NIGERIA

była Nigeria – kraj w chwili obecnej zdecydowanie nie wart odwiedzenia: niebezpieczny, o
słabej, ale za to bardzo skorumpowanej władzy, gdzie publiczni funkcjonariusze
potrafiš pod byle pretekstem wymuszać na cudzoziemcach haracz. A w moim programie
Nigeria znalazła się tylko dlatego, że Alitalia zaoferowała mi wyjštkowo korzystnš
taryfę lotniczš na przelot z Polski do Lagos i powrót z odległego Dakaru do Polski:
660 USD. Postanowiłem wykorzystać przypadkowš szansę i powiecić pół dnia na
poznanie stolicy Nigerii. Lagos okazało się wielkim, brudnym i zaniedbanym
miastem, o zatłoczonym ródmieciu pełnym kurzu i samochodowych spalin. Centrum
metropoli położone jest na wyspie i mimo kilkunastu eleganckich wieżowców wzniesionych
wzdłuż wšskich ulic nie robi najlepszego wrażenia.

“turystycznym” obiektem w stolicy wydaje sie być skromne muzeum, w którym
eksponuje się ceramikę, ozdoby, instrumenty ludowe i wyroby z bršzu. Wszystkiego nie
widziałem, bo w centrum miasta nie było wiatła (ponoć to częste zjawisko). Mniej
więcej w połowie długoci centralnej ulicy Broad St jest wydłużony plac Tinubu
Square, który z dużym prawdopodobieństwem nazwać można centralnym punktem Lagos.
Kilka palm wyrasta tu ponad morze kramów. Płaci sie w nich miejscowš walutš – naira.
Przelicznik jest prosty: 1 USD=100 naira. Bochenek chleba kosztuje 80 naira…

zdjęć. Grupka miejscowych mężczyzn zauważyła z odległoci około 30 metrów, że
podnoszę kamerę do oka. Po chwili byli już przy mnie: z krzykiem domagajšc się
pieniędzy. Policjanta oczywicie w okolicy nie było, zrobiło się niewesoło… Tylko
spokojowi i temu, że był przy mnie zaprzyjaniony Murzyn zawdzięczam wyjcie z tej
opresji. Ambasady wszystkich chyba europejskich krajów odradzajš swoim obywatelom
piesze spacery po Lagos – nawet w biały dzień. Rzeczywicie: nie jest przyjemnie,
ale bez przesady, niektóre wielkie miasta Azji czy Ameryki Płd. wyglšdajš całkiem
podobnie…
minibusem zwanym dalfu dojechałem z moim tobołkiem i opiekunem do skrzyżowania
ulic nazywanego Mile Two. To stšd, z wyboistego i pełnego kurzu placu odjeżdżajš
różnej wielkoci wehikuły w kierunku odległej o zaledwie około 40 km granicy z
Beninem. Wybralimy zbiorowš taksówkę za 400 naira, która przejechała jednš
trzeciš trasy i… padła. Na szczęcie w pobliżu był warsztat naprawczy
“Pod Palmš”.
Przejcie graniczne w małej wiosce Owode zapamiętam na długo. A to dlatego, że na
białego po nigeryjskiej stronie czeka tam cały cišg upokorzeń i nagabywań o
pienišdze. Jest on kolejno przesyłany od szopy do szopy: tu kontrola jawnej
policji, tam tajnej policji, potem antynarkotykowa, sanitarna, immigration,
celnicy… A każdy chce co wyłudzić albo po prostu z nudów popastwić się
nad tym białym… Pogranicznik Beninu urzędujšcy już po drugiej
stronie szlabanu, który bezprawnie inkasuje “tylko” 100 naira opłaty za
pieczštkę do paszportu wydaje się przy nich aniołem… Ale w końcu
jestemy jednak w Beninie – o wiele sympatyczniejszym kraju i… zaczynamy mówić
po francusku ! Miejsce w zbiorowej taksówce do Cotonou kosztuje 1000 CFA –
franków Zachodniej Afryki.


W poprzednim dziesięcioleciu rzšdził w kraju bardzo lewicujšcy prezydent – stšd
obecnoć w Cotonou Placu Czerwonej Gwiazdy i monumentalnych
pomników…
Osobicie
wolę dawnš nazwę tego kraju – Dahomey. Jest on trzy razy mniejszy od Polski
i zamieszkany przez jakie 6 milionów ludnoci, której większoć wcišż wyznaje
animizm. O stolicy – Porto Novo mało kto za granicš słyszał. Bo administaracja
skupia się w głównym miecie – Cotonou majšcym tš rzadkš zaletę, że port
lotniczy zlokalizowany jest właciwie w miecie – na upartego można dojć na
piechotę. Tylko po co dwigać plecak w afrykańskim wilgotnym upale?

zetknšłem się z motocyklowymi taksówkami. Potem okazało się, że kursujš we
wszystkich miastach Beninu. Kierowcy majš oczywicie licencje i ubierajš do pracy
wypłowiałe służbowe koszule – w każdym miecie innego koloru. płaci się grosze: za
przejazd w stolicy 100-200 afrykanów czyli 20-30 centów USA za kurs. Białego niektórzy
próbujš nacišgnšć na wyższš opłatę więc trzeba ustalić cenę przed wyruszeniem
w trasę. Na siodełku skutera czy lekkiego motocykla jest przewiewnie… A jakie
wspaniałe pole obserwacji !
tani “Pension de Famillies Amazon”. Zatem specjalnie dla was wskazówki: Stań
tyłem do wejcia do kocioła St Michel. Przed sobš ujrzysz piaszczystš uliczkę.
Id niš prosto. Po ok. 150 metrach zobaczysz na rogu po prawej tłumek dzieci – to
szkoła. Na rogu naprzeciw szkoły różowy budyneczek – to włanie twoja
“pension”, gdzie za 5500 CFA dostaniesz pokój z wiatrakiem i prysznicem.
Piaszczysta uliczka w Cotonou – nie pamiętam nawet czy miała
nazwę… Polubiłem tš mojš uliczkę, wyjętš jakby ze starej opowieci o Afryce.
Jej garkuchnie, kramy i warsztaciki schowane pod cienistymi drzewami. Jej trwajšcy
wiecznie spektakl: Wystarczyło usišć gdzie z boku z butelkš chłodnego piwa za
pół dolara i patrzeć, patrzeć: na czarne dziewczyny sunšce z koszykami na głowach,
wędrownych przekupniów podzwaniajšcych metalowymi kubkami, na baby z nabożeństwem
nakładajšce z gara porcje ryżu z potrawkš, na zerkajšcych łakomie na twoje zakurzone
sandały pucybutów…

nie uwiadczysz. Aby zobaczyć zabytki tego kraju trzeba wybrać się do dawnej
stolicy królestwa Dahomeju – do Abomey. Jedzie się tam za 1600 “afrykanów”
wród ananasowych plantacji (w kramach przy drodze za dorodny ananas płaci się
równowartoć złotówki). Na postojach dziewczyny wciskajš przez okna torebki z
obranymi ze skórki pomarańczami: 5 szt za 100 CFA… W końcu jest Abomey, z otoczonym
wysokim murem kompleksem królewskiego pałacu. Za wstęp inkasujš tu 1500 CFA dajšc mi
używany bilet. Parterowe budowle kompleksu nie wiadomo dlaczego fotografować
można tylko na pierwszym dziedzińcu (patrz obok). Gliniane, czerwone i białe ciany,
przed którymi wystawiono stare armaty… Przewodnik gorliwie prowadzi dalej…
(liczšc oczywicie na napiwek)


labirynt budynkach oglšdałem pamištki po kolejnych, czarnych królach. Ozdobne laski –
symbole władzy, fajki, naczynia stołowe i wreszcie w oddzielnej sali kolekcję
tronów kolejnych władców panujšcych od 1600 roku. I tu mój przewodnik sam
zaproponował mi zrobienie zdjęć – oczywicie za łapówkę. -Ja bedę pilnował przy
drzwiach, a ty fotografuj! Skorzystałem – a efekt widzicie obok. Haftowane parasole
też sš królewskie!
okršgłej budowli przypominajšcej dużš afrykańskš chatę znajduje się grobowiec
króla Glele, który panował w latach 1858-89. To ponoć najwiętsze miejsce w
kompleksie. Po zdjęciu butów można wejć do rodka aby zobaczyć między innymi
królewskie łoże i wachlarz monarchy…
Pałac w Abomey jest miejscem stosunkowo często odwiedzanym przez
turystów (często jak na Benin – podczas mojej wizyty widziałem ich raptem troje).
Dla tych włanie turystów w podcieniach na pierwszym podwórcu
miejscowi rozłożyli cały rzšd kramów z rękodziełem – sš figurki z metalu i drewna,
stroje ludowe, makatki z naszywanymi skrawkami barwnych materiałów. Ceny umiarkowane,
choć oczywicie trzeba się ostro targować. Warto tu co kupić, bo sklepy z
pamištkami w tym kraju raczej trudno znaleć. Wyjštkiem jest doć drogie centrum
rękodzieła w Cotonou…

spiżowy pomnik ostatniego króla Dahomeju – Behanzina. To bohater narodowy i symbol walki
z kolonializmem. Nie chciał podpisać Francuzom traktatu poddajšcego Dahomey pod
kolonialne zwierzchnictwo Francji za co Francuzi wywieli go do innej swojej kolonii – na
Martynikę. Niepodległy od 1960 roku Benin bardzo korzystnie prezentuje się na tle
innych krajów Afryki Zachodniej. Stabilna, w miarę sprawna i tylko umiarkowanie
skorumpowana władza sprawia że kraj jest w miarę bezpieczny. Ludzie sš sympatyczni,
komunikacja lepsza niż gdzie indziej, a międzynarodowa pomoc wykorzystywana na budowę
dróg i rozwój infrastruktury turystycznej… Słowem – polecam Benin jako cel
turystycznych wypraw. Niestety po wizę do tego kraju musiałem zwrócić się do ich
ambasady w Brukseli. Ale jest podobno także inna i bliżej – w Bonn.


trzeba jednak wyjechać poza stolicę. Pomógł mi przypadek: w drodze do dawnej stolicy
kraju – Abomey miałem przymusowš przesiadkę w miasteczku Bohicon. Biednie jak
wszędzie… Ale tu raczej rzadko widzi się białego człowieka, ludzie spokojniej
reagujš na widok aparatu i w wypełnionych czerwonym pyłem uliczkach można podpatrzeć
wiele scenek z codziennego życia…

zadaszonym chrustem i palmowymi matami czarne przekupki paradujšce często z odkrytymi
piersiami sprzedajš wieże i gotowane warzywa. Dalej ryby suszone (strasznie cuchnš w
tym upale!) i ryby pieczone na miejscu na ruszcie. Sš oczywicie tropikalne owoce.
Zgraja sympatycznych, bosonogich dzieciaków towarzyszy mi w wędrówce od kramu do
kramu, niemiało i z ciekawociš zaglšdajšc do mojej torby.
cukierków ani długopisów bo od razu z krzykiem wycišgnš się wszystkie ręce. Ci, dla
których nie starczy prezentów popatrzš na ciebie z nienawiciš, a na następnemu
białemu który pojawi sie na bazarze towarzyszyć będš bez przerwy okrzyki:
“Cadeau, cadeau!”
Sól
w tym goršcym kraju jest artykułem pierwszej potrzeby i można tu znaleć kramy króre
specjalizujš sie w handlu wyłšcznie tym artykułem (na zdjęciu obok).
Czekałem około godziny zanim
skompletowalimy pełnš “załogę” dla zbiorowej taksówki wracajšcej do
stolicy. Kierowce bezlitonie upychajš pasażerów: dwóch z przodu, czterech z
tyłu. Wiem już, że najlepsze jest miejsce z przodu przy oknie, bo
pasażer-sšsiad siedzi już właciwie na dršżku ręcznego hamulca…
Warto pamiętać, że można wysišć po drodze w Abomey-Calavi, aby zobaczyć lagunę
Ganvie…


atrakcji turystycznych Beninu jest położone w niewielkiej odległoci od stolicy
płytkie Jezioro Ganvie – ze swoimi wioskami zbudowanymi na wodzie, a dokładniej – na
palach i wysepkach. Na przystani (około 500 metrów od przelotowej szosy) działa sprawna
agencja turystyczna oferujšca wycieczki do wiosek na wodzie. Inkasujš od 2300 CFA/os za
rejs zwykłš łódkš do 3300 – motorowš – jeżeli skompletuje sie przynajmniej 5 osób.
Mieszkańcy wiosek sa niestety bardzo popsuci przez turystów – trudno ich uwiecznić na
kliszy bez sutej zapłaty…
pojawili sie francuscy kolonizatorzy kwitł tu handel czarnymi niewolnikami – organizowany
przez mniej lub bardziej oficjalnych przedstawicieli różnych europejskich nacji.
Budowali forty na wybrzeżu, wyprawiali sie do interioru po czarny towar. Ładowali go na
statki i wyprawiali za Atlantyk… Bodaj największym orodkiem tego procederu było
Ouidah – malownicze miasteczko na zachodzie kraju, gdzie w dawnym portugalskim forcie jest
dzi ciekawe muzeum.
Z miasteczka
do morskiego wybrzeża prowadzi wród palm 4-kilometrowa, piaszczysta “droga
niewolników”. Przeszedłem jš w skwarze… Uff! Plaża była
szeroka i zupełnie pusta…


temu wybrzeżu u krańca “drogi niewolników” wzniesiono dla upamiętnienia
tysięcy tych, co odpłyneli stšd do Ameryk symbolicznš bramę. To bardzo ładne
miejsce. A w płaskorzebach cokołu znajdziecie warszwskš syrenkę, która jak się
okazuje należy także do symboliki popularnego w Beninie kultu voodoo.

bardzo blisko granicy Togo leży rybacka wie Grand Popo. U krańca wioski przy plaży
jeszcze w czasach kolonialnych wybudowano “Auberge de Grand Popo” – mały zajazd
w którym obok klimatyzowanych pokojów można znaleć również takie z wiatrakiem po
8500 CFA (jest nawet czysty ręcznik i moskitiera). W wiosce na ogrodzonych żerdziami
“campingach” trampy mogš rozbić namiot… Idealne miejsce dla relaksu – tu
spedziłem moja ostatniš noc w Beninie…
“moto” dowiozło mnie do głównej szosy. Kiedy rozglšdałem się tam za
zbiorowš taksówkš jadšcš do przejcia granicznego kierowca skutera sam
zaproponował: -To niedaleko – dowiozę cię do samej granicy… Uzgodnilimy cenę –
1000 “afrykanów” i… pojechałem – wzdłuż łańcuchów nadbrzeżnych palm
pod którymi przycupnęły kryte strzechš rybackie chatki. Po drodze, w podmuchach
goršcego wiatru wyschła przepocona już od rana koszula. A tam, gdzie
zeskoczyłem ze skuterowego siodełka czekała nowa przygoda…
