
zawsze kojarzyła mi się z odgłosami afrykańskich tam-tamów. Na miejscu jednak
okazało się, że najbardziej charakterystycznym odgłosem stolicy jest warkot
skuterowych i motocyklowych silników. Tu, jak w Beninie i Togo znowu wielokrotnie
skorzystałem z miejskich przejazdów na motocyklowym siodełku. Zaczęło się od
kursu do sekretariatu Ministerstwa Turystyki – po to, by uzyskać zezwolenie na robienie
zdjęć. Podobno można się bez niego obejć, ale wolałem dmuchać na zimne – a nóż
spotkam jakiego fanatycznego funkcjonariusza? Zamknšć mnie nie zamknš, ale film
mogš zniszczyć… Stosowny papier dostałem na poczekaniu i bez żadnych
opłat… Największym problemem było znalezienie ukrytego w bocznej uliczce
urzędu.

Zamieszkałem
w centrum miasta – w hoteliku Delwende, do którego wchodzi się od podwórka. Pokój z
wiatrakiem i prysznicem kosztował 7000 CFA.
Tak prezentuje się centrum
Ouagadougou. Zdjęcie robione jest z krytego bazaru do którego wchodzi się po szerokich
schodach – jak do wištyni Merkurego… Tkaniny, gospodarstwo domowe,
paczkowana żywnoć, ale sš tam też pamištki dla turystów. Przekupnie sš
sympatyczni, ale przed zrobieniem zdjęć stanowczo radzę zapytać o zgodę.
Ceny
żywnoci sš tu wyższe niż w krajach nad Zatokš Gwinejskš – tutejsze rolnictwo
ma gorsze warunki naturalne a i drogi dowozowe importowanej żywnoci sš dłuższe.
Próbki cen: bagietka – 120 CFA, 1,5-litrowa butelka wody mineralnej – 800, cola – 350, 3
banany – 100, piwo – 600, omlet na niadanie w hotelu – 600.
Stolica Burkiny ze względu
na swoje centralne położenie – (również względem atrakcji turystycznych Mali) jest
często punktem bazowym dla zorganizowanych grup turystycznych. Tu wynajmuje się terenowe
wozy wyposażone w ekwipunek biwakowy, kierowcę i przewodnika i wyrusza się w interior z
możliwocia dotarcia nawet do Timbuktu. Ale koszt takiej ekspedycji rozpoczyna się na
poziomie 100 dolarów za dzień.
Samo Ouagadougou nie może
turycie zaoferować zbyt wielu ciekawych miejsc. Pieszo doczłapałem w upale do
katolickiej katedry – długiego, halowego budynku bez stylu. Ale nie żałowałem:
trafiłem tam na lub czarnej pary, któremu asystował tłum odwiętnie ubranych
goci.


miejscowe panie majš zwyczaj ubierać się bardzo kolorowo. Pod lunymi
sukienkami, które na brzegach obowišzkowo obszyte sš koronkš nosi się rodzaj
szarawarów uszytych z tego samego materiału. Elegantki… Wcale nie wzbraniały się
przed zdjęciami…
Ciekawe,
że chrzecijanie stanowiš tylko 10 procent miejscowego społeczeństwa. Reszta to mniej
więcej po połowie muzułmanie i wyznawcy animizmu.
Burkina okazała się biedna ale bardzo
sympatyczna, szczególnie jeli chodzi o kontakty z ludmi.

w XV wieku istniało na terenie dzisiejszej Burkiny królestwo Mosi. Przetrwało jako
niepodległe państwo aż do 1896 roku, gdy anektowali je Francuzi. Władca Mosi odgrywał
coraz mniejszš rolę. Gdy 1 1960 roku kraj uzyskał niepodległoć pozostała mu
rola marionetki.
Skromna
siedzibę Moro-Naba, króla Mosi można zobaczyć przez płot w pobliżu katedry.
To co widać na pierwszym planie to meczet.
Właciwy pałacyk widać w głębi.

Burkiny należy szukać w Maison du Peuple – wielkim “pałacu kultury” stojšcym
za rozległym podwórkiem. Niestety okazuje się, że instytucja czasowo jest zamknięta.
Pozostaje mi obronięty kramami Wielki Meczet (na
zdjęciu obok) – też na głucho zamknięty blaszanymi wrotami. Wierni modlš się pod
murami na zewnštrz… Czynny był natomiast Centre d’Artisanat, gdzie
produkujš i sprzedajš wyroby rękodzieła artystycznego. Sal jest kilka. Tu
rzebiš, tam nacišgajš skórę na bębnach, jeszcze gdzie indziej produkujš batiki i
metalowe figurki. A wszędzie wspominajš o pienišdzach za filmowanie… I tu
przydaje się papier z Ministerstwa: -Przecież mam zezwolenie, a to państwowa instytucja
!

W
“Centre” ceny sš raczej wysokie. Takie same pamištki można
wytargować taniej na straganach, które stojš na ulicy przez warsztatami. Szczególnie
podobały mi się filigranowe mosiężne figurynki…
Nieco dalej – za rogiem jest
okazała poczta, przed którš sprzedajš pocztówki po 200 CFA, a naprzeciwko niej –
bardzo sympatyczne internet cafe, skšd wysłałem w wiat moje maile płacšc 1000 CFA
za kwadrans przy komputerze. Potem przyszła pora ruszać w drogę…
północ tym drogi były gorsze i tym trudniej było znaleć rodki transportu.
Aby znaleć transport ze stolicy do Ouahigouya
ponad dwie godziny czekałem przy drodze w afrykańskiej spiekocie. W końcu
przyjechał minibus z takš stertš bagażu na dachu, że zachodziła obawa, iż na
kolejnym zakręcie może się przewrócić. W pogoni za zyskiem afrykańscy kierowcy
bardzo często przeładowujš swoje pojazdy. Efekty tego to oglšdane wzdłuż dróg
wypadki. Ten mikrobus jednak do celu jednak dojechał…
się z góry: tym razem 2000 CFA. Obok mnie siedział kocisty staruszek z
zainteresowaniem przyglšdajšcy się mojej kamerze. Wysiadł pod koniec trasy na
pożegnanie ciskajšc mi uroczycie rękę. -Au revoir Pologne!
Za oknem pojazdu coraz bardziej wysuszona
sawanna usiana majestatycznymi baobabami. Szybujšce sępy. Z północy- od Sahary wieje
harmattan – wiatr niosšcy tumany pustynnego pyłu. Ogranicza widocznoć, sprawia, ze
niebo nie jest błękitne lecz szarawe. Jest koniec lutego – hatmattan zwykle kończy się
w połowie lutego. Pech! No cóż, nie tylko u nas zdarzajš się anomalia pogodowe.
Przez okno zatrzymujšcego się na każde
żšdanie wehikułu można podglšdać życie. Na przykład kobiety, które w
przydrożnym kurzu piekš w garze umieszczonym na kilku kamieniach tutejsze pšczki…


bosonoga, ale bardzo kolorowa bieda…
Podobno jeszcze ciekawszy folklor można zobaczyć we wschodniej częci
kraju, gdzie w każdy czwartek w miejscowoci Gorom-Gorom odbywajš się słynne targi.
Do Gorom-Gorom przybywajš podobno ludzie nie tylko z Burkiny, ale i z krajów sšsiednich:
Nigru i Mali. Problemem jest tylko dojazd: podróżujšc samotnie lokalnym
transportem, na zjazd z głównej trasy do Gorom musiałbym mieć jakie dodatkowe 3 dni.
Niestety urlop był na to zbyt krótki… Znacznie łatwiej dotrzeć
tam dysponujšc wynajętym w Ouaga landroverem z miejscowym kierowcš, ale to
kosztuje jakie 100 USD od osoby dziennie…

Takich
wiosek, złożonych z okršgłych chat krytych strzechš widzi się po drodze wiele.
Pełna egzotyka i jednoczenie wyglšdajšca zewszšd bieda. Roczny dochód na głowę
mieszkańca wynosi w Burkinie niewiele ponad 200 dolarów.

który zmierza do Kraju Dogonów w Mali Ouahigouya (czwarte co do wielkoci miasto w
Burkinie) jest ważnym punktem etapowym – tu kończy się asfaltowa szosa. Szutrowš
drogš w kierunku granicy powinien codziennie odjeżdżać jaki rodek publicznego
transportu. W praktyce różnie to bywa… W Ouahigouya czekała jednak dobra
nowina: następnego dnia będzie autobus i to jadšcy aż do Koro – pierwszej większej
wioski po malijskiej stronie.

Wybór
hoteli jest tu niewielki. Najdogodniej położony – przy wylotowej drodze do Mali- jest
hotel Przyjań ( “l’Amitie” – 5600 CFA za pokój z prysznicem i
wiatrakiem). Pokoje sš przestronne, ale okazało się, że majš jednš poważna
wadę: nie majš gniazdek, a zastosowane do owietlenia żarówki bagnetowe
uniemożliwiajš użycie “złodziejki”. Na kolację musiałem niestety ić do
ulicznej garkuchni…
Kolejnego dnia wstałem
wczenie i powędrowałem na bazar…
Warto
go odwiedzić. Zadziwia obfitoć warzyw i owoców. Ale sš tu także artykuły
gospodarstwa domowego, wypalone z gliny stšgwie na wodę i odzież… A najważniejsze,
że w polu widzenia nie widać żadnych innych turystów…
Spotkałem jš
wieczorem na głównej ulicy miasteczka. Przy kaganku sprzedawała pomarańcze. Zaprosiła
mnie do swojego domu na peryferiach: z ciasnego dziedzińca po którym wałęsa się
cielak i dwie kozy wchodzi się do poszczególnych izb o glinianych cianach. W
reprezentacyjnym pomieszczeniu, w którym przebywajš tylko mężczyni jedynš ozdobš
jest wiszšca na cianie stara szabla. Bieda wyglšda z każdego
kšta… Rano spotkałem jš ponownie – na zakurzonym placu noszšcym dumne
miano dworca autobusowego – przyszła w pięknie wyszywanej sukience. Chciała, by zrobić
jej zdjęcie…
Zrobiłem…
Black lady from Ouahigouya


Autobus
okazał się ciężarówkš z daszkiem do której wstawiono twarde ławki.
Trochę to przypominało wóz do transportu bydła… Ale i tak
cieszyłem się, że cokolwiek w tš stronę jedzie. Stan wyboistej szutrowej drogi,
która była przed nim uzasadniał użycie takiego solidnego wehikułu. Czapki
lub zawoje na głowy, okulary na oczy i chustki na twarze – tak jechalimy do
granicy. Gdzie przy drodze pozostawiona wiele lat temu tablica: “Terytorium
Górnej Wolty”… I bylimy już w Mali.

posterunku zastalimy urzędujšcego w gliniaku jednego tylko malijskiego żołnierza,
który nie wstawił nam nawet pieczštki do paszportu.
ponad 20 km… Ciężka próba dla naszych poobijanych na twardych ławkach
siedzeń…. Ale o tym co tam się wydarzyło już na kolejnej
stronie…
do Mali