Szósta Podróż Dookoła Świata – Wojtek Dąbrowski – 6th Round-the-World Voyage: Christmas Island (6rtw3a.htm)

6rtwmp.jpg

Po zwiedzeniu

Australii Zachodniej  wyruszyłem z

Perth na dwie małe wysepki leżące na Oceanie Indyjskim: Cocos

Islands i Christmas Island… Mało kto pamięta o tych niewielkich

terytoriach administrowanych przez Australię.

Znane przewodniki, jeśli w ogóle o nich wspominają to tylko bardzo

pobieżnie. Znaczne oddalenie od macierzystego kraju sprawia, że transport 

jest utrudniony i kosztowny.  

Obie wyspy,

choć leżą w tej samej strefie klimatycznej różnią się bardzo, jeśli chodzi o

krajobraz: Cocos to płaski koralowy atol, który uformował się na szczycie

wygasłego podwodnego wulkanu. Christmas natomiast to wypiętrzona w wyniku

ruchów tektonicznych wysoka klifowa skała, tylko w kilku miejscach

pozwalająca na dostęp do morza.  Tak wygląda Wyspa Bożego Narodzenia z

lotu ptaka. Zwróćcie uwagę, że w tej części wyspy nie widać żadnych osiedli

ludzkich.  Wyspę oddziela od Perth

aż 2600 kilometrów – leży ona znacznie bliżej Indonezji niż macierzystej Australii… 

Warto pamiętać, że na Pacyfiku jest jeszcze jedna Wyspa Bożego Narodzenia, należąca do Republiki Kiribati i dostępna praktycznie tylko samolotem odlatującym raz w tygodniu z

Honolulu.

 

Jedyne regularne połączenie lotnicze z

Christmas Island na Oceanie Indyjskim utrzymywane jest przez małą linię National Jet dysponującą samolotem Avro

RJ-70 – odpowiednim dla krótkich dróg startowych na wyspach. Brak możliwości

uzupełnienia paliwa na wyspach zmusza go do lądowania w drodze z Perth w bazie

lotniczej Learmonth na zachodnim wybrzeżu Australii koło Exmouth. Miałem

początkowo nadzieję, że uda mi się tam wsiąść do samolotu ograniczając czas

i koszt przelotu. Ale niestety, nic z tego nie wyszło. Choć w bazie

wypuszczają pasażerów z samolotu do terminalu jest to wyłącznie lądowanie

techniczne. Samolot ma tylko 54

miejsca, lata z Perth zazwyczaj dwa razy w tygodniu odwiedzając za każdym

razem obie wyspy, ale kierunek lotu po trójkącie zmienia się w następujących

po sobie rejsach, co umożliwia odwiedzenie Christms i Cocos w dowolnej

kolejności.

Kilka

lat temu istniała możliwość dotarcia na Christmas Island także z Dżakarty –

samolotem indonezyjskiej linii Merpati. To była najtańsza droga lotnicza na

Wyspę Bożego Narodzenia.  Ale w 2003 roku loty zawieszono jako nie spełniające wymogów bezpieczeństwa.  Warto jednak zawsze sprawdzić, czy

przypadkiem nie otwarto ponownie tej furtki. Od połowy 2004 roku Garuda

zaczęła latać raz w tygodniu z Denpasaru na Bali na Christmas Island.

Powrotny bilet typu apex kosztował około 700 AUD.

 

Osiedla ludzkie skupione są

w północnej części wyspy – leżą na kilku tarasach rozłożonych jeden ponad

drugim: nad samym oceanem położona jest osada nazywana po prostu Settlement z instytucjami,

sklepami i małym pomostem portu przy plaży w zatoce Flying Fish Cove (na

zdjęciu obok). Po drugiej stronie plaży straszą urzadzenia do załadunku

fosforytów. Powyżej – nad

Settlementem, na tarasach klifu rozłożyły się osiedla robotnicze: Drumsite, Poon Saan

i Silvercity.


Flying Fish Cove – widok z Drumsite

Rozczarują się wszyscy,

którzy tak jak ja będą szukać powiązań dzisiejszej Christmas Island z Bożym

Narodzeniem.  Jedyną chrześcijańską świątynią na Christmas jest maleńka

kaplica katolicka (dumnie nazywana kościołem) schowana gdzieś za urzędem

pocztowym. Kiedy zjawiłem się tam na nabożeństwo w niedzielny poranek

okazało się, że cała katolicka społeczność wyspy to zaledwie kilkanaście

osób, z czego połowa to przebywający tam czasowo wietnamscy azylanci.

Katolicki ksiądz przyjeżdża na Christmas Island z Australii tylko raz w roku

– przed Wielkanocą.


Na wewnętrznej, bocznej ścianie kaplicy

zauważyłem mały obrazek przedstawiający pokłon trzech króli w stajence. I to już

wszystko… Oczywiście Boże Narodzenie świętowane jest na wyspie – jako holiday

– dzień wolny od pracy. I przez wszystkich obywateli. Ku mojemu zdumieniu

okazało się, że wśród nich aż 60 procent stanowią  etniczni Chińczycy.

Następna co do liczebności grupa to Malajowie, których jest 21 procent.

Biali są w wyraźnej mniejszości.

Niegościnna wyspa zmieniała

kilka razy nazwę i położenie na mapach.  William Mynors, który zjawił się u

jej brzegów w dzień Bożego Narodzenia 1643 roku nie mógł wprawdzie wylądować, ale

nazwa, którą z tej okazji nadał wyspie jak widać przetrwała.  W połowie XIX

roku na wyspie odkryto złoża fosforytów, w latach dziewięćdziesiątych

rozpoczęła się ich eksploatacja i trwała aż do 1987 roku. To właśnie do

pracy w odkrywkowych kopalniach sprowadzono chińskich i malajskich

robotników wraz z rodzinami. Bezrobocie i nacisk opinii publicznej

spowodował wznowienie eksploatacji fosforytów. Trwa ona do dziś, ale ma

ograniczoną skalę, bo złoża są prawie wyczerpane…

Nadlatując nad wyspę

sądziłem, że zobaczę żałosny krajobraz podobny do tego, który oglądałem

kiedyś na wyspie Nauru na

Pacyfiku: nagie skały, pokryte pyłem z wyrobisk. Tymczasem Christmas Island okazała

się zieloną, górzystą wyspą z beżowymi plamami odkrywek rozrzuconymi  tylko w południowej

części.  Cała reszta wyspy to dżungla – obszar Parku Narodowego. Dawne

kopalniane wyrobiska (na zdjęciu poniżej) zarosły i wcale nie rzucają się w

oczy…

Jak dojechać z lotniska do miasta? Nie

ma tu żadnego zbiorowego transportu. Przedstawiciele zarezerwowanych wcześniej

hoteli odbierają swoich gości na lotnisku (czasem za dopłatą). Taksówki

prywatne (trzy sztuki) są drogie (od 10 AUD za krótki kurs do 30 za kurs z hotelu na lotnisko).

Czterogodzinna wycieczka taksówką po wyspie kosztuje 150 AUD.

 

Na Christmas Island oficjalnie

rządzi tu gubernator  mianowany przez angielską królową.

Tai Jin House – dawna rezydencja

gubernatora to jedna z ładniejszych budowli na wyspie. Podczas mojego pobytu

mówiło się o zamiarze urządzenia w tym historycznym budynku muzeum.

Niedaleko
Tai Jin House – na

cyplu u wejścia do zatoki znaleźć można baterię, która broniła dostępu do

tej jedynej na wyspie przystani. W okresie II wojny światowej wyspę zajęli

Japończycy. Do walk nie doszło – hinduscy żołnierze brytyjskich wojsk

kolonialnych aby ocalić własną skórę sami wymordowali angielskich oficerów i

poddali się Japończykom.

Na Christmas Island mieszka zaledwie

około 1200 ludzi. Podczas mojego pobytu miałem szczęście trafić na obchody

Harmony Day (19 marca) – to święto symbolizuje jedność trzech grup

etnicznych zamieszkujących na wyspie: Chińczyków, Malajów i białych. W

miejscowej szkole, do której uczęszcza około 400 dzieciaków były występy, na

które zostałem zaproszony… Dzieciaki jak widać doskonale się

zintegrowały…

 

Na imprezie zobaczyłem tańce chińskie…

 

a także chiński taniec smoka…

 Najważniejszą siłą polityczną na

wyspie są związki zawodowe, to one zorganizowały występy. W dwa dni później

było kolejne święto – bodaj Union Day – dzień związków zawodowych z

podobnymi występami na świeżym powietrzu, darmowym jedzeniem z ulicznych

garkuchni i loterią – lubią tu świętować!

 

Na obu imprezach najbardziej podobały

mi się pełne wdzięku choć nieco statyczne tańce malajskie…

 

Christmas Island ma kształt psa na

którego głowie położone jest główne osiedle. Kolorem zielonym zaznaczono na

mapie teren parku narodowego… Na szczęście dla turystów władze nie wpadły

jeszcze na pomysł, aby pobierać opłaty za wstęp do parku…

Największą atrakcją turystyczną Christmas Island

są… kraby.  Nie tysiące, ale miliony tych czerwonych kreatur o wielkości

dużej dłoni zamieszkują tutejszą dżunglę. Pod koniec października schodzą

masowo w dół – na plaże na okres godów blokując przy okazji drogi i

sprawiając nie lada kłopot miejscowym władzom, które zmuszone są nawet

ustawiać specjalne znaki drogowe. Widowisko kończy się na początku grudnia,

ale to nie znaczy, że poza tym okresem nie widać krabów – widziałem ich

setki także w marcu – w dżungli.

 

Spotkałem

także na drogach i ścieżkach brązowo-błękitne rober crabs – znacznie

większe od tych pospolitych – czerwonych. Ten okaz miał jakieś 40 cm po

przekątnej!

 

A co jeszcze poza krabami warto

zobaczyć na wyspie?   Przy portowej plaży we Flying Fish Cove –

bez wątpienia najładniejszej i najłatwiej osiągalnej – rozłożył się malajski kampong

z ładnym meczetem.

 

 

Można bez problemu zajrzeć do tego

meczetu – tutejsi muzułmanie są przyjacielscy i najwyraźniej nie prowadzą świętej wojny z

niewiernymi…

A to mała taoistyczna świątynia w

centrum Settlementu z charakterystycznym piecem do spalania ofiarnych

(fałszywych) pieniędzy. W osiedlach robotniczych na górnych tarasach są

także małe świątynie taoistyczne i buddyjskie.  Najlepszy widok z klifu na

malowniczą zatokę Flying Fish i Settlement otwiera się z Territory Day Park

w osiedlu Drumsite (zdjęcie powyżej). Niestety panoramę psują urządzenia do załadunku fosforytów. I to

już w zasadzie wszystko, co można obejść pieszo, bazując w hotelu.

Aby zobaczyć na wyspie coś więcej trzeba wynająć samochód, najlepiej terenowy, bo dojazd do

niektórych atrakcji krajobrazowych jest trudny. To jest najlepsza, ale

niestety dość kosztowna metoda zwiedzania wyspy.  Wypożyczenie

samochodu np. terenowej toyoty na 24h kosztuje 

65 AUD + około 15 AUD na paliwo. Na wyspie dobrze funkcjonuje autostop, tyle, że ruch poza

głównym szlakiem Settlement – lotnisko jest niewielki. Wyruszyłem samochodem

wzdłuż wschodniego wybrzeża,

zaczynając trasę od Settlementu. Na początku były dwa ciekawe cmentarze – chiński 

(na zdjęciu obok) i malajski.

 

Potem mała strzałka przy drodze

wskazała krótką, ale zarośniętą ścieżkę do “The Grotto”

–  małej groty w zaroślach na wybrzeżu, gdzie jest czyste  bajorko

z dostateczna ilością chłodnej wody, aby zanurzyć w niej spocone ciało.

Dalej pasek asfaltu prowadzi na pole golfowe urządzone pod palmami i

wreszcie do chińskiej świątyni Bogini Morza (na zdjęciu obok).

Christmas Island Resort – to

najlepszy na wyspie, drogi ośrodek z kasynem. Stał pusty. Kiedyś

przylatywali tu bogaci Indonezyjczycy aby zażywać zakazanej w ich muzułmańskim

kraju rozpusty. Potem pojawiły się pogłoski o praniu pieniędzy, a w dodatku

zawieszono loty do Dżakarty.  No i klapa… w luksusowym “resorcie”

podczas mojego pobytu straszyła

przeraźliwa pustka…  Ale może się to zmieni w związku z otwarciem

połączenia lotniczego na Bali…


Kilka kilometrów za ośrodkiem
ukryte

są w skalistych zatoczkach małe plaże Lilly Beach i Ethel Beach, połączone

ze sobą kilkusetmetrowym drewnianym chodnikiem zbudowanym przez rangerów. Do

tych plaż można jeszcze dojechać normalnym samochodem osobowym – do

następnych trzeba pojazd z napędem na 4 koła…  Są to czyste plaże, ale

niestety zamiast piasku znajdziecie tu drobne kamyki…

Wśród bujnej zieleni wystają

ostre, koralowe skały. Na wycieczkę w teren trzeba ubrać solidne buty na

twardej podeszwie, chroniące kostkę…

Panujący tu klimat to wilgotny

tropik. Od grudnia do kwietnia trwa pora mokra – monsunowe deszcze, ale nie

znaczy to, że w tym okresie bez przerwy pada. Dzienne temperatury od 22 stopni w

sierpniu do 28 w kwietniu.

 

A to już Ethel Beach – niedawno zbudowano tu

pochylnię do spuszczania na wodę łodzi i motorówek. Są tu także dobre

warunki do uprawiania snorkelingu – pod warunkiem, że ocean nie jest za

bardzo rozkołysany.

Na południowym cyplu wyspy można

obejrzeć wciąż eksploatowane wyrobiska fosforytów i stojącą wśród nich małą chińską świątynię.

Kiedyś w ten rejon docierała wąskotorowa linia kolejowa – do dziś pozostały

resztki stacyjki. Dziś niemrawo budują tu space center czyli kosmodrom,

która to inwestycja ma wybawić wyspę z kłopotów finansowych.

 Odgałęzienie drogi prowadzi do blowholes – naturalnych fontann na skalistym

wybrzeżu (na zdjęciu obok), które jednak funkcjonują tylko wtedy, gdy jest wysoka fala i to z

właściwego kierunku. Jak widzicie po lewej – nie miałem  szczęścia.

Po wędrówce do blowholes wróciłem do

samochodu –  musiałem okrążyć lotnisko by

znaleźć się przy punkcie widokowym Margaret Knoll – z wysokiej platformy na

rusztowaniu otwiera się tu szeroki widok na wybrzeże i wzgórza porośnięte

gęstą, dziewiczą dżunglą – to teren parku narodowego.

 

W parku narodowym Christmas

Island gniazduje wiele gatunków ptaków – głównie morskich. A że nie ma tu

tłumów turystów to nie są one szczególnie płochliwe – tego brown boobie

(zdaje się, ze tak się nazywa) fotografowałem z odległości zaledwie półtora

metra. Był trochę zdziwiony…

 

To mój samochód na

trasie. Miał na szczęście klimatyzację, bo inaczej w blaszanym pudle w

środowisku wilgotnego, dusznego tropiku trudno by było wytrzymać. Wyruszając

w trasę warto pamiętać o zabraniu odpowiedniej ilości napojów gdyż
w interiorze wyspy nie ma żadnych

osiedli, sklepów, stacji benzynowych ani źródeł bezpiecznej wody – wszystkie

zapasy na taką wycieczkę trzeba zabrać ze sobą z Settlementu.

 

 

Bardzo ładną plażą

schowaną pod klifem (schodzi się do niej po solidnej drabinie) jest Greta Beach

– mająca kilkadziesiąt metrów szerokości. Od

niej pieszy szlak (jakieś pół godziny marszu) prowadzi do położonej jeszcze

dalej Dolly Beach – jedynej

plaży na Christmas, która ocieniona jest palmami.

Zachodnie wybrzeże wyspy

jest dzikie i niedostępne. U krańca wyboistego traktu trzeba  zostawić samochód na leśnym parkingu  i następnie dobrze oznaczonym szlakiem można dojść do

kilkumetrowego wodospadu Hugh’s Dale – bodaj jedynego na wyspie. Gdy do

niego dotarłem okazało się, że to zaledwie strużka wody ściekająca po

głazach… Zdecydowanie nie warta wysiłku półgodzinnego marszu… Tym

bardziej, że kaskada położona jest w mrocznym lesie.

Druga

ścieżka prowadzi od parkingu do punktu widokowego na klifie: Martin Point

(zdjęcie obok).  Stąd,

szczególnie pod koniec dnia otwiera się wspaniały widok na klify i spieniony

ocean – taki jak na zdjęciu obok..

Teraz kilka słów o zakwaterowaniu na

wyspie: Na Rocky Point znalazłem prymitywną „Coconut Grove Backpackers Accommodation”

gdzie niejaki Billy (tel. 9164 7421) udostępnia pokoje z wiatrakiem po 20

AUD, a inne –  z huczącym klimatyzatorem po 30. W przewodnikach o nim nie

piszą. Natomiast najtańszym hotelikiem jest CI Lodge w Poon Saan,

gdzie za double room z prysznicem trzeba zapłacić 50 AUD – jest on jednak

odległy od turystycznych instytucji głównej, nadmorskiej osady. Hotele nad morzem

w Settlement – np “VQ3” żądają za pokój od 100 AUD wzwyż.

 

Nasi też tu są!  Polacy z pochodzenia, państwo Nowaccy są właścicielami eleganckiego Mango Tree Lodge –

na zdjęciu obok. Pensjonat jest bardzo ładny. Nie obiecujcie

sobie jednak po spotkaniu z nimi zbyt wiele. To będzie już raczej

australijska gościnność niż polska…   Ale dowiedziałem się od

nich, że kapitanem statku zaopatrzeniowego, który średnio raz na miesiąc

przypływa tu z Australii jest też Polak.

Głodny tramp szuka zazwyczaj

taniej i czystej restauracji… W centrum Settlement jest chińska jadłodajnia

“Noodle Shop”

z daniami od 5 AUD.

Z zaopatrzeniem nie jest

tu źle: W każdym

z osiedli na tarasach jest przynajmniej jeden sklep spożywczy dobrze zaopatrzony w australijskie towary …   Przykładowe ceny: chleb 0,5 kg – 3 AUD, puszka mielonki – 3,90, kostka masła

– 2,50, puszka parówek – 4, miód 0,5 kg – 4,20, cola 1,25l – 2,70, pocztówka

– 1. W biurze informacji turystycznej jest duży wybór widokówek, wydawnictw i pamiątek.

Biuro informacji turystycznej – Christmas Island Visitor

Information Centre mieści się we Flying Fish Cove tel. +61 8 9164

8382. Kompetentny personel wypożycza również rowery (12 AUD za dzień) i

prowadzi Internet cafe (2 AUD za kwadrans). Udziela informacji o możliwości

uprawiania snorkelingu i divingu (Christmas Is słynie z doskonałych warunków do

nurkowania).  Na lotnisku niestety nie ma żadnego punktu informacji.

Informacje o Christmas Island w internecie

znajdziecie pod adresem:

www.christmas.net.au   

oraz   www.citravel.com.au

Jak najtaniej dolecieć na Christmas?  Długie studiowanie taryf

zakończyłem wnioskiem, że najtańszym rozwiązaniem będzie jednak wykupienie w

agencji w Perth całego „package” – pakietu obejmującego trzy segmenty lotu i

zakwaterowanie na wyspach, ponieważ tylko agenci w Australii mają dostęp do

specjalnych taryf, niedopuszczonych do powszechnej sprzedaży.  W cenach

takich wycieczek występuje sezonowość – najdroższe są wyjazdy w okresie

australijskich wakacji, czyli naszą zimą. Planując podróż trzeba też

pamiętać o konieczności posiadania wielokrotnej wizy australijskiej – władze

imigracyjne Australii traktują wypad na Christmas i Cocos jako opuszczenie

terytorium kraju. Odlot w Perth odbywa się z terminalu międzynarodowego,

dość odległego od krajowego (zbudowano go po drugiej stronie lotniska).

Agencje w Australii

specjalizujące się w organizowaniu wyjazdów na Christmas i Cocos:

Christmas Island Travel tel. +61 8 9481 1200   fax: 9481 2005   info@citravel.com.au

Island

Bound Travel tel. +61 8 9381 3644   fax: 9381 2030 

info@islandbound.com.au

              Pod koniec roku 2006 udało mi się

odwiedzić drugą Wyspę Bożego Narodzenia, należącą do leżącego na Pacyfiku

państewka Kiribati.  Ba, spędziłem tam nawet święta Bożego Narodzenia

realizując marzenie znanej polskiej dziennikarki Elżbiety Dzikowskiej! 

Więcej na temat tamtej wyspy Bożego Narodzenia możecie przeczytać w relacji z

Siódmej Podróży

Dookoła Świata.