Futuna. Po co przyleciałem na tą
zapomniana wysepkę? Oczywiście po to, by zobaczyć, jacy są i jak żyją tu
ludzie. Nie znam lepszej metody na poznawanie takiego miejsca jak zarzucenie
na ramię torby z kamerami i piesza wędrówka od wioski do wioski, od domu do
domu. Trzeba tylko uważać, aby być taktownym, nie podglądać tych rzeczy,
których tubylcy mogliby się wstydzić…

Na mapce Futuny gruba biała linia
pokazuje granicę między dwoma królestwami Futuny: Sigave zajmującym
zachodnią część wyspy i Alo – na wschodzie.
W poniedziałek wybrałem się do królestwa
Alo. Ale jeszcze wcześniej odwiedziłem “Delegacion de Futuna” – niewielki
baraczek będący siedzibą francuskiego delegata, reprezentującego na wyspie
francuską administrację. Pan w średnim wieku zajmuje się głównie rozdziałem
środków finansowych przydzielanych przez Francję. Jego wiedza o Futunie była
bardzo skromna – nie wiedział nawet, ile samochodów jeździ po wyspie
(przypuszczam, że nie więcej niż 20)


Pożegnałem się więc i pomaszerowałem
dalej. Tak wygląda z lotu ptaka Ono – stolica królestwa Alo. Wraz z
przyległymi osadami Taoa i Mala’e tworzy swego rodzaju Trójwieś, bo przecież
nie Trójmiasto..
W zabudowie jak widać wciąż przeważają
tradycyjne chaty – owalne fale – czegoś takiego na Wallisie dawno już nie
ma!


Te tradycyjne chaty są różnej wielkości,
zależnie od zamożności i wielkości rodziny – zupełnie jak u nas. Jedne mają
boki osłonięte ścianami, inne jedynie częściowo, co zapewnia większy
przewiew we wnętrzu.
Skrajnym przypadkiem takiej budowli jest
fale będące miejscem wioskowych spotkań mężczyzn czyli tau’asu. Tu bocznych
ścian nie ma wcale – pozostaje wentylowana przez wiatr wiata…


wyrastaja ponad dachy kryte strzechą
Ten wielki kościół w Ono nazywa się Leava
Church (nie należy go mylić z osadą Leava, gdzie jest przestań i kantorek
banku). Leava Church jest siedzibą drugiej na Futunie parafii (obszar
każdego królestwa jest jednocześnie obszarem oddzielnej parafii). Krótko
mówiąc – tu rezyduje konkurencja mojego patele. Mnie osobiście nasz kościół
Sau Sau z jego bajkowymi wieżami bardziej się podobał.


A swoją drogą sąsiedztwo takich
odmiennych w stylu budowli sprawia, że ma się wrażenie, że do zacofanej
wioski przeniesiono tu żywcem kościół wymontowany z kamiennej zabudowy
któregoś francuskiego miasteczka.
W sąsiedztwie chat tu i
ówdzie zobaczyć można stare nagrobki. Ale obecnie zmarłych chowa się tu
raczej na cmentarzach. Starą tradycję chowania bliskich przy domu kultywuje
się jeszcze np. na niektórych wyspach Samoa.


widziałem – ustawione w kościele przed ołtarzem kwiaty – ale jakie! Zerwane
świeże kielichy hibiskusów nawleczone są przez cierpliwe ręce kobiet na
długie i cienkie bambusowe patyczki. I taka obsypana kwieciem gałązka
wstawiana jest do słoika z piaskiem. Nie jest ona naturalna, ale trzeba
przyznać, że wygląda bardzo efektownie. Te kwiaty niestety po
kilku godzinach więdną. A kobiety zrywają następne – całe szczęście, że jest
ich pod dostatkiem!

Naprzeciwko wielkiego kościoła – w
centralnym punkcie osady stoi zbudowana w tradycyjnym stylu chata króla Alo
– jest nim Soane Patita Maituku.
Poddani króla Maituku żyją tak, jak
za jego poprzedników. Gdy maszerowałem przez wioskę od wielu fale
dochodziło charakterystyczne stukanie.
To kobiety z płatów kory (najpierw
moczonej w wodzie co widać to na zdjęciu) – tłuczkami z twardego drewna
wyklepują tradycyjną tapę – materiał, z którego przed przed przybyciem
Europejczyków wykonywali elementy swojej odzieży.


Dzieci od najmłodszych lat przyglądają
się jak ich matki i siostry pracują przy produkcji tapy. Rozklepywana tapa
zyskuje na szerokości i staje się coraz cieńsza i coraz bardziej elastyczna.
Ten pasek jest już dostatecznie szeroki i
elastyczny, by połączyć go z innym. Uzyskuje się to przez nakładanie brzegów
dwóch pasków i ponowne sklepywanie włókien na ich połączeniu. Bardziej
nowoczesne rozwiązanie to stosowanie naturalnego kleju.


Tapo- edukacja zaczyna się w bardzo
młodym wieku.
A to już gotowy produkt. Szeroki
pas tapy po wysuszeniu ozdabia się tradycyjnymi wzorami przy wykorzystaniu
naturalnych barwników. Widziałem, że używają do tego celu tylko dwóch
kolorów: brązowego i czarnego.


Tutejsze kobiety mają także inne robótki.
Ta na przykład wyplata dużą, podłogową matę z wysuszonych pasków pandanusa.
… jeszcze inna haftowała,
naszywając ręcznie kolorowe aplikacje na spódnicę…


Mała ślicznotka. Także i na Futunie
dzieci są bardzo wdzięcznym tematem dla fotografa. Nie ma tu turystów, więc
nie jest znane zjawisko żebractwa. Tu nikt za mną nie wołał “Donne moi une
cadeau!”
Wędrowałem dalej przez królestwo Alo.
Kolejna wioska to kolejny kościół…


…i kolejne tradycyjne “fale”…
…a w nich kobiety wyplatające koszyki z
palmowych liści… W ciągu kwadransa potrafią z takiego jednego dużego
liścia upleść koszyk, do którego można włożyć 10 obranych kokosów.


Wiązki kokosów można także
przechowywać przywiązując je do palika – jak tutaj… Zarówno podwórka jak i
wnętrza fale wysypywane są koralowym gruzem. Niezbyt przyjemnie sie po nim
chodzi na bosaka, ale to chyba kwestia przyzwyczajenia.
Koło kuchennego paleniska na zewnątrz
chaty czekają produkty, z których przyrządzi się obiad: banany i jams –
grubaśne bulwy rosnące w ziemi.


Dorośli mężczyźni całymi godzinami
przesiadują w tau’asu – wioskowym domu spotkań do którego zgodnie z tradycją
kobiety wstępu nie mają. To jest taki męski klub…
Można tu posiedzieć na uplecionych przez
kobiety matach, pogadać z kumplami i zapalić, ale jeszcze częściej
zgodnie z prastarym obyczajem pije się kavę – narkotyzujący napój
przyrządzany z korzenia pieprzowca.


Najpierw korzenie ubija się solidnie w
drewnianej stępie…
Potem zmiażdżone korzenie wkłada się
do specjalnego naczynia – dużej drewnianej misy, zalewa wodą i wielokrotnie
wyciska.


Potem było powitanie, które na Futunie
brzmi: Malo te mauli! I zaproszenie do wychylenia czarki kavy. A te
czarki wykonywane są z połówki kokosa. Po wypiciu toastu lekko cierpnie
język i poprawia się ogólny nastrój…
Z tyłu za tymi panami stoją koszyki
uplecione z jednego liścia palmy…
Popiłem i pomaszerowałem do następnej
wioski. A tu kolejny kościół i to sądząc po dachu, chyba niedawno
wzniesiony…


…i kolejni sympatyczni ludzie.
Która to młoda mamusia nie chciała by
mieć zdjęcia z ze swoją maleńką pociechą?… Ale musiałem poczekać, aż włoży
jej reprezentacyjne, sprowadzone z Francji śpioszki…
Czasem udawało mi się złapać na
drodze obiegającej wyspę jakiś autostop. Tek pan jadący z synem podwiózł
minie kilka kilometrów. Zwróćcie uwagę na to, że nawet samochodem jeździ się
tu na bosaka…


I tak znalazłem się w końcu po
drugiej stronie Futuny, na północnym wybrzeżu, gdzie zbocza górskie
docierają w wielu miejscach aż do morza i w związku z tym jest znacznie
mniej ludzkich osiedli.
bardziej dramatyczne. Na zdjęciu poniżej: Pointe des Pyramides


Potem na moim szlaku pojawiła się
kolejna wioska, a w niej tradycyjne fale fono – czyli wiata będąca miejscem
zebrań.
Warto zwrócić uwagę na tradycyjną
konstrukcję tych budowli. Ich belkowanie nie jest łączone gwoździami czy
metalowymi klamrami, ale sznurem z kokosowego włókna. Warto przy tym zwrócić
uwagę, że wiązania wykonywane są w artystyczny sposób, dzięki użyciu
sznura o różnych kolorach uzyskuje się bardzo ciekawe efekty.


Fale oczywiście nie było puste. W
cieniu odpoczywało tam kilku miejscowych panów. Po powitaniu zaprosili mnie
oczywiście do środka…
Najważniejszym sprzętem w takim
publicznym fale jest zawsze tanoa – drewniane naczynie do kavy, wykonane z
nóżkami z jednego kloca drewna. Futuna


W naczyniu z kavą pływają
kokosowe skorupy, którymi pije się kavę. Tradycja jest tu wciąż żywa.
Na Wallisie zamiast kavy panowie
popijają już raczej puszkowe piwo.
Francuzi przywieźli na wyspę swoją
grę w metalowe kule – jak widać przyjęła się ona wśród krajowców.


I tak zapisywał się w mojej pamięci
obraz tej konserwatywnej, odciętej od świata Futuny. Jego podstawowymi
elementami były: kryte strzecha fale…
… i kościoły… – tu kolejny…


Wędrując po obwodzie wyspy
fotografowałem ludzi, nigdzie nie spotykając się z niechęcią, czy żądaniem
pieniędzy za zrobienie zdjęć. I tak powstała mała galeria futuańskich
portretów…
Macierzyństwo…




W grupie zawsze weselej…


Młodzieńcza przyjaźń…
i taka właśnie jest Futuna.
