Szósta Podróż Dookoła Świata – Wojtek Dąbrowski – 6th Round-the-World Voyage: Niue (6rtw9.htm)

6rtwmp.jpg

Po

powrocie na Samoa z niezwykłej morskiej wyprawy na Tokelau postanowiłem zajrzeć na

jeszcze jedną rzadko odwiedzaną wyspę Pacyfiku… Słyszeliście kiedykolwiek o Niue? 

Popatrzcie na mapkę poniżej… O Niue mówią “The Rock of Polynesia” – Skała

Polinezji. Dlaczego? Za chwilę zobaczycie to na zdjęciach co jest powodem

tego poetycznego przydomku. Niue różni się bardzo krajobrazem od pozostałych wysp

Polinezji i od naszych wyobrażeń o egzotycznych wyspach Pacyfiku.

Ta niezwykła i całkiem spora,

ale bardzo samotna wyspa, mająca około 260 kilometrów kwadratowych powierzchni leży

na Południowym Pacyfiku – około 550  kilometrów na południe od Samoa.

Gdy wybierałem się na ten rzadko odwiedzany ląd dwa razy na tydzień lądował

na nim samolot Polynesian Airlines zmierzający z Apii do Auckland w Nowej

Zelandii. Przelot nie kosztował wiele: 560 tala czyli około 200 dolarów.  Potem

niestety Polynesian przestały

istnieć… Obecnie tylko raz w tygodniu lata na Niue samolot Air New Zealand.

 

Niegdyś była to

brytyjska kolonia, scedowana następnie na Nową Zelandię. Dziś jest to jedno z

najmniejszych na świecie wyspiarskich państewek, dobrowolnie stowarzyszone z

Nową Zelandią.

Jako środka płatniczego używa się na Niue nowozelandzkiego

dolara… Z którejkolwiek strony nie spojrzeć na wyspę widać tylko

niegościnne, skaliste brzegi…  Bo nie jest to jeszcze jeden

polinezyjski atol – Niue powstała w wyniku wypiętrzenia dna zbudowanego z

koralowych skał.

Przypuszcza się, że Niue zostało

zasiedlone z Samoa w IX lub X wieku.  Potem – w XVI wieku inwazji na wyspę

dokonali wojownicy z Tonga.  W 1876 roku koronowano pierwszego miejscowego

króla – w centrum osady Alofi do dziś stoi jego grób – to ten na zdjęciu

obok…

Ale jeszcze wcześniej pojawili się na

wyspie protestanccy misjonarze. Pierwszym był niejaki Nukai Peniamina –

przygotowany do pracy misyjnej na Samoa. Jego lądowanie w 1846 roku

upamiętnia dziś specjalna tablica na jego grobie (na zdjęciu poniżej)

 

 

 

 

Lot z Apii na Samoa trwał tylko 55 minut. Na Niue wylądowałem w środku

lepkiej i ciepłej tropikalnej nocy. W niewielkim baraku terminalu miejscowy immigration

officer uśmiechnął się na widok mojego paszportu. Pan z Polski?  A wie

pan, że mamy tu na Niue pańskiego rodaka?

-Kto to? Jak go tu znaleźć? – byłem

niesamowicie zaskoczony. Może jakiś katolicki misjonarz?                  -To Henry!    -Everybody knows Henry!   Gdy rano

maszerowałem szosą do sklepiku w centrum osady na drodze przede mną

zatrzymała się z piskiem hamulców mała półciężarówka. -Witaj rodaku! –

zawołał kierowca, To był Henryk, i to on znalazł mnie, a nie ja jego – pantoflowa poczta na Niue działała bardzo sprawnie!

 

To było miłe spotkanie – gdy

Henryk, który sam siebie nazywa żartobliwie polskim ambasadorem na Niue  zaprosił

mnie do swojego domu nie wiedziałem jeszcze jaką niespodziankę mi szykuje…

W Polsce ukończył architekturę. Potem

los rzucił go do Nowej Zelandii. Stamtąd przyleciał na Niue. O swoim obszernym domu,

wzniesionym oczywiście własnymi rękami mówi Mała Polska. Gdy zasiedliśmy w

dużej, przewiewnej jadalni usłyszałem: -Jakie wolisz: z mięsem, czy z

warzywami?  Samotny Polak żyjący od lat na maleńkiej wyspie na środku

Pacyfiku częstował mnie polskimi pierogami!

-Lepię je co jakiś czas w większej

ilości i zamrażam! Będzie także barszcz, a jutro zapraszam cię na

schabowego!

 

Baza hotelowa na Niue jest bardzo

skromna. Przyleciałem bez rezerwacji, ale na szczęście był wolny pokój w

przytulnym, odsuniętym nieco od szosy Pelni Guest House. Za każdy z 3

pokoików bez klimatyzacji żądają 40 nowozelandzkich dolarów. Jest wspólna

kuchnia i living room. Mieszkało mi się tam  bardzo dobrze w towarzystwie Amerykanki i

Filipińskiej nauczycielki, tylko nad łóżkiem musiałem rozpiąć własną

moskitierę, bo już pierwszej nocy komary dały się we znaki.

6niue180big.jpg

Gdy tylko świeci słońce krajobraz wyspy

może zafascynować przybysza swoim pięknem i oryginalnością. Na skałach po lewej stronie zdjęcia widać

siedzibę rządu Niue – to chyba najbardziej reprezentacyjna budowla na całej

wysepce.

 

Od strony lądu siedziba Government of Niue

prezentuje się równie efektownie.

 

W pobliżu rządu znalazłem kantorek jedynego banku Westpac,

gdzie -jak się okazało – za wymianę waluty pobierają bardzo wysokie prowizje, warto

więc tu

przywieźć spory zapas nowozelandzkich dolarów.

 

W spożywczym sklepie nieopodal banku

niestety nie dostałem chleba. 

-Piekarnia chwilowo nie ma mąki, statek ma ją przywieźć dopiero w piątek!

Ale niech pan zajrzy do rzeźnika – zazwyczaj ma zamrożony chleb sprowadzony

samolotem z Nowej Zelandii! – poradzono mi życzliwie. Miał! – za funtowy

bochenek zapłaciłem 4,90. Kostka masła kosztowała 2, a kostka żółtego sera –

4 NZD. I to było moje śniadanie.

 

Przed barakiem policji dumnie

powiewała żółta flaga państwowa z nieco zmodyfikowanym Union Jackiem.

Niebieska foliowa płachta  częściowo zastępowała zarwany dach .   I

tu pora wyjaśnić, że przyleciałem na Niue zaledwie 4  miesiące po

przejściu potężnego cyklonu “Heta”. Cyklon uderzył w

wyspę 5 stycznia 2004 roku o 13.30 – to był najczarniejszy dzień w historii Niue.

 

 

W wielu miejscach widać było wciąż ślady

zniszczeń – wiele wyrwanych z korzeniami drzew, zmytych fragmentów dróg,

zerwanych dachów i całych ścian domów. Był to niejednokrotnie bardzo smutny widok.

Podczas huraganu fale oceanu wdzierały się na wysoki na 20- 30

metrów klif. Dwupiętrowy hotel “Niue” i stojący na

klifie szpital zostały dosłownie zmiecione do oceanu.

 

Dla miejscowych (mieszka ich obecnie

na wyspie około 1400, podczas gdy w Nowej Zelandii około 20 tysięcy) musiało

być to straszne przeżycie.

Nie stracili ducha. W wolnych chwilach

po pracy grają na ukulele i śpiewają melodyjne piosenki.

 

 

Podczas mojego pobytu grupa

miejscowych kobiet ćwiczyła ludowe tańce, przygotowując się do festiwalu

kultury krajów Pacyfiku. Z przyjemnością podglądałem ich próby, mimo, że

występowały na nich bez kostiumów.

Urodziwe i sympatyczne miały tylko

jeden problem: nie było komu zapłacić za przelot zespołu na festiwal. 

Maleńki wyspiarski kraj jest całkowicie zależny finansowo od Nowej Zelandii.

Stamtąd też płynie na wyspę całe zaopatrzenie.

 

W stolicy wyspy – Alofi (na mapce po

lewej stronie) jest niewielkie nabrzeże –

wharf, ale statki zaopatrzeniowe i tak nie mogą do niego podejść – przywiezione towary

na kotwicowisku rozładowuje się na barki i motorówki, które następnie

dostarczają je na nabrzeże.

 

Alkohol dostępny jest na wyspie tylko

w jednym miejscu – to tzw. “Bond”.   Podróżnicy są tu

uprzywilejowani – za

okazaniem biletu lotniczego można po przylocie i przed odlotem kupić w “Bondzie”

po 3 butelki mocnego trunku 50% taniej. Henryk skwapliwie wykorzystał

możliwości, jakie dawał mój bilet.

 

 

Największą turystyczną atrakcją Niue

są liczne ciekawe formy skalne oraz jaskinie i groty wypłukane przez morska

wodę w koralowych skałach.

Miałem szczęście, bo praca w firmie

Henryka stanęła do przybycia najbliższego statku ze względu na brak

materiałów – rodak miał czas i mógł mi pokazać wyspę. Ruszyliśmy jego

półciężarówką na początek na północ.  Już kilka kilometrów od Alofi

stanęliśmy na Makapu Point. Tu była

pierwsza  duża jaskinia – niestety cyklon zniszczył wejście i bez liny

nie można było dostać się do środka. Henryk też o tym nie wiedział. Może do

Waszego przybycia na Niue sytuacja się poprawi.

Ruszyliśmy dalej… 

 

 

 

Znacznie więcej szczęścia miałem gdy

dotarliśmy do Avaiki Cave. Trochę zniszczony chodnik doprowadził nas do

wejścia do wielokomorowej jaskini. Byłem zaskoczony: oczekiwałem, ze będą tu

miejsca, gdzie w chodniku trzeba się będzie przeciskać na czworaka, a tu nic

z tych rzeczy… Sale są wielkie, czasem “zagracone” wielkimi głazami i dość

dobrze oświetlone przez naturalne okna…

 

 

 

 

 

 

 

W niektórych miejscach występują dwa

poziomy pomieszczeń. Tu i ówdzie stropy są zwalone – Henryk twierdzi, że to

skutki działania cyklonu…

Są tu ciekawe, barwne nacieki – wapienne

“wodospady”, stalaktyty, stalagmity o ciekawych kształtach…

 

Avaiki Cave

 

 Przechodzimy przez kilka

kolejnych komór w których panuje przyjemny chłód. Ze

stalaktytów kapie woda do miniaturowych jeziorek w posadzce jaskiń.

Nie ma żadnych strażników, wszystkiego

wolno dotykać, ale nie widać śladów żadnych zniszczeń poczynionych przez

człowieka.

Henryk pozuje przy kamiennym filarze,

który powstał w ciągu tysięcy lat przez połączenie stalaktytu i stalagmitu.

 

 

 

 

Wreszcie Jaskinia Avaiki przechodzi w

wielką grotę otwartą w stronę oceanu w której jest spore i głębokie jeziorko

z krystaliczną wodą – idealne naturalne kąpielisko. Mój towarzysz

wykorzystuje oczywiście szansę, by się wypluskać. Że nie zabraliśmy

ręcznika? I tak po wyjściu z jaskini szybko wyschnie! Temperatura w słońcu

jest bliska 40 stopni. Na szczęście bryza trochę chłodzi…

 

 

 

 

Kilkaset metrów

dalej poruszając się nadbrzeżną drogą wciąż na północ odnajdujemy Palaha Cave –

kolejny labirynt wysokich sal i korytarzy miedzy nimi.

Niektóre sale z wielkimi filarami przypominają

wnętrze katedry, ale nie ma tu już tak dobrych warunków do zdjęć.

 

 

Kolejnego dnia pojechaliśmy z

Henrykiem trasą nadbrzeżną na południe od stolicy. Minęliśmy lotnisko na

które samolot przylatuje obecnie tylko raz w tygodniu, by zatrzymać się przy

punkcie widokowym Ana Ana – trzeba do niego dojść z szosy taką kiepską

ścieżką wśród koralowych skał. Na szczęście to tylko kilkadziesiąt metrów…

Zdecydowanie polecam mocne buty…

 

 

 

To właśnie widok z Ana Ana Lookout w

kierunku południowego przylądka. 

W dole, jakieś 20 metrów pod nami kołysał się granatowy ocean. 

 

 

Kilka kilometrów dalej dalej na południe

oglądałem następnie Matavai Resort – najdroższy i najelegantszy hotel na

wyspie z odpowiednio drogą restauracją. Maja mały basen, a od tarasowych

stolików otwiera się piękny widok na ocean. 22 pokoje – cena od 200 NZD.

 

Jeszcze dalej na południe

położona jest Avatele Beach (wym. Avasele) – jedyna obecnie plaża na wyspie

Niue (na zdjęciu obok).

Szmaragdowa woda przy brzegu, rampa dla spuszczania łodzi, ale zamiast

piasku na brzegu tylko drobny, koralowy gruz. W głebi pod strzechą –

Washaway Bar, którego o dziwo groźny cyklon nie tknął…

Druga i ostatnia miniaturowa plaża na

wyspie – Hio Beach na północ od Alofi została zniszczona przez cyklon.

Avatele Beach – zaciszna zatoczka z

chętnie uczęszczanym barem.

 

 

W pobliżu tej jedynej plaży leży osada

Avatele, a w niej kościół – bodaj najładniejszy na całej wyspie Niue.

Kolejnego dnia świeciło piękne (ale także

bardzo dokuczliwe) słońce. Wykorzystałem te warunki dla sfotografowania

kilku malowniczych fragmentów wybrzeża wokół Alofi:

6niue196big.jpg
Dostęp do wybrzeża jest utrudniony.

Miejscowi wyznaczyli w kilku miejscach ścieżki prowadzące z drogi w dół, na

wybrzeże. Oznaczyli je strzałkami i nazywają “sea tracks”

 

6niue198big.jpg
Zachodnie wybrzeże Niue. Przyznacie, że

niezwykle wygląda ta zieleń na gołych skałach. Wiatr wiał akurat ze wschodu,

więc ocean z tej strony wyspy wydaje się bardzo spokojny, wszak to jest

Ocean Spokojny. :))

 

 

 

To podobno jest miejsce lądowania kapitana Cooka. Wielki

odkrywca spotkał się z niezbyt życzliwym przyjęciem krajowców i pisał o Niue

“Wyspa Dzika”

 

 

 

 

 

Dzisiejsi mieszkańcy Niue nie

przypominają wcale dzikusów. Są wielką mieszanką w której reprezentowane są

społeczności sąsiednich wysp (Samoa, Tonga, Wysp Cooka i napływowej białej

ludności (głównie z Nowej Zelandii). Przypomnę, że Niue ma tylko 1400

mieszkańców – po cyklonie sporo ludzi wyemigrowało z wyspy…

Trasa mojej kolejnej wycieczki

prowadziła ponownie na północ – do Matapa Chasm – wąwozu otwartego ku

oceanowi. Cieżarówkę trzeba było zostawić na parkingu – poszliśmy dalej

pieszo…

 

Wąwóz się zawężał i stopniowo opadał w

dół ku oceanowi…

 

 

 

 

 

U krańca wąwozu – miedzy dwoma

skalnymi ścianami wysokimi na 15-20 metrów jest naturalny, zacieniony basen

kąpielowy wypełniony morska wodą – Matapa Pool.  Jest głęboki na kilka

metrów i dostatecznie długi, by w nim pływać. To podobno miejsce, gdzie

przychodzili do kąpieli miejscowi królowie.

 

Wdrapałem się w upale na ścianę

wąwozu, by zrobić dla was takie zdjęcie. Miejscowe wyrostki skaczą do Matapa

Pool z 15-metrowej skały. Wypadków jeszcze nie odnotowano…

 

Warto wspiąć się na grzbiet

i popatrzyć na Chasm z góry – to chyba jedyne takie miejsce na Niue.

 

Ale potraktujcie serio te ostre koralowe skały – aby po nich

chodzić konieczne są mocne buty chroniące stopę. Chwila nieuwagi, potkniecie

i upadek oznacza bolesne rozcięcia skóry.

 

Trzeba od Matapy wrócić do placyku

parkingu i potem czeka as pół kilometra marszu po zniszczonym przez

cyklon terenie. Na skalnym gruzowisku ustawiono kilka strzałek pokazujących

drogę do Talava Arch. Najpierw otwiera się widok na małą zatoczkę:

6niue204big.jpg

Potem schodzimy w dół i nagle otwierają się

przed nami takie oto wielkie okna skierowane na ocean. Łuki okienne wysokie są na kilkanaście

metrów:

6niue205big.jpg
Niue

 

 

 

 

 

 

Kiedyś być może była to grota, potem jej podmyte sklepienie runęło i powstał

kolejny malowniczy zakątek… 

 

 

 

 

 

 

Zanim zobaczymy  wybrzeże trzeba

przejść przez cały system jaskiń, w których występują barwne nacieki, skalne

słupy, stalaktyty i stalagmity. To jaskinie w sąsiedztwie Talava Arch – Łuku

Talava.  

 

 

W końcu po wyjściu z jaskini widać sam

łuk:

Ale warto wypocić trochę wody i wspiąć

się na

skały ponad wybrzeżem by zrobić takie oto pocztówkowe zdjęcie tego głównego

Łuku Talava – ma rozstaw jakieś 60m:

6niue215big.jpg
Talava Arch jest lansowany jako jeden z

symboli wyspy Niue i często prezentowany jest w broszurach i prospektach.

 

 

Lodowata woda z termoskrzyni

gościnnego Henryka bardzo smakowała w upalny dzień, ale jej picie miało

opłakany skutek dla mojego gardła… To już lepiej pić ciepłą…

 

 

 

 Wieczorem ponownie poszedłem

posłuchać polinezyjskiej muzyki…

 

A kolejnego poranka wybraliśmy się na

Uluvehi Point – północno-wschodni kraniec wyspy – miejsce lądowania pierwszego

chrześcijańskiego misjonarza na Niue. tablica z opisem wydarzenia była

zwalona..

 

 

Pracowicie podmywane przez wodę

nadbrzeżne skały – normalny widok na

Niue… Ale to spokojna zatoczka.

 

Zobaczyłem w końcu wschodnie wybrzeże

wyspy wściekle atakowane przez wiatr i fale…

 

Tu podnoszą się prawdziwe fontanny

wody, a dywan z białej piany stanowi nieodłączny element morskiego

krajobrazu.

 

 

 

Henryk zapowiedział kolejną atrakcję. Ścieżka do Anapana Canyon była bardzo

zarośnięta wysoką, tropikalna roślinnością – dawno nie było tu turystów.

Drogę torowaliśmy sobie maczetą… (uczciwie: Henryk torował, a ja robiłem

zdjęcia i filmowałem  :))

 

 

 

Na końcu zarośniętej ścieżki otworzyła

się przed nami wąska i głęboka na kilkadziesiąt metrów szczelina. 134

betonowane stopnie (Henryk liczył) prowadziły w dół – do mrocznej czeluści.

N dnie rozpadliny znaleźliśmy jeziorko

wypełnione morską wodą – najwyraźniej ten mikro-kanion ma połączenie z oceanem.

Henryk się wykąpał. Ja bałem się, że po takich uciechach coś będzie ze mnie

kapało na kamery. Powrotna droga – w górę była znacznie trudniejsza.

 

 

Potem przejechaliśmy przez

Hakupu, gdzie mieszka (w domu zbudowanym oczywiście przez naszego rodaka) sam premier Niue.

 

W centrum osady – pod

solidnym daszkiem leży longo – tradycyjny

polinezyjski bęben, używany teraz tylko na specjalne okazje.

 

 

 

 

Zmierzaliśmy do było Tongo na wschodnim wybrzeżu. Jak w wielu innych

miejscach ciężarówkę trzeba było w końcu zostawić i dalej ruszyć pieszo

przez tropikalny las. Po drodze przy ścieżce znaleźliśmy kilka leśnych

krabów unga. Są one jadalne, ale mój przewodnik uznał, że są za małe, aby

znalazły się na talerzu.

 

 

Po mniej więcej 15 minutach marszu przez zielony

gąszcz otworzył się nam widok na ocean, ale główna atrakcja tej panoramy

zajmowała moim zdaniem pierwszy plan:

6niue234big.jpg
Koralowe szpikulce Tongo – krajobraz jak z innej planety. Na szczęście wąska

ścieżka szlaku prowadzącego do wybrzeża jest częściowo wybetonowana.

 

 

 

Wkrótce dotarliśmy do brzegu.

Poniżej 30-metrowego urwiska huczał ocean zalewając z hukiem naturalne

kamienne platformy.

 

 

 

Chmury

wodnego pyłu docierały tu aż do mojego punktu obserwacyjnego spryskując

obiektyw aparatu. -A teraz pokażę Ci oazę wśród skał! – Henryk zapowiadał

kolejną atrakcję.

 

 

 

Mój rodak nie

przesadził. W dole – w głebokim wąwozie całkowicie otoczonym przez

szaro-niebieskie skały wyrastały z piasku prawdziwe, zielone, kokosowe

palmy. To była słynna oaza Tongo.

Zejście w dół, na piasek zabrało nam ze 3 kwadranse. Ostatni

jego odcinek prowadził po 15-metrowej stalowej drabinie.

 

 

 

 

 

 

Stałem na autentycznym drobnym, żółtym piasku

– towarze tak deficytowym na tej koralowej wyspie…  A Henryk już otwierał

maczetą kolosa wypełnionego ożywczym płynem.  Leżało ich pod palmami

kiilkanascie. – Sa niczyje – każdy może korzystać. największa sztuka to

umieć go otworzyć!

 

 

Oaza w skalnym kanionie odległa jest

od otwartego oceanu w prostej linii zaledwie o jakieś 50 metrów, ale wcale

nie słychać w niej ryku fal…

 

 

 

 

 

 

 

Tongo ma swój mały sekret: za palmami jest ukryty

niewielki, słodkowodny

stawek w którym przegląda się tropikalna roślinność. Popatrzcie na zdjęcie

obok.

Potem przejechaliśmy przez niewielką

osadę Liku, wokół której w zaroślach wałęsają się na wpół dzikie świnie. Zostawiliśmy samochód w miejscu, gdzie

zaczyna się Liku Sea Track. Wkrótce zobaczyłem kolejną wspaniałą panoramę:

6niue242big.jpg
Liku sea track prowadzi do skalnego mostu…

 

 

Miejsce nazywa się Tautu,  Wiele

tu wypłukanych w skalnej ścianie małych grot, ale najbardziej efektowne jest

wielkie skalne okno czy też brama, w której Henryk zrobił mi pamiątkową

fotografię.

 

I w tym

momencie pomyślałem sobie: jestem tu już 4 dni, a nie widziałem jeszcze

drugiego turysty. A przecież Niue ma do zaoferowania przybyszom wspaniałe,

nietuzinkowe krajobrazy. To także Polinezja. Polinezja do odkrycia. Jakże

jednak odmienna od rozdeptanego przez turystów Tahiti!

 

 

 

Potem fotografowałem ze skalnego łuku nad

bramą wschodnie wybrzeże zapomnianej wyspy Niue…

 

 

 

 

W powrotnej drodze zatrzymaliśmy się w  Liku

by

sfotografować łan różowych

kwiatów.

 

 

Ostatniego dnia pobytu na wyspie

chciałem sfotografować chociaż kilku jej mieszkańców. Nie było problemu –

nie ma tu jeszcze turystów, więc wydaje mi się, że ci sympatyczni ludzie

pozują raczej rzadko.

 

 

 I 

trudno uwierzyć, że przy swojej polinezyjskiej urodzie mają nowozelandzkie

paszporty.

 

W sklepiku papierniczym znalazłem kącik z

pamiątkami. To głównie wyroby plecionkarskie. Za skromny komplet podstawek do szklanek

trzeba zapłacić 10 NZD.

 

 

 

A jak powstają takie plecionki można

zobaczyć na małym bazarze w sąsiedztwie. Bazar funkcjonuje we wtorki i piątki. 

Można na nim kupić duże, fioletowe leśne kraby unga ze skrępowanymi

szczypcami albo,

dużego arbuza – kosztuje 4 nowozelandzkie dolary.

 

 

 

 

 

Szczytem

plecionkarskiego kunsztu jest taki oto wykwintny kapelusz z wdziękiem

noszony przez starsza panią… Za nią zniszczona przez cyklon wiata bazaru w Alofi.

Gdy będziecie czytali te słowa wszystkie zerwane dachy na Niue będą już

zapewne na swoich miejscach.

 

Wyspa Niue czekała aż kilka lat na

swoja stronę w moim internetowym serwisie. Przepraszam za to wszystkich

sympatycznych Niueańczyków, który tak serdecznie odnosili się do mnie

podczas mojego pobytu na tym skrawku lądu.

Dziękuję Wam wszystkim, a szczególnie

naszemu rodakowi Henrykowi, który zapewne wciąż jeszcze lepi polskie pierogi

na środku Pacyfiku. Pozdrówcie go ode mnie, gdy traficie na Niue!

 

 

 

 

Ze startującego samolotu zrobiłem

ostatnie zdjęcie koralowej wyspy – to Alofi – rozciągnięta wzdłuż brzegu

stolica wyspy, a nad nią fragment pasa startowego…

 

 

Może jeszcze kiedyś powrócę na “Skałę

Polinezji”

Przejście do kolejnej strony relacji z tej podróży – do

USA 

Przepraszam Czytelników – ta strona jest dopiero w

opracowaniu….