Gruba biała linia na pokazuje na
mapce Futuny granicę między królestwami (“royaume”) Alo i Sigave.
Terytorium Alo jest znacznie większe, tym bardziej, że to do tego właśnie
królestwa należy niezamieszkana wysepka Alofi leżąca w bezpośrednim
sąsiedztwie. Zanim jednak wybrałem się na Alofi postanowiłem jeszcze
powędrować wzdłuż zachodniego wybrzeża Futuny, przez teren tego mniejszego
królestwa – Sigave.
Zachodnie brzegi Futuny, to
jedyny odcinek wybrzeża tej wulkanicznej wyspy, gdzie znaleźć można dłuższe
odcinki plaży. Na zdjęciu lotniczym obok widać ten fragment wyspy i wąską,
jedyną drogę, która biegnie po jej obwodzie.


W każdej mijanej wiosce, w każdym
przysiółku mijałem kościół – tu macie na zdjęciu kościół, a właściwie taką większą kaplicę w Hua.

W porze przypływu poziom wody podnosi
się nawet o metr i ocean zalewa i tak niezbyt szerokie plaże.
Ale i tak zachodni cypel Futuny jest
ładnym miejscem – miejscowi dostrzegli to i zbudowali w tym miejscu, tuz
przy plaży jedyny miejscowy hotel z prawdziwego zdarzenia. Somalama Park
Hotel jest bardzo kameralnym miejscem. Klimatyzowany pokój ze śniadaniem
kosztuje tu 10500 CFP. W sąsiedztwie przy plażowym barze próbowano
uruchomić namiastkę dyskoteki na wolnym powietrzu, ale zdaje się, że w
tutejszym konserwatywnym społeczeństwie
instytucja nie ma zbyt wielu zwolenników i jest otwierana tylko
okazjonalnie.


Na niskiej, umocnionej skarpie przy plaży
stoją pod daszkami ze strzechy restauracyjne stoliki. Podobno szczególnie
pięknie wygląda obserwowany stąd zachód słońca.
Nieco dalej na wybrzeżu rosną okazałe
pandanusy. Ich owoce przypominające wielkie szyszki (wysysa się z nich sok)
nie bardzo przypadły ni do gustu, ale z tych długich liści miejscowi plotą
maty, tacki, koszyki i jeszcze inne rzeczy…


W kolejnej wiosce – Tavai znalazłem dwa
kościoły: jeden tradycyjny, a drugi oparty o nadbrzeżną skałę. Ten ostatni
jest niepowtarzalny, bo przez jego pozbawione szyb okna otwiera się w każdą
stronę widok na malownicze wybrzeże.
Ołtarz jest – jak wszędzie tutaj – bardzo
skromny. Figurka Madonny stoi we wnęce skały, w niewielkiej naturalnej
grocie.


Gdy robiłem zdjęcia pojawiła się taka oto
miejscowa rodzinka. Przynieśli świeże kwiaty hibiskusów nawleczone na
patyczki, by zostawić je przed świętą figurką.
Jeszcze kilometr marszu obwodową drogą i
znalazłem się przy plaży z pochylonymi nad nią kokosowymi palmami. Niby
zwykła plaża… Tylko ten piasek: nie biały, ale czarny. To wulkaniczny
piasek – on dominuje na plażach po północnej stronie Futuny.


Tuatafa. Wioski
właściwie tu nie ma, zaledwie dwa czy
trzy domy, ale kościół jest – i to bardzo okazały! Podobno kiedyś
osiedle było większe, ale wiele domów opuszczono. Stary rybak zaprosił mnie
tutaj na kawę, nie na kavę, ale na prawdziwą kawę… To trzeba było
docenić…
Za Tuatafa szutrowa droga wspina się na
zbocze…

błękitny, wzburzony ocean.

Najciekawszym krajobrazowo miejscem na
północnym wybrzeżu jest Pointe des Pyramides. Droga obiegająca wyspę
przechodzi tu przez ciasną szczelinę miedzy zboczem i dwiema wysuniętymi w
morze skałkami. Maja one kształt ostrych piramid, a na szczycie jednej
z nich ustawiony jest oczywiście krzyż.
Kilkugodzinna piesza wędrówka w wilgotnym
upale dała mi się we znaki. Na szczęście po zrobieniu tych zdjęć na pustej
zazwyczaj drodze pojawił się samochód, którym autostopem zabrałem się do
Nuku.
trzecią co do wielkości wyspę francuskiego terytorium “Wallis et Futuna”

Urodziwa, lecz bezludna Alofi
oddzielona jest od Futuny dwukilometrowym przesmykiem, którym w porze
odpływu przelewają się turkusowe wody oceanu. Z Futuny na Alofi nie ma
żadnej regularnej komunikacji, ale jeśli wstać wcześnie rano, to można na
nią dotrzeć z miejscowymi, którzy z plaży Vele odpływają na Alofi pracować
przez kilka godzin na ukrytych w wilgotnej dżungli poletkach taro i zbierać
kokosy, z których potem pozyskują koprę – ich biały miąższ. Z niego po
wysuszeniu produkuje się oleje i znane nam kokosowe wiórki.

motor nie trwała długo. Po 20 minutach wylądowaliśmy na tej plaży, obok
niewielkiego kościółka.

Warto popłynąć na Alofi, bo to właśnie
na tej wyspie są najpiękniejsze plaże całego terytorium. Fotografowałem je,
a potem przyglądałem się, jak miejscowi chłopcy, którzy przybyli tu z
rodzicami zręcznie rzucają sieci, by potem złowione rybki upiec na
zaimprowizowanym palenisku. Korzystałem ile się dało z ciepłego morza,
świadomy tego, że nazajutrz przyjdzie mi pewnie pożegnać rajską Futunę.
Na wysepce poza plażami nimi niewiele
jest do zobaczenia. Choć na Alofi nikt na stałe nie mieszka to gorliwi
katolicy z królestwa Alo wznieśli tam wśród palm przy plaży mały kościółek
pod wezwaniem Sacre Coeur (Najświętszego Serca).


Kościółek, mimo ze pusty okazał się
bardzo zadbany. We wnętrzu była tylko jedna ławka, ale nie zdziwiło mnie to,
bo w wielu peryferyjnych kościołach na Pacyfuku wierni siedzą po prostu na
podłodze.
Ściana za skromnym ołtarzem ozdobiona
była motywami malowanymi zwykle na miejscowych tapach – płatach utilizowanej
kory, które w zamierzchłych czasach używano jako odzież, a dziś wciąż się je
tu produkuje na obrusy, makatki i rozmaite drobne suweniry.


Za pierwszą linią palm można znaleźć
tradycyjne fale – wiatę, w której mogą się schronić przed słońcem czy ulewą
ci mieszkańcy Futuny, którzy przypływają na Alofi pracować przy zbiorze taro
czy kokosów. Od biedy można tu nawet przenocować. Tylko te komary…
Nie ma dróg, bo nie są potrzebne.
Tylko taka ścieżynka prowadzi w głąb wyspy. Po południu pojawiają się na
niej miejscowi ze zbiorami.


Na tyczkach niosą koszyki i
przemyślnie związane pęczki ogłowionych już kokosów. W cieniu nadbrzeżnych
drzew czekają, aż upał zelżeje i na plażę wrócą ich wszyscy pobratymcy,
którzy rano przypłynęli tą samą łodzią.
Kobiet i dzieci nie widziałem tam
wiele. Bo na Alofi przyjeżdża się do pracy, nie do zabawy. Dwie czy trzy
nastolatki przybyły pomagać rodzicom. Kąpały się (kto nie chciałby wypluskać
się w morzu w taki upalny dzień?), ale nie zdejmując sukienek. Taki tu
obyczaj.


baraszkowanie w tym wspaniałym morzu. A plażę na Alofi teraz, z perspektywy
czasu zaliczam do najpiękniejszych na Polinezji…

Ale Alofi ma też i inną twarz.
Zobaczyłem ją, gdy po spędzeniu dnia na tej wyspie wracaliśmy na Futunę.
Okazało się, że zachodnie wybrzeże wysepki to malownicze i wysokie na jakieś
20 metrów klify.
Gdy wiatr wieje z zachodu – jak tego
dnia – wysokie fale uderzają w klif w klif tworząc malownicze fontanny.
Niestety miejscowi boją się w takich warunkach podpływać zbyt blisko.


Tak wyglądała ta piękna,
niezamieszkana wyspa z brzegu Futuny tuż przed zachodem słońca.
się z moimi dziecinnymi snami o tym, aby przenieść się na taką wyspę, na
jakiej mieszkał Robinson Crusoe. Wydaje mi się, że Alofi z powodzeniem
mogłaby wystąpić w tej roli.

wyładowaną wiązkami kokosów od zachodu nadciągnęły chmury. Lało całą noc.
Rano, przy kolejnej porcji taro patele oświadczył autorytatywnie: -Dziś na
pewno nie polecisz. Trawiaste pole startowe po ulewie tak rozmięka, że loty
wznawiają dopiero po dwóch-trzech dniach!
Patele miał rację. Z Futuny odleciałem
z jednodniowym opóźnieniem. Chwała Bogu, że tylko jednodniowym.

Na pożegnanie tej pięknej wyspy dostałem
kwiatowy naszyjnik. I był jeszcze czas, by sfotografować się z kapitanem
tego jedynego twin-ottera, który tu przylatuje. W kilka miesięcy później
dowiedziałem się, że chcą kupić drugi samolot i wybudować tu utwardzony
pas…
