Szósta Podróż Dookoła Świata – Wojtek Dąbrowski – 6th Round-the-World Voyage: Tokelau (6rtw8a.htm)

6rtwmp.jpg

Z

Samoa wyruszyłem na Tokelau… Słyszeliście kiedykolwiek o Tokelau? 

Popatrzcie na mapkę powyżej… To zaledwie trzy samotne atole: Fakaofo, 

Nukunonu  i Atafu leżące na południowym Pacyfiku – około 500 kilometrów

na północ od Samoa. To

jedne z najbardziej izolowanych wysp Polinezji.

Idealne miejsce dla tych, którzy chcą uciec na malownicze wysepki ocienione

palmami ukryte naprawdę daleko od zgiełkliwego świata. 

Słowo „tokelau” po polinezyjsku znaczy właśnie „północny”. Niegdyś była to

kolonia brytyjska nazywana

Union Islands. Dziś teoretycznie jest to terytorium administrowane przez

Nową Zelandię, którego głową jest królowa brytyjska. Ale będąc na Tokelau

nie mogłem dopatrzyć się żadnych śladów obecności administratorów poza tym,

że jako środka płatniczego używa się tam nowozelandzkiego dolara…

 

 

 

Przed laty, kiedy przecinając

Pacyfik w mojej trzeciej podróży dookoła świata po raz pierwszy trafiłem na Samoa

dowiadywałem się o możliwość dostania się na te wysepki…  Zabrakło

wtedy czasu na czekanie na statek, który był akurat w morzu i pieniędzy

pozostawionych na drogiej Francuskiej Polinezji. Nie udało się… Ale już

wtedy wiedziałem, że kiedyś

popłynę ku tym tak trudno dostępnym dla turystów atolom…

 

Na żadnym z trzech atoli nie ma

lądowiska. Na Tokelau można dotrzeć tylko stateczkiem zaopatrzeniowym

wyruszającym nieregularnie z Apii na Samoa. Pierwszeństwo w uzyskaniu miejsc

na statku mają miejscowi.  „Tokelau” – jednostka przerobiona z katamaranu

wyrusza w trasę 1 lub 2 razy w miesiącu odwiedzając po kolei wszystkie trzy

atole według następującego schematu: Apia – Fakaofo –  Nukunonu – Atafu –

Nukunonu – Fakaofo – Apia. Okrężny rejs trwa około tygodnia, w zależności od

stanu morza i objętości ładunku.   Kiedy  zjawiłem się przy

kei doznałem wielkiego rozczarowania. Coś, co w podróżniczej literaturze

nazywano zaopatrzeniowym statkiem m/v „Tokelau” okazało się zaledwie

31-metrową, niską, dwupokładową jednostką dzięki spłaszczonej sylwetce

przypominającą kalosz. “Kalosz” ma tylko jedną dwuosobową kabinę pasażerską

okupowaną zazwyczaj przez miejscowych oficjeli lub honorowych gości (jest

dwa razy droższa od zwykłego miejsca).

Korespondowałem
z Tokelau Apia Liaison Office

reprezentującym interesy Tokelau na Samoa przez ponad 3 miesiące, podając

moje dane, deklarując datę mojego przybycia do Apii i prosząc o miejsce na

statku. Na tydzień przed przylotem dostałem e-mailem wstępne potwierdzenie,

a po przybyciu do Apii radosną wiadomość, że statek odpływa pojutrze i

miejsce jest. Był to sukces, bo “Tokelau” zabiera ograniczoną ilość

pasażerów: maksymalnie 60.  Koszt mojego okrężnego rejsu z wliczonym

wyżywieniem wyniósł 286 NZD (biuro w Apii przyjmuje także równowartość w

samoańskich tala, dolarach australijskich lub amerykańskich). Statystyki

mówią, że w ciągu całego 2003 roku na pokładzie m/v „Tokelau” dotarło na

atole tylko 120 cudzoziemców, wliczając w to ekspertów i pracowników

organizacji pomocowych. Miałem być jednym z około setki szczęśliwców czy

może raczej

ryzykantów, których spodziewano się na archipelagu w 2004 roku…

Z Apii wypłynęliśmy rano. Podróżowałem

oczywiście na deku. Okazało się, że są tam trzy miejsca do wyboru na

legowisko. Pierwsze to przylegająca do kambuza mesa (jadalnia) z dwoma

zamocowanymi na stałe stołami i ławkami. Obok jest telewizor do wyświetlania

filmów z magnetowidu. Na stołach, ławkach i podłodze wokół nich śpią

miejscowe kobiety i dzieci (także w dzień). Drugie to pokrywa przedniej

ładowni na dolnym pokładzie (na zdjęciu obok), gdzie po zakończeniu

załadunku miejscowi rozkładają swoje maty i materace – Marynarze na czas

rejsu rozpinają nad ładownią brezentowy daszek chroniący przed słońcem i

deszczem, ale to miejsce ma wadę: już na pierwszym atolu trzeba zwijać swoje

posłanie, aby umożliwić dostęp do ładowni.

Trzecia możliwość koczowania to fragment

górnego pokładu za nadbudówką – osłonięty daszkiem z brezentu i w razie

potrzeby – bocznymi płachtami. To miejsce jest najlepsze dla podróżnika:

jest tu nawet kilka przytwierdzonych na stałe ławek. Po przybyciu na statek

należy jak najszybciej rozłożyć swoje posłanie – najlepiej tuż za nadbudówką

na osi statku, gdzie najmniej odczuwa się kołysanie.

W cenę rejsu wliczone są trzy proste

posiłki dziennie, roznoszone przez marynarzy do legowisk pasażerów. Na obiad

dostaje się talerz ryżu z rybą (jeżeli udało się ją złowić) lub spaghetti z

kawałkiem wołowiny plus surówka z kapusty. Na śniadanie i kolację tosty z

jajecznicą. W ciągu dnia można zawsze odwiedzić życzliwego kucharza i

poprosić o dodatkową, bezpłatną kawę czy herbatę (najlepiej do własnego,

dużego kubka).   Drugiego dnia żeglugi po rozkołysanym Pacyfiku

około południa na pustym dotychczas horyzoncie zamajaczyła pierwsza wysepka

– to była Fale na Fakaofo.

Atol Fakaofo jest najgęściej zaludniony.

Czy potraficie wyobrazić sobie 400 ludzi mieszkających na takiej wysepce jak powyżej? 

Wielu spośród nich spędziło na tym skrawku lądu całe swoje dotychczasowe

życie…

Misjonarze: katolik i

protestant przybyli niegdyś na ten atol prawie jednocześnie i od tego czasu

społeczność jest podzielona i ma dwa odrębne kościoły. Tak jak i pozostałe

atole Fakaofo ma rozległą lagunę otoczoną mniejszymi i większymi wysepkami –

motus. Tylko dwie z nich są zasiedlone: na małej wysepce Fale poza domkami

mieszkańców stłoczone są: dwa kościoły, piętrowy budynek administracyjny ze

sklepem i pocztą, oraz wielkie fale – dom spotkań (zdjęcie obok)  z

koralowym głazem symbolizującym Tui Tokelau – bożka z czasów

przedchrześcijańskich (na zdjęciu poniżej).

Na wysepce jest naprawdę ciasno. Z braku

innego miejsca na skale rafy urządzono małą, odkrytą świniarnię – inwentarz

w porze przypływu brodzi tam w wodzie… Oryginalne to, ale podczas odpływu

brzydko pachnie.

Na Fale rośnie wiele chlebowców, a

mieszkańcy znani są z wyrobu pięknych tac i koszyków z liści pandanusa. Całą

wysepkę można obejść bez pośpiechu w pół godziny.

Europejczycy zawitali tu po raz pierwszy

w 1765 roku – ale widzieli wtedy tylko Atafu. Misjonarze i wielorybnicy

pojawili się dopiero w następnym stuleciu… Wszystkich wysepek w państewku

jest aż 127, ale w każdym z trzech atoli zasiedlona jest tylko jedna lub

dwie.. Całe Tokelau ma w sumie tylko 12 kilometrów kwadratowych powierzchni,

ale za to aż 290 tysięcy kilometrów kwadratowych wód terytorialnych!

Przekonałem się,  że to bardzo

konserwatywne społeczeństwo. Mieszkańcy atoli wciąż rządzą się sami –

zgodnie z odwieczną tradycją: władzę na każdym z atoli sprawuje faipule –

jakby wójt –

wybierany spośród mieszkańców na trzyletnią kadencję. Organem doradczym

faipule jest taupulega – rada starszych. Każda taupulega deleguje 6 spośród

swoich członków do General Fono – Rady Państwa, odpowiednika parlamentu,

zbierającej się dwa razy do roku kolejno na poszczególnych atolach. A

pomiędzy jej posiedzeniami państewko reprezentuje mniejsza rada złożona z

trzech faipule (to jakby tutejszy „rząd”) pod przewodnictwem Ulu o Tokelau –

tytularnej głowy państwa, która to godność co roku przechodzi na innego

faipule. I pomyśleć, że wszystkie te organy reprezentują społeczeństwo

składające się z zaledwie około 1500 obywateli. (podobno jeszcze trzy razy

tyle Tokelauańczyków żyje w Nowej Zelandii)…

Oddalona o 3 kilometry od Fale

jest znacznie większa i ładniejsza wyspa Fenuafala. Zbudowano tam szkołę (na

zdjęciu obok – dzieci codziennie dowożone są tam łodziami). Jako nauczyciele

zatrudniani są na semestralne okresy Nowozelandczycy. Mało kto wytrzymuje

dłużej w takim odosobnieniu…

Na Fenuafali jest także szpitalik w

którym zatrudniani są na krótkich kontraktach lekarze z Europy, kolejny

kościół i Tele-tok – centrum telekomunikacyjne w którym funkcjonują już

pierwsze na archipelagu stanowiska internetowe, ale wiele domen jest

zablokowanych z polecenia Rady Starszych, dbającej o morale młodzieży.

 

Płynąc z Fale na Fenuafalę warto

zwrócić uwagę na maleńkie motu pomiędzy nimi. Zlokalizowany jest na nim pod

palmami malowniczy katolicki cmentarz. Lądowanie na wysepce wymaga brodzenia

po koralowych skałach – nie zapomnijcie zabrać odpowiedniego obuwia!…

Ludzie uśmiechają się, są

otwarci i bardzo życzliwi. Z czego żyją? Dochody państewka to przede

wszystkim roczna dotacja rządu Nowej Zelandii: 4 mln NZD. Część tych

pieniędzy wędruje bezpośrednio do mieszkańców – w zamian za konkretne prace

wykonywane na rzecz wyspiarskiej społeczności. Inne, skromne dochody kraju

pochodzą ze sprzedaży prawa do połowów ryb w strefie ekonomicznej, sprzedaży

znaczków i rękodzieła. Kopry, której tu jest dostatek dzisiaj już nikt nie

chce kupować.

 

Ta pani wyplata właśnie zgrabną tackę

z pasków pandanusowego liścia…

 

 

 

 

A z jednego palmowego liścia, który

leży tu na ziemi można w ciągu kwadransa upleść dwa takie wielkie kosze na

bulwy tato, albo na kokosowe orzechy… Nie wierzycie?  Jedźcie sami

sprawdzić!

Szmaragdowa woda laguny, palmy,

łagodny powiew bryzy – dla nas wielka egzotyka…  Dla nich –

codzienność…

Tokelau ma łagodny, tropikalny klimat,

ze średnią temperaturą oscylującą wokół 28 stopni. Krótkotrwałe, ulewne

deszcze zdarzają się w ciągu całego roku (deszczówka jest jedynym źródłem

słodkiej wody).

Najodpowiedniejsza pora dla wizyt to

okres od kwietnia do października, gdy wieją łagodne pasaty. Od listopada do

lutego mogą zdarzać się huragany.

Z Fakaofo popłynęliśmy na pozostałe atole

– to były już tylko kilkugodzinne przeskoki…  I tu pora wyjawić, że

na atolach nie ma żadnej przystani, a dno gwałtownie opadające zaraz na

zewnątrz bariery rafy uniemożliwia rzucenie kotwicy. Stateczek zmuszony jest

bez przerwy dryfować, czasem popłynąć na noc na przeciwną stronę atolu, by

schować się przed wiatrem.

Czas

dryfowania przy jednej wyspie wyznaczony jest przez wyładunek i załadunek

towarów i pasażerów. Zdarza się, że „Tokelau” dociera do wyspy pod wieczór i

rozładunek zaopatrzenia można rozpocząć dopiero rano – wtedy podróżnik

odbywający okrężną podróż ma szansę spędzenia tej nocy na wyspie – tak

właśnie było dwukrotnie w moim przypadku – na Atafu i Nukunonu.

Rozładunek statku na rozkołysanym oceanie

jest widowiskiem samym w sobie: z atolu przypływa przeskakując przez wąskie

przejście w barierze rafy płaskodenna motorówka na którą na roztańczonym

morzu przeładowuje się worki, paczki, meble i… pasażerów. Obraca ona wiele

razy przywożąc z lądu duże, puste beczki na paliwo dla spalinowej

elektrowni, które następnie napełniane są ze statkowych zbiorników i

ponownie zabierane na wyspę…  Przy wysokiej fali dzieje się to w warunkach

dużego ryzyka – polski inspektor BHP złapał by się za głowę i szybko zamknął

tą linię żeglugową! Ale wypadki u wybrzeży Tokelau są podobno rzadkością…

Przygotujcie się na to, że przy pokonywaniu rafy skropi was zwykle wodą –

radzę zabezpieczyć kamery. A jeśli nie umiecie pływać – poprosić o kamizelkę

(z reguły o nich zapominają)

Gdy na takiej motorowej łodzi opuszczałem

Nukunonu trzy razy zawracaliśmy podchodząc do rafy, czekając na moment

odpowiedni dla przeskoczenia spienionej bariery. W końcu udało się –

oczywiście „na mokro”. Mimo doświadczenia miejscowych marynarzy którzy znają

kaprysy rafy takie przeprawy dostarczają zawsze wiele emocji i… są na

pewno dodatkową atrakcją rejsu na Tokelau.

Atol Atafu –
leży 92 kilometry od Nukunonu i jest

najbardziej odległy od Samoa. W związku z tym w każdej podróży statek

zaopatrzeniowy odwiedza Atafu tylko jednokrotnie. Mieszkańcy Atafu to

protestanci. Wznieśli na jedynej zasiedlonej wysepce Vao okazały halowy

kościół. Ciekawy jest prymitywny cmentarz na brzegu od strony oceanu, gdzie

zarysy wielu starych nagrobków wyznaczone są muszlami.

Atafu jest najbardziej konserwatywnym

spośród trzech atoli Tokelau. Tu z największym szacunkiem ludzie odnoszą się

do tradycji. I tylko tutaj można jeszcze zobaczyć tradycyjne canoe z bocznym

pływakiem dłubane z jednego pnia. Takie canoe zresztą wciąż się tu wyrabia –

widać to na jednym ze zdjęć poniżej…

Wokół głównego placu przy

przystani stoją najważniejsze budowle atolu: „fale” – owalne lub prostokątne

budowle bez ścian służące jako miejsca spotkań. Jest tu także mały

budyneczek Radia Atafu nadającego głównie muzykę i lotala – małe fale w

którym przez całe dnie przesiadują miejscowe kobiety wyplatając wachlarze i

koszyczki, a po południu grające zbiorowo w loteryjkę. Gdy poprosić, odłożą

swoje robótki, włożą na głowy kwiatowe wianki, zaśpiewają swoje rozkołysane

pieśni a nawet zatańczą…

Zaskoczeniem dla przybysza są

europejskie nazwiska, które nosi wielu Tokelauańczyków – to pamiątki po

marynarzach z wielorybniczych statków, którzy na przełomie XIX i XX wieku

chętnie zawijali na Tokelau pozostawiając po sobie potomków.

 

W budynku administracji jest tu

poczta… Barczysty Mr Rupena – policjant i naczelnik poczty w jednej osobie

paradujący jak wszyscy w spódniczce sprzedaje po 1,20 ładne widokówki,

znaczki i przystawia pamiątkowe pieczątki w paszportach. Można stąd wysłać

list (który i tak popłynie tym samym statkiem) – Znaczki na pocztówkę

kosztują: na inne wyspy Pacyfiku: 1 NZD, a poza Pacyfik 2 NZD.

 

Te panie nie dały się długo prosić –

szybko uplotły sobie wianki (bez wianka nie wypada widać występować!)

zaśpiewały specjalnie dla Polaka  i zatańczyły…   Hmm…

wiecie zapewne, że na Tokelau i na wielu innych wyspach Polinezji tańczą

tylko ręce kobiet…

Nie byłem

pierwszym Polakiem odwiedzającym Tokelau – na Atafu pamiętają Polkę, która

przyjechała na krótko z Nowej Zelandii i pozostawiła wyspiarzom płytę z

niezrozumiałymi niestety dla nich polskimi kolędami…  W historii

Tokelau jest także inna polska karta: stateczek, który zaopatrywał wyspy

zanim pojawił się tu obecny „kalosz” był małym frachtowcem zakupionym w

Polsce – prawdopodobnie od PLO. Potem sprzedali go do Nowej Zelandii.    

 

A tu mamy dłubane canoe w trakcie

produkcji – oj trzeba wiele miesięcy ciapać małą siekierka przypominającą

motyczkę, aby dojść do takiego stadium…

Tyle tylko, że pływanie takim canoe

poza rafą jest dla dzisiejszych, niezbyt już wprawnych żeglarzy dosyć

ryzykowne. Na Nukunonu widziałem za to dużą motorówkę, która podobno przy

spokojnym morzu może dopłynąć do sąsiednich, siostrzanych atoli. 

Mówiono mi jednak, że wykorzystują ją tylko w nadzwyczajnych sytuacjach – ze

względu na dużą odległość i koszt paliwa – turysta na nią nie ma co liczyć.

 

Kokosów jest – jak się pewnie

domyślacie – dostatek i są one ważnym elementem tutejszej diety. Na zdjęciu

produkcja wiórków kokosowych. Chłopiec siedzi na stołeczku z którego wystaje

stalowe ostrze do skrobania…

Z wiórków można wycisnąć kokosowe

mleczko (oni mówią: coconut cream) które dodaje się do wielu potraw…

 

Jedna z rodzin na Atafu: O’Brianowie ma

duży, europejski dom, a w nim pokoje gościnne udostępniane oficjalnym

gościom, a także – za zgodą rady starszych – turystom. Zwyczajowo w takich

sytuacjach, gdy turysta mieszka przy rodzinie za zakwaterowanie i posiłki

płaci 20-30 NZD. Gdybyście woleli żywić się sami (nie polecam) to na

wszystkich trzech atolach są sklepiki oferujące nowozelandzkie konserwy,

makarony i oleje, ale wybór jest niewielki, a ceny takie jak w Nowej

Zelandii.

 

 

Trzeci atol – Nukunonu, ten

środkowy, odległy jest od Fakaofo o 64 kilometry. Ma on opinię najlepiej

rozwiniętego, a jego mieszkańcy – prawie wyłącznie katolicy – opinię

najbardziej przedsiębiorczych w tym wyspiarskim kraju. To jedyny atol, gdzie

dwie sąsiadujące ze sobą wysepki: Vao i Motusaga połączone są mostem.

Na Nukunonu znajduje się jedyna

instytucja turystyczna na Tokelau: Luciano Perez – emerytowany kierownik

szkoły prowadzi mały guesthouse „Luana Liki” zlokalizowany w piętrowym domu

na brzegu laguny (na zdjęciu obok). Za 50 NZD oferuje pokój z pełnym

wyżywieniem, (30 NZD bez posiłków). Sprawdzam książkę gości – ostatni

turysta był tu 4 miesiące temu! Luciano ma łódź z silnikiem, którą wozi tych

swoich rzadkich gości po lagunie – na snorkeling i łowienie ryb. Dla

amatorów robinsonady ma zaś w łańcuchu motus otaczających lagunę swoją

prywatną wysepkę z palmami i białym piaskiem. Sunąc łodzią przez szmaragdową

lagunę dotarliśmy do motu najbardziej wysuniętego na północ, które tak jak

całe państewko nazywa się Tokelau. Ciekawostką na motu Tokelau jest głęboka,

zaciszna zatoczka z wejściem od strony laguny. W środku zatoczki stoi

figurka Matki Bożej. To jedno z najbardziej uroczych miejsc na atolu.

Byłem tu na ciekawej niedzielnej

mszy śpiewanej w polinezyjskim języku… W ładnym, wzniesionym w 1930 roku

kościele warto zwrócić uwagę na ciekawy krucyfiks wykonany przez miejscowego

artystę z jednego pnia drzewa. Przy kościele rezyduje kapłan – 78-letni

staruszek, nazywany przez miejscowych biskupem. Rzeczywiście, sympatyczny

Patrick O’Connor  – Irlandczyk z pochodzenia występuje w purpurowych

szatach… Biskup jednej parafii i zarazem jej jedyny kapłan od dawna już nie

opuszcza swojego atolu, choć wciąż jeszcze codziennie odprawia mszę.

A jak ma postępować, ktoś, kto chciałby

dłużej posiedzieć w tym zapomnianym raju?   Wizy zastępuje tu

zezwolenie wydawane przez „Tokelau Apia Liaison Office” – biuro łącznikowe

tego kraju w Apii na Samoa. Na odbycie podróży okrężnej i dzienne lądowania

nie potrzeba permitu. Natomiast ktoś, kto chce pozostać tu na dłużej

(minimum dwa tygodnie – do ponownego przybycia statku) musi ubiegać się o “visitor

permit”. Aby uzyskać permit (koszt 20 NZD) należy poprzednio uzyskać

potwierdzenie odpłatnego zakwaterowania na wybranym atolu/atolach (przy

rodzinie lub w jedynym guest-house na Nukunonu) – w tym pośredniczy biuro w

Apii – i opłacić powrotny bilet na statek. Po złożeniu aplikacji biuro

kontaktuje się (faksem lub przez radio) z taupulegą – radą wyspy by uzyskać 

akceptację. Odmowy zdarzają się rzadko. E-mail do biura w Apii:

zak-p@lesamoa.net

 

 

 

 

Najwyższy punkt terenu na Tokelau

wystaje zaledwie na 5 metrów ponad poziom oceanu. A że na skutek efektu

cieplarnianego poziom mórz nieustannie się podnosi nie wiadomo jak długo

jeszcze mieszkańcy Tokelau przetrwają na swoich wyspach. Warto więc może

zawczasu pomyśleć o odwiedzeniu tego zapomnianego zakątka Polinezji…