
Z Malezji poleciałem prosto do Południowych Indii – turysta zawsze przeżywa
tu szok widząc ubóstwo ludzi i opłakane warunki sanitarne w jakich żyją…


Kolorowe
rybackie łodzie na południowej plaży w Chennai czyli Madrasie.
Egzotyczna uroda kobiet z Kerali


W ramach
całodziennej wycieczki z Madrasu zobaczyłem między innymi słynne świątynie w
Kanchipuram…
Zupełnie inne są świątynie w
Mahabalipuram (Mamallapuram) – małe i kameralne – ta cała grupa wykuta jest
z jednego kamiennego monolitu…


Rozczarowuje świątynia nadbrzeżna w
Mahabalipuram. Jest mała, dotknięta zębem czasu i wcale nie stoi na brzegu
oceanu.
Słynne plaże Goa zasługują na swoją
sławę i warte są spędzenia na nich kilku dni, pod warunkiem, że ominie się z
daleka zatłoczoną środkową część wybrzeża.


Przy tak dużym tempie podróżowania
pobyt na plaży w Goa był dla mnie zasłużonym relaksem.
W stolicy stanu mogłem popatrzeć na
karnawałowy pochód i zwiedzić poportugalskie zabytki…


Przez Indie podróżowałem głównie
takimi pociągami. Odradzam wagony z klimatyzacją – bardzo łatwo się
przeziębić…
Cochin (Koczi) na zachodnim wybrzeżu
Indii też ma ciekawe zabytki z epoki kolonialnej.


Ale oferuje także możliwość
popatrzenia z łodzi na życie mieszkańców Kerali na licznych kanałach i
rzekach tego stanu.
Odwiedziłem także Madurai z
niezwykłą świątynią, której wysokie wieże – tzw. gopury słyną na cały świat.


Na ulicach indyjskich miast spotkać
można wielu ciekawych ludzi. Wystarczy przysiąść gdzieś na rogu, a temat do
zdjęć przyjdzie sam…
Z Madrasu poleciałem na legendarny
archipelag Andamanów, by odwiedzić jego cztery wyspy.


Byłem pod urokiem krajobrazu i
mieszkających tam prostych ludzi.
Okazało się, że na wyspach usunięto
już zniszczenia powstałe po przejściu tsunami. Baza noclegowa jest jednak
bardzo skromna i nie mieści napływającego coraz większego strumienia
turystów.
Więcej informacji i zdjęć
o Andamanach możecie znaleźć już na moich osobnych stronach:


Z Indii wracałem już do Europy, ale
nie do Polski tylko na Bałkany, by wykorzystać do końca milaż mojego biletu
dookoła świata. Pierwszym przystankiem było Kosovo – taka dziwna
prowincja administrowana przez NATO i ONZ. Wśród miejscowych dominują
albańscy muzułmanie.
W pobliżu Kosova odwiedziłem jaskinie
i stary, prawosławny klasztor Graczanica.


Potem przez malownicze, częściowo
ośnieżone góry wjechałem autobusem do Czarnogóry – niedawno powstałego na
Bałkanach nowego państwa.
Stolica Czarnogóry Podgorica nie ma
zbyt wielu zabytków. Trudno tu także o tani nocleg…


W drodze na adriatyckie wybrzeże warto
zatrzymać się na kilka godzin w dawnej stolicy – Cetnije – tu znajdziecie
ciekawy klasztor i inne ciekawostki…
Najładniejszym miejscem na adriatyckim
wybrzeży Czarnogóry wydał mi się Sveti Stefan – mała wysepka o
średniowiecznej zabudowie połączona groblą za stałym lądem.


W pobliżu leży Budva ze urokliwym
starym miastem otoczonym obronnymi murami.
Przez Tivat pojechałem potem wzdłuż
wybrzeża do Kotoru – starego, zabytkowego miasta położonego w głębi długiego
fiordu. To widok ze starej warowni ponad miastem.


Trasa z wybrzeża Czarnogóry
do Sarajewa w Bośni i Hercegowinie prowadzi przez malownicze góry. Niestety
mogłem robić zdjęcia tylko przez przyciemnioną szybę autobusu…
Sarajewo, w którym byłem już kiedyś
jako student jest moim najciekawszym miastem swojego regionu. Bardzo
ciekawie prezentuje się wieczorem…


Bazarowe uliczki brukowane są
kamieniami. Kuszą zapachy z restauracyjek i kawiarń. Jest tu oczywiście
wiele sklepików z pamiątkami… Turystów w marcu widziałem bardzo mało…
Pobyt w Sarajewie był ostatnim
fragmentem mojej podróży dookoła świata. Wracałem stamtąd samolotem do
Warszawy przez Budapeszt.
Ta podróż, podczas której
przemierzyłem trasę, która sięgnęła prawie dwóch długości równika spełniła
wszystkie moje oczekiwania… Raz jeszcze się udało… Czy była
to moja ostatnia podróż dookoła świata?…

