
Po
powrocie na Samoa z niezwykłej morskiej wyprawy na Tokelau postanowiłem zajrzeć na
jeszcze jedną rzadko odwiedzaną wyspę Pacyfiku… Słyszeliście kiedykolwiek o Niue?
Popatrzcie na mapkę poniżej… O Niue mówią “The Rock of Polynesia” – Skała
Polinezji. Dlaczego? Za chwilę zobaczycie to na zdjęciach co jest powodem
tego poetycznego przydomku. Niue różni się bardzo krajobrazem od pozostałych wysp
Polinezji i od naszych wyobrażeń o egzotycznych wyspach Pacyfiku.

Ta niezwykła i całkiem spora,
ale bardzo samotna wyspa, mająca około 260 kilometrów kwadratowych powierzchni leży
na Południowym Pacyfiku – około 550 kilometrów na południe od Samoa.
Gdy wybierałem się na ten rzadko odwiedzany ląd dwa razy na tydzień lądował
na nim samolot Polynesian Airlines zmierzający z Apii do Auckland w Nowej
Zelandii. Przelot nie kosztował wiele: 560 tala czyli około 200 dolarów. Potem
niestety Polynesian przestały
istnieć… Obecnie tylko raz w tygodniu lata na Niue samolot Air New Zealand.
Niegdyś była to
brytyjska kolonia, scedowana następnie na Nową Zelandię. Dziś jest to jedno z
najmniejszych na świecie wyspiarskich państewek, dobrowolnie stowarzyszone z
Nową Zelandią.
Jako środka płatniczego używa się na Niue nowozelandzkiego
dolara… Z którejkolwiek strony nie spojrzeć na wyspę widać tylko
niegościnne, skaliste brzegi… Bo nie jest to jeszcze jeden
polinezyjski atol – Niue powstała w wyniku wypiętrzenia dna zbudowanego z
koralowych skał.


Przypuszcza się, że Niue zostało
zasiedlone z Samoa w IX lub X wieku. Potem – w XVI wieku inwazji na wyspę
dokonali wojownicy z Tonga. W 1876 roku koronowano pierwszego miejscowego
króla – w centrum osady Alofi do dziś stoi jego grób – to ten na zdjęciu
obok…
Ale jeszcze wcześniej pojawili się na
wyspie protestanccy misjonarze. Pierwszym był niejaki Nukai Peniamina –
przygotowany do pracy misyjnej na Samoa. Jego lądowanie w 1846 roku
upamiętnia dziś specjalna tablica na jego grobie (na zdjęciu poniżej)
Lot z Apii na Samoa trwał tylko 55 minut. Na Niue wylądowałem w środku
lepkiej i ciepłej tropikalnej nocy. W niewielkim baraku terminalu miejscowy immigration
officer uśmiechnął się na widok mojego paszportu. Pan z Polski? A wie
pan, że mamy tu na Niue pańskiego rodaka?
-Kto to? Jak go tu znaleźć? – byłem
niesamowicie zaskoczony. Może jakiś katolicki misjonarz? -To Henry! -Everybody knows Henry! Gdy rano
maszerowałem szosą do sklepiku w centrum osady na drodze przede mną
zatrzymała się z piskiem hamulców mała półciężarówka. -Witaj rodaku! –
zawołał kierowca, To był Henryk, i to on znalazł mnie, a nie ja jego – pantoflowa poczta na Niue działała bardzo sprawnie!


To było miłe spotkanie – gdy
Henryk, który sam siebie nazywa żartobliwie polskim ambasadorem na Niue zaprosił
mnie do swojego domu nie wiedziałem jeszcze jaką niespodziankę mi szykuje…
W Polsce ukończył architekturę. Potem
los rzucił go do Nowej Zelandii. Stamtąd przyleciał na Niue. O swoim obszernym domu,
wzniesionym oczywiście własnymi rękami mówi Mała Polska. Gdy zasiedliśmy w
dużej, przewiewnej jadalni usłyszałem: -Jakie wolisz: z mięsem, czy z
warzywami? Samotny Polak żyjący od lat na maleńkiej wyspie na środku
Pacyfiku częstował mnie polskimi pierogami!
-Lepię je co jakiś czas w większej
ilości i zamrażam! Będzie także barszcz, a jutro zapraszam cię na
schabowego!
skromna. Przyleciałem bez rezerwacji, ale na szczęście był wolny pokój w
przytulnym, odsuniętym nieco od szosy Pelni Guest House. Za każdy z 3
pokoików bez klimatyzacji żądają 40 nowozelandzkich dolarów. Jest wspólna
kuchnia i living room. Mieszkało mi się tam bardzo dobrze w towarzystwie Amerykanki i
Filipińskiej nauczycielki, tylko nad łóżkiem musiałem rozpiąć własną
moskitierę, bo już pierwszej nocy komary dały się we znaki.

Gdy tylko świeci słońce krajobraz wyspy
może zafascynować przybysza swoim pięknem i oryginalnością. Na skałach po lewej stronie zdjęcia widać
siedzibę rządu Niue – to chyba najbardziej reprezentacyjna budowla na całej
wysepce.

prezentuje się równie efektownie.
W pobliżu rządu znalazłem kantorek jedynego banku Westpac,
gdzie -jak się okazało – za wymianę waluty pobierają bardzo wysokie prowizje, warto
więc tu
przywieźć spory zapas nowozelandzkich dolarów.
W spożywczym sklepie nieopodal banku
niestety nie dostałem chleba.
-Piekarnia chwilowo nie ma mąki, statek ma ją przywieźć dopiero w piątek!
Ale niech pan zajrzy do rzeźnika – zazwyczaj ma zamrożony chleb sprowadzony
samolotem z Nowej Zelandii! – poradzono mi życzliwie. Miał! – za funtowy
bochenek zapłaciłem 4,90. Kostka masła kosztowała 2, a kostka żółtego sera –
4 NZD. I to było moje śniadanie.
Przed barakiem policji dumnie
powiewała żółta flaga państwowa z nieco zmodyfikowanym Union Jackiem.
Niebieska foliowa płachta częściowo zastępowała zarwany dach . I
tu pora wyjaśnić, że przyleciałem na Niue zaledwie 4 miesiące po
przejściu potężnego cyklonu “Heta”. Cyklon uderzył w
wyspę 5 stycznia 2004 roku o 13.30 – to był najczarniejszy dzień w historii Niue.


W wielu miejscach widać było wciąż ślady
zniszczeń – wiele wyrwanych z korzeniami drzew, zmytych fragmentów dróg,
zerwanych dachów i całych ścian domów. Był to niejednokrotnie bardzo smutny widok.
Podczas huraganu fale oceanu wdzierały się na wysoki na 20- 30
metrów klif. Dwupiętrowy hotel “Niue” i stojący na
klifie szpital zostały dosłownie zmiecione do oceanu.
Dla miejscowych (mieszka ich obecnie
na wyspie około 1400, podczas gdy w Nowej Zelandii około 20 tysięcy) musiało
być to straszne przeżycie.
Nie stracili ducha. W wolnych chwilach
po pracy grają na ukulele i śpiewają melodyjne piosenki.


Podczas mojego pobytu grupa
miejscowych kobiet ćwiczyła ludowe tańce, przygotowując się do festiwalu
kultury krajów Pacyfiku. Z przyjemnością podglądałem ich próby, mimo, że
występowały na nich bez kostiumów.
Urodziwe i sympatyczne miały tylko
jeden problem: nie było komu zapłacić za przelot zespołu na festiwal.
Maleńki wyspiarski kraj jest całkowicie zależny finansowo od Nowej Zelandii.
Stamtąd też płynie na wyspę całe zaopatrzenie.
W stolicy wyspy – Alofi (na mapce po
lewej stronie) jest niewielkie nabrzeże –
wharf, ale statki zaopatrzeniowe i tak nie mogą do niego podejść – przywiezione towary
na kotwicowisku rozładowuje się na barki i motorówki, które następnie
dostarczają je na nabrzeże.
Alkohol dostępny jest na wyspie tylko
w jednym miejscu – to tzw. “Bond”. Podróżnicy są tu
uprzywilejowani – za
okazaniem biletu lotniczego można po przylocie i przed odlotem kupić w “Bondzie”
po 3 butelki mocnego trunku 50% taniej. Henryk skwapliwie wykorzystał
możliwości, jakie dawał mój bilet.

Największą turystyczną atrakcją Niue
są liczne ciekawe formy skalne oraz jaskinie i groty wypłukane przez morska
wodę w koralowych skałach.
Miałem szczęście, bo praca w firmie
Henryka stanęła do przybycia najbliższego statku ze względu na brak
materiałów – rodak miał czas i mógł mi pokazać wyspę. Ruszyliśmy jego
półciężarówką na początek na północ. Już kilka kilometrów od Alofi
stanęliśmy na Makapu Point. Tu była
pierwsza duża jaskinia – niestety cyklon zniszczył wejście i bez liny
nie można było dostać się do środka. Henryk też o tym nie wiedział. Może do
Waszego przybycia na Niue sytuacja się poprawi.
Ruszyliśmy dalej…


Znacznie więcej szczęścia miałem gdy
dotarliśmy do Avaiki Cave. Trochę zniszczony chodnik doprowadził nas do
wejścia do wielokomorowej jaskini. Byłem zaskoczony: oczekiwałem, ze będą tu
miejsca, gdzie w chodniku trzeba się będzie przeciskać na czworaka, a tu nic
z tych rzeczy… Sale są wielkie, czasem “zagracone” wielkimi głazami i dość
dobrze oświetlone przez naturalne okna…
W niektórych miejscach występują dwa
poziomy pomieszczeń. Tu i ówdzie stropy są zwalone – Henryk twierdzi, że to
skutki działania cyklonu…
Są tu ciekawe, barwne nacieki – wapienne
“wodospady”, stalaktyty, stalagmity o ciekawych kształtach…
Avaiki Cave


Przechodzimy przez kilka
kolejnych komór w których panuje przyjemny chłód. Ze
stalaktytów kapie woda do miniaturowych jeziorek w posadzce jaskiń.
Nie ma żadnych strażników, wszystkiego
wolno dotykać, ale nie widać śladów żadnych zniszczeń poczynionych przez
człowieka.
Henryk pozuje przy kamiennym filarze,
który powstał w ciągu tysięcy lat przez połączenie stalaktytu i stalagmitu.
Wreszcie Jaskinia Avaiki przechodzi w
wielką grotę otwartą w stronę oceanu w której jest spore i głębokie jeziorko
z krystaliczną wodą – idealne naturalne kąpielisko. Mój towarzysz
wykorzystuje oczywiście szansę, by się wypluskać. Że nie zabraliśmy
ręcznika? I tak po wyjściu z jaskini szybko wyschnie! Temperatura w słońcu
jest bliska 40 stopni. Na szczęście bryza trochę chłodzi…


Kilkaset metrów
dalej poruszając się nadbrzeżną drogą wciąż na północ odnajdujemy Palaha Cave –
kolejny labirynt wysokich sal i korytarzy miedzy nimi.
Niektóre sale z wielkimi filarami przypominają
wnętrze katedry, ale nie ma tu już tak dobrych warunków do zdjęć.
Kolejnego dnia pojechaliśmy z
Henrykiem trasą nadbrzeżną na południe od stolicy. Minęliśmy lotnisko na
które samolot przylatuje obecnie tylko raz w tygodniu, by zatrzymać się przy
punkcie widokowym Ana Ana – trzeba do niego dojść z szosy taką kiepską
ścieżką wśród koralowych skał. Na szczęście to tylko kilkadziesiąt metrów…
Zdecydowanie polecam mocne buty…


To właśnie widok z Ana Ana Lookout w
kierunku południowego przylądka.
W dole, jakieś 20 metrów pod nami kołysał się granatowy ocean.
Kilka kilometrów dalej dalej na południe
oglądałem następnie Matavai Resort – najdroższy i najelegantszy hotel na
wyspie z odpowiednio drogą restauracją. Maja mały basen, a od tarasowych
stolików otwiera się piękny widok na ocean. 22 pokoje – cena od 200 NZD.
Jeszcze dalej na południe
położona jest Avatele Beach (wym. Avasele) – jedyna obecnie plaża na wyspie
Niue (na zdjęciu obok).
Szmaragdowa woda przy brzegu, rampa dla spuszczania łodzi, ale zamiast
piasku na brzegu tylko drobny, koralowy gruz. W głebi pod strzechą –
Washaway Bar, którego o dziwo groźny cyklon nie tknął…
Druga i ostatnia miniaturowa plaża na
wyspie – Hio Beach na północ od Alofi została zniszczona przez cyklon.


Avatele Beach – zaciszna zatoczka z
chętnie uczęszczanym barem.
W pobliżu tej jedynej plaży leży osada
Avatele, a w niej kościół – bodaj najładniejszy na całej wyspie Niue.

bardzo dokuczliwe) słońce. Wykorzystałem te warunki dla sfotografowania
kilku malowniczych fragmentów wybrzeża wokół Alofi:

Miejscowi wyznaczyli w kilku miejscach ścieżki prowadzące z drogi w dół, na
wybrzeże. Oznaczyli je strzałkami i nazywają “sea tracks”

niezwykle wygląda ta zieleń na gołych skałach. Wiatr wiał akurat ze wschodu,
więc ocean z tej strony wyspy wydaje się bardzo spokojny, wszak to jest
Ocean Spokojny. :))

To podobno jest miejsce lądowania kapitana Cooka. Wielki
odkrywca spotkał się z niezbyt życzliwym przyjęciem krajowców i pisał o Niue
“Wyspa Dzika”
Dzisiejsi mieszkańcy Niue nie
przypominają wcale dzikusów. Są wielką mieszanką w której reprezentowane są
społeczności sąsiednich wysp (Samoa, Tonga, Wysp Cooka i napływowej białej
ludności (głównie z Nowej Zelandii). Przypomnę, że Niue ma tylko 1400
mieszkańców – po cyklonie sporo ludzi wyemigrowało z wyspy…


Trasa mojej kolejnej wycieczki
prowadziła ponownie na północ – do Matapa Chasm – wąwozu otwartego ku
oceanowi. Cieżarówkę trzeba było zostawić na parkingu – poszliśmy dalej
pieszo…
Wąwóz się zawężał i stopniowo opadał w
dół ku oceanowi…
U krańca wąwozu – miedzy dwoma
skalnymi ścianami wysokimi na 15-20 metrów jest naturalny, zacieniony basen
kąpielowy wypełniony morska wodą – Matapa Pool. Jest głęboki na kilka
metrów i dostatecznie długi, by w nim pływać. To podobno miejsce, gdzie
przychodzili do kąpieli miejscowi królowie.


Wdrapałem się w upale na ścianę
wąwozu, by zrobić dla was takie zdjęcie. Miejscowe wyrostki skaczą do Matapa
Pool z 15-metrowej skały. Wypadków jeszcze nie odnotowano…
Warto wspiąć się na grzbiet
i popatrzyć na Chasm z góry – to chyba jedyne takie miejsce na Niue.
Ale potraktujcie serio te ostre koralowe skały – aby po nich
chodzić konieczne są mocne buty chroniące stopę. Chwila nieuwagi, potkniecie
i upadek oznacza bolesne rozcięcia skóry.
parkingu i potem czeka as pół kilometra marszu po zniszczonym przez
cyklon terenie. Na skalnym gruzowisku ustawiono kilka strzałek pokazujących
drogę do Talava Arch. Najpierw otwiera się widok na małą zatoczkę:

Potem schodzimy w dół i nagle otwierają się
przed nami takie oto wielkie okna skierowane na ocean. Łuki okienne wysokie są na kilkanaście
metrów:

Kiedyś być może była to grota, potem jej podmyte sklepienie runęło i powstał
kolejny malowniczy zakątek…


Zanim zobaczymy wybrzeże trzeba
przejść przez cały system jaskiń, w których występują barwne nacieki, skalne
słupy, stalaktyty i stalagmity. To jaskinie w sąsiedztwie Talava Arch – Łuku
Talava.
W końcu po wyjściu z jaskini widać sam
łuk:
się na
skały ponad wybrzeżem by zrobić takie oto pocztówkowe zdjęcie tego głównego
Łuku Talava – ma rozstaw jakieś 60m:

symboli wyspy Niue i często prezentowany jest w broszurach i prospektach.

Lodowata woda z termoskrzyni
gościnnego Henryka bardzo smakowała w upalny dzień, ale jej picie miało
opłakany skutek dla mojego gardła… To już lepiej pić ciepłą…
Wieczorem ponownie poszedłem
posłuchać polinezyjskiej muzyki…
A kolejnego poranka wybraliśmy się na
Uluvehi Point – północno-wschodni kraniec wyspy – miejsce lądowania pierwszego
chrześcijańskiego misjonarza na Niue. tablica z opisem wydarzenia była
zwalona..


Pracowicie podmywane przez wodę
nadbrzeżne skały – normalny widok na
Niue… Ale to spokojna zatoczka.
Zobaczyłem w końcu wschodnie wybrzeże
wyspy wściekle atakowane przez wiatr i fale…


Tu podnoszą się prawdziwe fontanny
wody, a dywan z białej piany stanowi nieodłączny element morskiego
krajobrazu.
Henryk zapowiedział kolejną atrakcję. Ścieżka do Anapana Canyon była bardzo
zarośnięta wysoką, tropikalna roślinnością – dawno nie było tu turystów.
Drogę torowaliśmy sobie maczetą… (uczciwie: Henryk torował, a ja robiłem
zdjęcia i filmowałem :))


Na końcu zarośniętej ścieżki otworzyła
się przed nami wąska i głęboka na kilkadziesiąt metrów szczelina. 134
betonowane stopnie (Henryk liczył) prowadziły w dół – do mrocznej czeluści.
N dnie rozpadliny znaleźliśmy jeziorko
wypełnione morską wodą – najwyraźniej ten mikro-kanion ma połączenie z oceanem.
Henryk się wykąpał. Ja bałem się, że po takich uciechach coś będzie ze mnie
kapało na kamery. Powrotna droga – w górę była znacznie trudniejsza.
Potem przejechaliśmy przez
Hakupu, gdzie mieszka (w domu zbudowanym oczywiście przez naszego rodaka) sam premier Niue.
W centrum osady – pod
solidnym daszkiem leży longo – tradycyjny
polinezyjski bęben, używany teraz tylko na specjalne okazje.


Zmierzaliśmy do było Tongo na wschodnim wybrzeżu. Jak w wielu innych
miejscach ciężarówkę trzeba było w końcu zostawić i dalej ruszyć pieszo
przez tropikalny las. Po drodze przy ścieżce znaleźliśmy kilka leśnych
krabów unga. Są one jadalne, ale mój przewodnik uznał, że są za małe, aby
znalazły się na talerzu.
Po mniej więcej 15 minutach marszu przez zielony
gąszcz otworzył się nam widok na ocean, ale główna atrakcja tej panoramy
zajmowała moim zdaniem pierwszy plan:

ścieżka szlaku prowadzącego do wybrzeża jest częściowo wybetonowana.

Wkrótce dotarliśmy do brzegu.
Poniżej 30-metrowego urwiska huczał ocean zalewając z hukiem naturalne
kamienne platformy.
Chmury
wodnego pyłu docierały tu aż do mojego punktu obserwacyjnego spryskując
obiektyw aparatu. -A teraz pokażę Ci oazę wśród skał! – Henryk zapowiadał
kolejną atrakcję.
Mój rodak nie
przesadził. W dole – w głebokim wąwozie całkowicie otoczonym przez
szaro-niebieskie skały wyrastały z piasku prawdziwe, zielone, kokosowe
palmy. To była słynna oaza Tongo.
Zejście w dół, na piasek zabrało nam ze 3 kwadranse. Ostatni
jego odcinek prowadził po 15-metrowej stalowej drabinie.


Stałem na autentycznym drobnym, żółtym piasku
– towarze tak deficytowym na tej koralowej wyspie… A Henryk już otwierał
maczetą kolosa wypełnionego ożywczym płynem. Leżało ich pod palmami
kiilkanascie. – Sa niczyje – każdy może korzystać. największa sztuka to
umieć go otworzyć!
Oaza w skalnym kanionie odległa jest
od otwartego oceanu w prostej linii zaledwie o jakieś 50 metrów, ale wcale
nie słychać w niej ryku fal…
Tongo ma swój mały sekret: za palmami jest ukryty
niewielki, słodkowodny
stawek w którym przegląda się tropikalna roślinność. Popatrzcie na zdjęcie
obok.

osadę Liku, wokół której w zaroślach wałęsają się na wpół dzikie świnie. Zostawiliśmy samochód w miejscu, gdzie
zaczyna się Liku Sea Track. Wkrótce zobaczyłem kolejną wspaniałą panoramę:


Miejsce nazywa się Tautu, Wiele
tu wypłukanych w skalnej ścianie małych grot, ale najbardziej efektowne jest
wielkie skalne okno czy też brama, w której Henryk zrobił mi pamiątkową
fotografię.
I w tym
momencie pomyślałem sobie: jestem tu już 4 dni, a nie widziałem jeszcze
drugiego turysty. A przecież Niue ma do zaoferowania przybyszom wspaniałe,
nietuzinkowe krajobrazy. To także Polinezja. Polinezja do odkrycia. Jakże
jednak odmienna od rozdeptanego przez turystów Tahiti!
Potem fotografowałem ze skalnego łuku nad
bramą wschodnie wybrzeże zapomnianej wyspy Niue…


W powrotnej drodze zatrzymaliśmy się w Liku
by
sfotografować łan różowych
kwiatów.
Ostatniego dnia pobytu na wyspie
chciałem sfotografować chociaż kilku jej mieszkańców. Nie było problemu –
nie ma tu jeszcze turystów, więc wydaje mi się, że ci sympatyczni ludzie
pozują raczej rzadko.
I
trudno uwierzyć, że przy swojej polinezyjskiej urodzie mają nowozelandzkie
paszporty.


W sklepiku papierniczym znalazłem kącik z
pamiątkami. To głównie wyroby plecionkarskie. Za skromny komplet podstawek do szklanek
trzeba zapłacić 10 NZD.
A jak powstają takie plecionki można
zobaczyć na małym bazarze w sąsiedztwie. Bazar funkcjonuje we wtorki i piątki.
Można na nim kupić duże, fioletowe leśne kraby unga ze skrępowanymi
szczypcami albo,
dużego arbuza – kosztuje 4 nowozelandzkie dolary.


Szczytem
plecionkarskiego kunsztu jest taki oto wykwintny kapelusz z wdziękiem
noszony przez starsza panią… Za nią zniszczona przez cyklon wiata bazaru w Alofi.
Gdy będziecie czytali te słowa wszystkie zerwane dachy na Niue będą już
zapewne na swoich miejscach.
Wyspa Niue czekała aż kilka lat na
swoja stronę w moim internetowym serwisie. Przepraszam za to wszystkich
sympatycznych Niueańczyków, który tak serdecznie odnosili się do mnie
podczas mojego pobytu na tym skrawku lądu.
Dziękuję Wam wszystkim, a szczególnie
naszemu rodakowi Henrykowi, który zapewne wciąż jeszcze lepi polskie pierogi
na środku Pacyfiku. Pozdrówcie go ode mnie, gdy traficie na Niue!


Ze startującego samolotu zrobiłem
ostatnie zdjęcie koralowej wyspy – to Alofi – rozciągnięta wzdłuż brzegu
stolica wyspy, a nad nią fragment pasa startowego…
Może jeszcze kiedyś powrócę na “Skałę
Polinezji”
Przejście do kolejnej strony relacji z tej podróży – do
USA

Przepraszam Czytelników – ta strona jest dopiero w
opracowaniu….