
Bissau lšdem można praktycznie wjechać tylko z dwóch stron: głównš trasš z
Senegalu i “tylnymi drzwiami” od strony Koundary w tej dużej Gwinei. Nie muszę
dodawać, że to peryferyjne przejcie graniczne do zapomnianego kraiku służy
praktycznie tylko miejscowym… Nawet w przewodniku Lonely Planet nie ma jego
nazwy… Wioska po stronie Gwinei nazywa się Kondika, a do placówki
portugalskojęzycznych funkcjonariuszy z Bissau w Buruntuma trzeba przejechać od niej szutrowš drogš jeszcze jakie 3 kilometry…
Funkcjonariusz, który mnie wypuszcza z Gwinei pracowicie wypełnia moimi danymi druk
formatu A4 i bezczelnie żšda 1000 franków napiwku. Nie masz? To mogš być
CFA! On się nie pieszy… Władza jest bardzo, bardzo daleko…

powiadajš, że jestem na granicy pierwszym białym od trzech dni… Wstawiajš mi
pieczštkę do paszportu, ale nikt nie zapisuje moich danych. Gdybym zapadł się pod
ziemię o kilometr dalej nikt nie będzie w stanie ustalić, czy w ogóle do Gwinei Bissau
wjechałem. Za to młodzi funkcjonariusze bardzo skrupulatnie przetrzšsajš bagaże
miejscowych. Mnie jako darowali tš przyjemnoć…
szlabanu przegradzajšcego szutrowš drogę dwa rzędy ubożuchnych straganów, a w nich
jedynie podstawowe artykuły: ryż, cukier, cebula, puszkowane mleko w proszku… Nigdzie
nie ma coli, ale znajduję butelkę portugalskiej wody mineralnej za 800 CFA… Bo
niedawno Gwinea Bissau zrezygnowała z własnej słabej waluty (peso) na rzecz franka
afrykańskiego, którym płaci się w kilku ociennych krajach. Trudno mi się tu
dogadać – znam zaledwie kilkanacie portugalskich słów…
Chcšc się dostać do pierwszego większego
miasteczka – Gabu miałem do wyboru mikrobus za 1000 lub zbiorowš taksówkę za 1500.
Wybór tylko teoretyczny. Publiczne rodki transportu w Afryce ruszajš w trasę dopiero
wtedy, gdy majš komplet pasażerów. Po pół godzinie zabralimy jako komplet do
taksówki. Nie wiadomo, czy mikrobus zapełnił się przed wieczorem… Do Gabu jest 66
km. W mijanych wioskach duże, okršgłe chaty. Gdzie w połowie trasy, za mostem
pojawia się w końcu asfalt, ale tak podziurawiony, że kierowca lawiruje po nim jak
pijany albo wręcz zjeżdża na pobocze.


bazarowych kramach cišgnšcych się wzdłuż przelotowej drogi. Żadnego białego na
ulicy… Gabu. Niegdy drugi co do ważnoci orodek portugalskiej
kolonii. Dzi senne miasteczko ze zniszczonymi pozostałociami kolonialnej
architektury… Maleńki i zamknięty na głucho katolicki kociółek. Zarzucam na
grzbiet zakurzony plecak. Czarni gapiš się na mnie, ale nie na jak na łakomy kšsek
tylko jak na zabawne dziwadło…

Oasis! – powtarzam wyszukanš w przewodniku nazwę. Bosonogi chłopak prowadzi mnie
pylistš uliczkš między gliniane chaty. Kurz osiada na spoconym czole… Tutaj!
Parterowy dom za płotem z chrustu ma nawet wyblakły szyld… Jest pokój z czystym
przecieradłem. Zamiast prysznica wiadro wody do polewania. Wiatrak jest, ale
będzie działał jak będzie pršd. A pršd będzie, jak wieczorem uruchomiš mały
agregat w podwórku. 6000 CFA. Biorę!

na dwie częci. W północnej Portugalczycy wytyczyli szerokie ulice, dzi
niepotrzebne, bo jeżdżš nimi prawie wyłšcznie rowery i ole zaprzęgi. Przez lata
nawiało na nie sporo piasku. Tu i ówdzie wałęsajš się winie. Zaniedbane domy z
długimi balkonami i podcieniami… Teraz już nikt takich tu nie buduje… U
dziewczyny, która cały dzień siedzi na krawężniku za 100 CFA dostać można 2
gotowane jajka lub 4 obrane pomarańcze…

można znaleć co zimnego do picia rozpoznaję po odgłosach pyrkajšcych agregatów –
tylko tam funkcjonujš lodówki… Jest kilka barów z hałaliwš muzykš. Puszka coli
wypita przy tej muzyce kosztuje 500 “afrykanów”… Za tš samš
kwotę dostać można małš butelkę portugalskiego piwa “Cristal”. Mylę,
że to drogo i że to piwo przebyło długš drogę z Półwyspu Iberyjskiego do tego Gabu
w afrykańskim buszu…

porcję kurczaka z ryżem i frytkami za 1500 CFA. Doliczajš mi do tego 20% podatku
– cóż nowy rzšd też musi się z czego utrzymywać…
Na południe od drogi jest inne Gabu. Gabu
okršgłych chat pod strzechami, które sš tu znacznie obszerniejsze niż w innych
krajach Afryki. Niektóre tak duże, że przypominajš mi namiot wędrownego cyrku… W
takim otoczeniu tu mieszkam…
Gdy
pod wieczór powłóczšc nogami w upale wracam do mojej “oazy” widzę przy
jednej z chat odwiętnie ubrany tłumek… Zaglšdam na podwórko. Kobiety pitraszš
co w wielkich garach ustawionych na prymitywnych paleniskach. miejš się do mnie
gadajšc co po swojemu, gdy niedyskretnie zaglšdam pod pokrywki… Tu ryż, a tam to
chyba kłšcza manioku… Bariera językowa jest trudna do sforsowania… W
końcu która z nich rzuca zrozumiałe dla mnie francuskie słowo: wesele. Wesele!
-Wesele – dzi? Nie! Wesele – wczoraj! Dzi – zabawa! I już rozumiem:
znaczy że trafiłem na poprawiny… W pół godziny póniej przed chatš zaczyna
grać ludowy zespół składajšcy się z przedziwnego długiego fletu, bębna i szarpanego
instrumentu, co rezonator ma zrobiony z połówki kalabaszowej skorupy. Muzycy sš
niezmordowani. Niekończšcy się rytm wprawia w rodzaj transu i dorosłych i stojšce
wianuszkiem dzieciaki. Ale popisy taneczne sš o dziwo indywidualne: tancerz wychodzi z
tłumu i popisuje się na klepisku przed zespołem rzucajšc po kilku minutach muzykantom
monetę. I wycofuje się do swoich. Potem w polu widzenia pojawia się następny…
Płynie monotonna melodia… W końcu mimo woli zaczynam podrygiwać razem z nimi – ku
wielkiej uciesze czarnej i sympatycznej gawiedzi…


Dajš mi do zrozumienia, że sš zawiedzeni… Jak im wytłumaczyć, że całš
poprzedniš noc spędziłem miotany na wertepach we wnętrzu
zatłoczonej “taxi-brousse” gdzie między Labe i Koundarš? I że po
upalnym dniu ledwo trzymam się na nogach? Długo w noc jeszcze słyszę
dwięki tej muzyki leżšc nago pod wirujšcym wiatrakiem. Takie
wieczory nieprędko się zapomina. Afryka, prawdziwa Afryka…

kilometrów dzieli Gabu od położonego na wybrzeżu Bissau. Można je pokonać kandongš
– takim oto przewiewnym pojazdem z twardymi ławkami ustawionymi wzdłuż burt…
Mnie jednak przytrafił się szybszy wehikuł: mikrobus, w którym za 2000 CFA dostałem
honorowe miejsce obok kierowcy. Na dachu naszego pojazdu też beczało z pół
tuzina spętanych kóz. Byle tylko nie wybrudziły plecaka!

między taczkami na których przywieziono na sprzedaż wieże bagietki i przekupkami,
które siedzš przy misternie ułożonych kupkach węgla drzewnego. Potem dziesištki
kilometrów jazdy wród plantacji drzew cajou (nie jestem pewien pisowni) których
czerwone owoce – słodkie lecz podobne do papryki eksportowane sš do Europy. Wysokie
termitiery. Posterunki kontrolne. Unieruchomiony czołg przy wjedzie do Bissau…
stolicy Gwinei Bissau nie jest długa i biegnie od pałacu prezydenckiego do portu. Taki
widok roztaczał się z werandy mojego hotelu położonej na wysokoci drugiego piętra .
Ta stara, kolonialna instytucja miała wielkie, wysokie pokoje z drewnianymi żaluzjami w
oknach i sympatycznš starszš Portugalkę, która zarzšdzała interesem. Polecam: Pensao
Central. Za wielki pokój z małżeńskim łożem, wentylatorem i łazienkš na
korytarzu zapłaciłem 15 000 CFA … Drogo ale bezpiecznie…
Dopiero
po rozpakowaniu się, gdy ochoczo pobiegłem do łazienki z nadziejš na ożywczy prysznic
– pierwszy od trzech dni – okazało się, że wody w rurach nie ma. Skšd mogłem się
domylić? Przecież to centrum stolicy! Po interwencji czarna pokojowa przyniosła
mi wiadro i kubeczek. Zawsze to co… szczególnie w Gwinei Bissau! Wzdłuż
centralnej Avenidy Cabral stojš niskie, postkolonialne gmachy sšdu i ministerstw. Jest
też poczta, a naprzeciwko niej bodaj najważniejszy obiekt architektoniczny miasta –
katedra wzniesiona przez Portugalczyków. Wnętrze jest bardzo skromne. Majš tu swojego
czarnego biskupa, którego zdjęcie z Janem Pawłem II wisi w przedsionku. Warto może
wiedzieć, że tylko 5 procent społecznoci tego kraju to chrzecijanie. 55% to wcišż
animici, a aż 40% to muzułmanie. W centrum miasta nie mogłem znaleć
piekarni, ale w cieniu przed katedrš od rana do zmroku siedzi dziewczyna sprzedajšca z
koszyka bagietki po 150 CFA. Na poczcie można kupić znaczki na pocztówkę do Europy po
300, ale samych pocztówek nigdzie nie widać – widać turystów tu wcišż niewielu i
brak popytu.


fragmentem miasta jest niewielka kolonialna dzielnica przy porcie. Jednopiętrowe, stylowe
domy sš obecnie odnawiane, w piaszczystych uliczkach włanie kładli asfaltowš
nawierzchnię. Finansuje to UNESCO. Podcienia jak przed wiekami chroniš
przechodniów przed palšcym słońcem, a na cianach zobaczyć można tu i ówdzie
dekoracje z majolikowych płytek – jak w Lizbonie.
Na
drugim końcu Avenidy Cabral jest rondo z pomnikiem przy którym straszy powybijanymi
szybami pałac prezydencki. Przez zniszczone okna widać częciowo wypalone wnętrza.
Stoi tak od zakończenia niedawnej wojny domowej. Gwinea Bissau nie miała szczęcia.
Niepodległoć uzyskała dopiero w 1974 roku, gdy w Portugalii upadł faszystowski
reżim Salazara. Następne lata to okres braku stabilizacji i wzajemnego zwalczania się
różnych ugrupowań politycznych. Dziwne, że w tym małym kraiku majšcym zaledwie nieco
ponad milion mieszkańców nie mogli się dogadać. Podłożem jest bieda – Gwinea Bissau
jest jednym z najuboższych krajów wiata… Ubogim i zapomnianym… Jeden jedyny
samolot do Europy startuje tylko raz w tygodniu. Jest to rejs kompanii TAP do Lizbony. Gdy
rozważałem możliwoć awaryjnego dotarcia do Bissau samolotem z sšsiedniej Gwinei
okazało się, że nic tam nie lata…
W północnej częci
miasta ulice nie majš nawierzchni a domy sš znacznie uboższe. To tu znajdziecie
największe (ale wcišż relatywnie małe) meczety do których nie wolno wam będzie
wchodzić. W tej częci miasta trzeba też bardzo uważać ze zdjęciami. Generalnie
ludzie tu mili, ale wszędzie mogš znaleć się się krzykacze…


centrum miasta szukałem jedzenia. Z tyłu za pocztš był kiedy kryty bazar –
Mercado Central. Był, ale się zawalił… Nieliczne przekupki oferujš owoce
i warzywa przed wejciem. Jest tu drożej niż na prowincji: dorodna papaja kosztuje
1000, a cztery owoce mango – 750. Żywnoć importowanš można kupić w przecznicy
– w prowadzonym przez Portugalczyków małym supermarkecie: puszkę parówek za 650,
wodę mineralnš za 500, litrowš butelkę piwa za 1000…
elita spotyka się w lodziarni “Baiana” przy placyku Che Guevary. to bardzo
eleganckie miejsce w stolicy pozbawionej Hiltonów i Sheratonów. A po zmroku
wcišż lepiej nie wychodzić na opustoszałe ulice… Pokój wcišż wydaje się raczej
kruchy, a władza – słaba…

wyruszyłem głównym szlakiem zaopatrzeniowym z Bissau do Senegalu… Na tej
głównej szosie do pokonania sš dwie szeroko rozlane rzeki. Mostów tu pewnie
nigdy nie będzie. Na promy takie jak ten przychodzi zazwyczaj długo czekać
dlatego w trasę wyruszajcie wczenie. Za przeprawę trzeba zapłacić każdorazowo 150
CFA – niezależnie od 3200 CFA inkasowanych za miejsce w zbiorowej taksówce do
senegalskiego Ziguinchor.
przycisków można przejć do poprzednich krajów, które odwiedziłem w tej podróży:
dotarłem szczęliwie w południe, by bez popasu skierować się do Gambii. Ale o
tym już na kolejnej stronie…
do Senegalu i Gambii