
ludzie, którzy je zamieszkiwali musieli być niskiego wzrostu. W
rodzinach Dogonów z pokolenia na pokolenie przekazywane jest podanie, że
to domostwa małych Tolemów – ludu, który zamieszkiwał Uskok Bandiagara
jeszcze zanim pojawili się tu Dogoni.

pod klif szło się już znacznie łatwiej – piaszczystš drogš wzdłuż
której wyrastały malownicze baobaby. Minęlimy wioski i swojsko brzmišcych
nazwach Dziundziuru i Baguru. W tej ostatniej odnotowałem niewielki
meczecik… Oumar znał dobrze trasę – w końcu zmierzalimy
przecież do jego rodzinnej wsi. Bylimy zadowoleni z naszego przewodnika
mimo że czasami bywał trochę arogancki, ale dało się z tym żyć.
-Pochodzę z Ende, ale obecnie studiuję w Bamako! Poleć mnie
polskim turystom! Polecam: OUMAR GUINDO ze wsi Ende –
licencjonowany przewodnik po Kraju Dogonów.

W
piachu i upale idzie się trudno – zapisałem w notesie, ze na pokonanie
10 km potrzebowalimy aż czterech godzin. Powietrze jest suche i wypełnione
harmattanowym pyłem, który gromadzi się we włosach i załamaniach
odzieży. Chce się pić. Woda jest w tym kraju rzeczš najważniejszš.
Nie ma wody – nie ma życia. W większych wioskach jest kilka studni – w
małych tylko jedna – wykopana z reguły na skraju wsi. Pewnie
dlatego, aby można było przypędzić tu także stadko bydła i napoić
zwierzęta…

zawieszona jest lina z gumowym bukłakiem. Żadnych kołowrotów. Linę cišgnie
się rękoma, by następnie przelać wodę do wiadra niesionego potem na głowie
do domu. Przy studni sš też koryta zrobione z połówki pnia do których
wlewa się wodę przeznaczonš dla zwierzšt. Miejscowi nie pozwalajš
fotografować nawet samej studni – bez ludzi. Poprosiłem Lidę żeby stanęła
przy cembrowinie by wytłumaczyć się póniej: – Ja fotografowałem jš,
a nie studnię…
wioskach podziwiałem toginy lub toguny. Togina to miejsce
spotkań męskiej częci wiejskiej społecznoci, gdzie kobiety nie majš
wstępu. Mężczyni przychodzš tu odpoczšć w cieniu, zapalić, ucišć
sobie drzemkę i pogadać o sprawach dotyczšcych wioski. Fizycznie jest
to wiata nakryta grubym dachem z wysuszonych badyli. Dach wsparty
jest na drewnianych, rzebionych słupach które najczęciej sš
prawdziwymi dziełami sztuki snycerskiej. Wyrzebione na słupach
postacie to pierwsi Dogoni – od których pochodzi cały lud. I tu pora
napisać o tym, że Dogonowie wierzš, ze ich przodkowie przybyli na
ziemie bardzo dawno temu w kosmicznej arce z gwiazdy, którš nazywajš
po-tolo, a którš naukowcy identyfikujš z Syriuszem. Dogonowie majš też
wiele innych legend i wierzeń wokół których zbudowano całš szkołę
etnologicznš przypisujšc przodkom obecnych Dogonów posiadanie
niezwykłych zasobów wiedzy. Mnie wydaje się to nadinterpretacjš
ludowych podań – doszukiwaniem się w nich czego, czego nigdy w nich
nie było. A wszystko to dla zdobycia naukowej sławy…


nie da się zaprzeczyć, że kultura Dogonów jest bardzo ciekawa.
Zapewne dlatego, że ich obyczaje oparły się obcym wpływom i przetrwały
w niezmienionym kształcie setki lat. W wioskach
oferuje się turystom wiele ciekawych (i zakurzonych) figurek, masek,
tkanin o takim wzornictwie, jakie trudno znaleć gdzie indziej…
Było południe, gdy dotarlimy
do Ende – dużej i bardzo rozcišgniętej wsi ponad którš znajduje
się kolejna opuszczona wioska-warownia
schowana pod klifem. Wspięlimy się do niej jeszcze tego samego
dnia. Ale o tym już na kolejnej stronie…
