
graniczna po stronie Wybrzeża Koci Słoniowej nazywała się Niangoloko. Potem
był mostek na rzece i kilka kilometrów jazdy przez busz. Wreszcie burkiński
posterunek w Yendere. Odprawa idzie tu sprawniej i co najważniejsze funkcjonariusze znowu
się umiechajš! Burkina od pierwszych minut zdobywa mojš sympatię!…

nasza landara pędzi już dalej wród sawanny z której od czasu do czasu wyrastajš
malownicze baobaby. -Chętnie zabieram do mojego wozu białych turystów – zwierza mi się
kierowca – wtedy wojskowi na posterunkach po tamtej stronie traktujš nas trochę lepiej i
nie sš tak nachalni w dopominaniu się o łapówki!
Jedyne miasteczko na trasie to Banfora. W
pobliżu sš wodospady i jeziorko w którym mieszkajš hipopotamy. Jeli będziecie
mieli doć czasu, to warto tu zrobić przystanek…
Na
posterunkach kontrolnych pojawiajš się żebrzšce dzieci z metalowymi puszkami w rękach
– to co nowego. Widać, że to biedniejszy kraj, ale jego mieszkańcy w swojej trudnej
sytuacji wcale nie tracš humoru i chęci do życia… Czasem mignie wród zaroli
malownicze skupisko glinianych chat. Wyprzedzamy bez trudu pocišg, który pełznie
tak wolno, że pasażerowie w czasie jazdy spacerujš po dachach wagonów. Zapadał już
zmrok, gdy wtoczylimy się w uliczki Bobo Dioulasso – drugiego co do wielkoci miasta
tego kraiku. Przypadkowo zauważam po drodze szyld polecanego w przewodnikach hoteliku
“Le Pacha”. Włacicielami sš sympatyczni Francuzi. -Za pokój z wiatrakiem i
łazienkš w korytarzu zapłaci pan 6500 CFA! To więcej niż oczekiwałem, ale
pokój jest duży i czysty, a ja – zmęczony więc zostaję. Niestety w całej dzielnicy
trwa awaria sieci wodocišgowej – na moje potrzeby dostaję wszystkiego pół wiadra wody.
Nie muszę dodawać, jakie to rozczarowanie po dniu spędzonym w kurzu i upale.
Afryka… Francuzi prowadzš także restaurację, gdzie dużš porcję
ryby z ryżem można zjeć za 4000, piwo kosztuje 850, a omlet z kawš na niadanie –
1500. W “Le Pacha” znajduję kilku zachodnich turystów. Wszyscy zwiedzajš kraj
wypożyczonymi landroverami. Niestety nikt nie zmierza w mojš stronę… Udaje się
jednak wycišgnšć z nich chociaż trochę użytecznych informacji…

ulica w Bobo wysadzana drzewami
kapokowymi

zwiedzanie Bobo – tak miejscowi skracajš sobie skomplikowanš nazwę Bobo Dioulasso.
Ocienione wysokimi drzewami ulice tworzš tu sympatyczny
nastrój… Najciekawszym obiektem w miecie
jest Grande Mosque – muzułmańska wištynia z 1880 roku zadziwiajšca oryginalnym
stylem. Nazywajš go stylem sudańskim, ale byłem w Sudanie i takich meczetów nie
widziałem wiec mylę że trafniejsze będzie okrelenie: styl Sahelu lub styl
saharyjski.

jest miejsce, gdzie rozłożyli swojš produkcję miejscowi garncarze, a za ich stylowymi
domkami rozpociera się niezbyt rozległe, ale wcišż bardzo autentyczne Stare Miasto
(Vieux Quartier) – labirynt wšskich uliczek wypełnionych gliniakami. Przed meczetem
urzęduje kilku bardzo natarczywych przewodników oferujšcych nawet wizyty w typowych
domach, ale nie wzbudzajš zaufania…
Bobo jest budynek dworca kolejowego nawišzujšcy swojš architekturš do saheliańskiego
stylu. Mizernš współczesnš katedrę można sobie spokojnie darować… Co
jeszcze warto zobaczyć?
Tak
– w Czarnej Afryce niewiele znajdziecie zabytków architektonicznych, w dodatku zachodnia
częć kontynentu (w odróżnieniu od wschodniej) nie może się pochwalić bogactwem
fauny – nawet w nielicznych parkach narodowych pozostały tu tylko ladowe iloci
zwierzšt. Dla mnie najciekawsi byli tu ludzie.
Czarni, szczerzšcy zęby w umiechu, patrzšcy z zaciekawieniem na białego faceta
snujšcego się samotnie w tym obezwładniajšcym upale. Wystarczyło oddać umiech i
wykazać trochę zainteresowania ich czarnš osobš i… już miałe
przyjaciela – takiego jak choćby ten wędrowny krawiec na zdjęciu…
Burkina Faso jest państwem pozbawionym
dostępu do morza, terytorialnie prawie tak dużym jak Polska. Ludnoci ma jednak tylko
10,5 miliona. Jak na Afrykę to jednak sporo…

Bez teleobiektywu niewiele można
zarejestrować!
W okolicach Bobo w
odległoci godziny jazdy wyboistš szutrówkš jest w buszu spore jeziorko
zamieszkane przez hipopotamy i wodne ptactwo. (H na mojej mapce) – Publiczna
komunikacja tam nie dociera – potrzebny terenowy wóz! Musisz znaleć Agence de
Voyage Abu Bakar przy hotelu Soba – on organizuje wycieczki! Znajduję i wkrótce
jestemy już w drodze… U celu trzeba jeszcze za 2000 CFA wynajšć przewonika,
bo do “hippos” płynie się łodziš…
Sš:
najpierw jeden samotnik, potem cała rodzinka liczšca 8 czy 9 osobników. Pufajš i
prychajš. Spłoszone pojawieniem się łodzi odpływajš wkrótce w kierunku rodka
jeziora. I choć te hipopotamy swoim zachowaniem mogš turystę rozczarować (wcale nie
lubiš wychodzić z wody aby pozować, a gdy pływajš, to widać im tylko głowy – jak na
powyższym zdjęciu) to wyprawa do Mare aux Hippopotames może być ciekawa – również ze
względu na to, co można zobaczyć po drodze. Czerwona szutrówka przebiega
obok kilku wiosek… Wystarczy na chwilę przystanšć i wejć między gliniaki, a zaraz
zbierze się gromada bosonogich dzieciaków gotowa pozować do zdjęć (nie całkiem
bezinteresownie) W nierównych uliczkach i na podwórkach toczy się codzienne życie: w
dużych drewnianych stępach – takich jak na zdjęciu – obok kobiety tłukš ziarno na
popołudniowy posiłek, starsze kobiety przędš bawełniane nici, wałęsajš się
niemrawo zmęczone upałem domowe zwierzęta…


bardzo fotogeniczny meczecik w stylu Sahelu. Gdy przez szparę w zamkniętych drzwiach
zajrzałem na dziedziniec okazało się że ma on wymiary zaledwie 5 na 6 metrów… Ale
widać taka wištynia zaspokaja potrzeby mieszkańców…
Za wioskš przez drogę przebiega para małp – jedyna
tego dnia. Pisałem już o tym, że w zachodniej częci Afryki dzikich zwierzšt turysta
nie zobaczy wiele…

utrzymania ludzi w tych okolicach jest prymitywne rolnictwo, hodowla kóz i owiec oraz
uprawa bawełny, której sprzedaż za granice daje aż 45 procent przychodów tego kraju z
eksportu. Pryzmy bawełnianych kulek leżš na piasku pod gołym niebem. Nie ma obawy, aby
zmoczył je deszcz, bo o tej porze roku (nasza zima) nie spada ani kropla dżdżu –
deszcze zaczynajš się dopiero w maju…

Ciekawostkš,
która mnie zainteresowała sš setki stojšcych wzdłuż drogi termitier, które
kształtem przypominajš… grzyby. Wysokoć tych dziwnych budowli dochodzi do 50
cm…
Wycieczka trwała 4 godziny.
Przewodnik i jednoczenie kierowca spisał sie dobrze więc mogę wam polecić Abu Bakara
Sanogo w Bobo – podobno zwykle można go znaleć pod numerem telefonu 98 28 01

drzewkami sawanna: typowy krajobraz południowej Burkiny. Takie widoki królujš za
oknem samochodu także podczas jazdy do stolicy kraju. Zanim pożegnałem Abu Bakara
udało mi się jeszcze wyjanić pewnš zagadkę: so to w miejscowym
narzeczu dom. A że w okolicy od wieków mieszkajš plemiona Bobo i Dioula to
Bobo Dioulasso – nazwa tego miasta znaczy po prostu “dom Bobo i Dioula”
W
przelotowej ulicy Bobo noszšcej dumnš nazwę Bulwaru Rewolucji odnajduję miejscowš
“gare routiere”. Autobus do stolicy? Najbliższy o 14.00! Jakš
klasš pan sobie życzy? Szeroko otworzyłem oczy: tego jeszcze w Afryce nie było.
Okazuje się, ze o tej samej porze odjeżdżajš 3 autobusy: 1 klasy, 2 klasy i trzeci z
“naturalnš” klimatyzacjš czyli otwartymi oknami. Decyduję się na drugš
klasę za 5 tysięcy CFA. Czas pokaże, że jest to słuszna decyzja, bo ochroni mnie
przed tumanami czerwonego pyłu podnoszonymi przez koła pojazdu na licznych objazdach
występujšcych na tej trasie… W Ouagadougou będziemy już po zmroku – po pięciu
godzinach jazdy…

