Szósta Podróż Dookoła Świata – Wojtek Dąbrowski – 6th Round-the-World Voyage (6rtw.htm)

6rtwmp.jpg

Ponad dwa lata przygotowań

poprzedziły rozpoczęcie tej najdłuższej,

jak dotąd mojej podróży. Jej pierwszy etap prowadził do Południowej Afryki, gdzie

chciałem zobaczyć góry Drakensbergu i Kruger National Park, odwiedzić dwa

małe afrykańskie królestwa: Lesoto i Suazi oraz zajrzeć przez uchylone

nareszcie drzwi do niedostępnego dotąd kraju jakim była Angola. 

 

 

     

     Spośród ofert

różnych linii sprzedających bilety na trasy dookoła świata – RTW (więcej

tutaj) najkorzystniejsza dla mnie okazała się także i tym razem ta,

którą oferuje linia KLM i jej partnerzy. Był początek lutego. Po przesiadce

w Amsterdamie i kilkunastu godzinach lotu wylądowałem późnym wieczorem w

Johannesburgu. Właściciel hostelu położonego blisko lotniska odebrał mnie

swoim wozem z terminalu. Miasta RPA znałem już z poprzedniego pobytu w tym

kraju i nie zamierzałem zatrzymywać się na dłużej w niezbyt bezpiecznym

Johannesburgu. Głównym celem były ostatnie afrykańskie królestwa. Już

następnego poranka odjechałem minibusem w kierunku granicy Lesoto…

Lesoto

Do króla Lesoto wciąż jeszcze chyba nie

dotarła wieść o tym, że Polska dawno już zmieniła orientację polityczną:

jego administracja wciąż wymaga od obywateli naszego kraju posiadania wiz.

Taką wizę po zapłaceniu kilkudziesięciu dolarów można otrzymać w konsulacie

tego kraju w Johannesburgu (ambasada w Pretorii nie wydaje wiz) a także warunkowo – w urzędzie imigracyjnym w

Maseru, gdy przekracza się granicę na głównym przejściu – Maseru Bridge i

immigration dopatrzy się, że jesteście z kraju, który jest na jego liście

“wiza wymagana”.

Wjechałem jednak do Lesoto bez wizy – na

granicznej Przełęczy Monantsa, którą przekracza dziennie zaledwie

kilkanaście osób (głównie miejscowych) nie było wcale przedstawicieli

królewskiej straży granicznej. A policjant w najbliższej wiosce, do którego

się zgłosiłem ani nie słyszał o Polsce, ani nie miał pieczątki, którą mógłby

wstawić do mojego paszportu.

Lesoto leży w wysokich górach, w

naturalny sposób broniących tego kraju i pewnie dlatego udało mu się

zachować niezależność i odrębność kulturową. Turysta przemierzając tutejszy

interior ma wrażenie, że górskie

wioski zatrzymały się w rozwoju gdzieś na początku XX wieku, W wielu do dziś

nie ma energii elektrycznej, a funkcje lekarza pełni w nich czarownik, czy też

znachor – sangoma.

Moją pierwszą noc w Lesoto spędziłem w

chacie wiejskiego nauczyciela, gdzie nie było ani światła ani bieżącej wody. Sędziwy bus

jadący z

tej wioski  do wielkiego świata czyli do stolicy odjeżdżał tylko

wcześnie rano. Świtało, gdy donośnym klaksonem zwoływał pasażerów bez

pośpiechu schodzących ze wzgórz…   Przez góry Lesoto podróżowałem wyboistymi

drogami w zatłoczonych autobusach o twardych ławkach. Nagrodą za trudy

takiego podróżowania była możliwość podziwiania wspaniałych górskich krajobrazów,

odwiedzania okrągłych chat krytych strzechą i fotografowania czarnych górali

przemierzających trawiaste zbocza na konikach. Górali ubranych tradycyjnie w gumowe

buty, narzutę z barwnego koca i stożkowy słomiany kapelusz zwieńczony

fantazyjną kokardą.

Stolica królestwa leży tuż przy

granicy z RPA. Jest to jedyne nowoczesne miasto tego kraju. Na zdjęciu

uwieczniłem bodaj najbardziej reprezentacyjny punkt miasta:

wieżowiec hotelu sąsiaduje tu z centrum rękodzieła artystycznego, które ma dach

ze strzechy w kształcie lesotańskiego kapelusza zwieńczonego

charakterystyczna kokardką.

Maseru poza zatłoczonym

bazarem mieszczącym także dworzec autobusowy jest już niestety bardzo

europejskie.   Zdecydowałem się na szybką przesiadkę i ponownie – innym

rozklekotanym wehikułem wyruszyłem w góry – do miejscowości Semonkong, która

słynie nie tylko z krajobrazów ale także z turystycznego lodge (hoteliku)

prowadzonego przez białych- takich instytucji w Lesotho jest na razie tylko

kilka.  Bilet na ten odcinek kosztuje 18 randów.

 Po pięciu godzinach jazdy przez

wysokie przełęcze w Semonkongu powitały mnie takie oto przydrożne sklepiki ustawione wzdłuż głównej ulicy.  

W tych sklepikach, ale także w jedynym miejscowym “supermarkecie”

prowadzonym przez Chińczyków z Szanghaju (!) płacić można zarówno miejscową

walutą – maloti jak i południowoafrykańskimi randami. Parytet obu walut jest

identyczny, ale z Lesoto lepiej maloti nie wywozić, bo poza granicami

królestwa trudno znaleźć na nie amatorów.

Z placyku, na który przybywa autobus, a

na którym częściej pojawiają się jeźdźcy niż samochody musiałem pomaszerować

jeszcze około 2 kilometrów do wąwozu, w którym nad górską rzeką wybudowano

ładne schronisko… Mieści najlepszą miejscową restaurację. W sieci można ich znaleźć tutaj:

www.placeofsmoke.co.ls

 

 

Wybrałem najtańszą opcję zakwaterowania:

łóżko w schludnej 10-osobowej chatce z kominkiem za 75 maloti. A że byłem

jedynym turystą w schronisku i tak był to dla mnie standard single room. 

Po zmroku zrobiło się chłodno (góry!), ale dawno nie widziałem tak

rozgwieżdżonego nieba…

Następnego dnia wyruszyłem samotnie w

góry. No, może niezupełnie – towarzyszył mi wiernie sympatyczny pies za

schroniska – Tombie.  Popularnym celem wędrówek jest malowniczy górski

kanion (na zdjęciu obok) do którego spada jeden z najwyższych wodospadów

królestwa.  To 1,5 godziny marszu w jedną stronę. Niestety,  nawet w

schronisku nie można dostać przyzwoitej mapki i idzie się “na wyczucie” nie

mając pełnego wyobrażenia o topografii wąwozu i usytuowaniu wodospadu… 

Według ustnych wskazówek gospodarza

trawersując górskie łąki wyszedłem nad rzekę, a potem posuwając się wzdłuż

brzegu – na próg wodospadu. Z tego miejsca widać dobrze kanion z rzeką w

dole i… 200-metrową przepaść pod nogami. Próg wydaje się zresztą być w

ekspozycji w stosunku do zbocza i trudno się wychylić, aby zrobić dobre

zdjęcie… Nie ma tam oczywiście żadnych zabezpieczeń…  

Szerokim łukiem obszedłem następnie zakole kanionu, by znaleźć lepsze

miejsce do fotografii.  No i efekt widzicie obok.  Skałka zasłania niestety

dolną część kaskady z małym jeziorkiem. Aby zobaczyć całość trzeba 

obejść kolejne odgałęzienie kanionu. (Może wy znajdziecie na to dość

czasu?).  Mnie do powrotu zmusiły zbierające się chmury, które

zaowocowały później potężną burzą z piorunami.

Maletsunyane Fall jest bardzo efektowny. Na dostępnej w

schronisku mapie topograficznej ma 192 metry wysokości.  Górską ścieżką

można zejść na dno wąwozu – pod wodospad. Ale taka eskapada to już cały

dzień wędrówki, konieczność zabrania odpowiedniej ilości wody i żywności.

Nie zapomnijcie o nakryciach głowy, koszulach z długim rękawem lub solidnym

sunscreenie – ja nie doceniłem górskiego słońca (2200 m npm!)i wróciłem ze spalonymi

przedramionami. Jeżeli będziecie z grupą to może warto zabrać miejscowego

przewodnika (płacąc 10 maloti za godzinę jego pracy) bo na szlakach nie ma

tu żadnych znaków…

Z Semonkongu można powędrować z

przewodnikiem i jucznymi końmi przez góry do innego podobnego schroniska –

Malealea, ale to conajmniej dwa dni drogi.

 

Lesoto ze swoimi górskimi krajobrazami i

autentycznym folklorem bardzo mi się podobało.  Gdyby ktoś z Was z powodu krótkiego

urlopu lub niedostatku pieniędzy miał dylemat: które królestwo odwiedzić –

Lesoto czy Suazi to ja zdecydowanie głosowałbym za Lesoto. .

Pretoria

 

RPA

To kraj olbrzymich

odległości, zróżnicowanych krajobrazów i zaskakująco dobrych dróg (jak na

Afrykę).  Jak

najlepiej podróżować po Południowej Afryce?   Duże miasta RPA nie cieszą się

najlepszą opinią, jeśli chodzi o stan bezpieczeństwa. Aby ograniczyć ryzyko

przeżycia niemiłych przygód warto grupowo wynająć samochód lub skorzystać z usług kompanii Bazbus

( www.bazbus.com ).  Ich

międzymiastowe minibusy zabierają turystów wprost ze schronisk i dowożą do

bramy zarezerwowanego hostelu w wybranym mieście docelowym.

Pojechałem w Góry Smocze nazywane tu

Drakensbergiem, by zobaczyć

jeden z najwyższych wodospadów świata – Tugelę w Północnym Drakensbergu.

Wbrew pogłoskom wodospad nie wysechł, choć w porze suchej (VI-VII) zamienia

się ponoć w wąską strużkę. Trudno porównywać go z innymi wielkimi

wodospadami bo jego 850 metrów wysokości trzeba podzielić na 5 stopni, które

zresztą widać na zdjęciu. Do wodospadu można się zbliżyć na dwa sposoby:

pierwszy to wspinaczka na próg poprzedzona 2-godzinną jazdą do parkingu “Sentinel”.

Drugi to eksploracja od podnóża: pieszy marsz z Tendele do Tugela Gorge,

gdzie kończy się ścieżka Parku Narodowego. Pod sam wodospad nie da się

dojść… Bazą dla eksploracji na oba sposoby jest schronisko Amphitheatre

Backpackers do którego dojeżdża bazbus (75 randów za nocleg w zbiorowej

sypialni).

Najładniejszym schroniskiem w

Drakensbergu wydała mi się Inkosana Lodge (Central Drakensberg). Gospodarz,

Ed – prawnik, który uciekł

w góry od zgiełku miejskiego świata stworzył tu trampom z całego świata

bardzo sympatyczną atmosferę. W pogodny dzień z tarasu schroniska widać dominujący w

górskim paśmie Cathkin Peak i w lewo od niego – nieco cofnięty Champagne

Castle. Ed w ramach opłaty na nocleg (80 randów) dowozi codziennie chętnych

do bramy parku, skąd po zapłaceniu 15 randów za wstęp można powędrować w te

zielone góry. Ruch na zarośniętych w większości ścieżkach jest minimalny – w

ciągu całego dnia wędrówki spotykałem 1-2 grupki turystów.

Być w Afryce i nie widzieć egzotycznych

zwierząt? Park Narodowy Krugera w RPA należy do największych i najlepiej

zagospodarowanych rezerwatów dzikiej fauny na Czarnym Lądzie. Przez park

poprowadzono asfaltowe drogi i uczestnicy zbiorowych wycieczek mogą tu

oglądać zwierzęta nie opuszczając klimatyzowanych autokarów. Ale znacznie

większą przyjemność daje obserwacja sawanny spod daszka otwartego terenowego

samochodu. W ciągu dwóch dni miałem szczęście zobaczyć kilkadziesiąt słoni,

żyrafy, hipopotamy, zebry, bawoły i niezliczoną ilość antylop. Lwy spały w

wysokiej trawie. Bazą dla wypadów do parku jest miasteczko Hazyview położone

przy jego południowej granicy.

Dla trampów, których nie stać na grupowe

wynajęcie samochodu najkorzystniejszym sposobem na zwiedzanie Parku Krugera

jest dojazd autobusem do miasteczka Nelspruit. Stamtąd zabiorą Was swoim

transportem właściciele zarezerwowanego wcześniej lodge z Nelspruit.

Korzystałem z nieco zapyziałego

www.krugerparkbackpackers.com/ do którego warto przyjechać z moskitierą. 

Alternatywą jest Funky Monkeys Backpacker Lodge…  Właściciele lodges

oferują wyprawy do Parku Krugera – obejmujące transport, wstęp, wyżywienie i

noclegi w obozie na terenie parku (zakwaterowanie w namiotach). Każdego

ranka samochód zbiera chętnych z tanich lodges w rejonie Hazyview –

Nelspruit i wiezie ich do pobliskiej Numbi Gate – bramy parku.

 

Stamtąd, po załatwieniu formalności i

opłaceniu wstępu na wybraną przez was ilość dni zawiozą was do najbliższego

obozu (nocowanie w parku możliwe jest tylko w ogrodzonych campach). Na

skraju Pretorius Camp jest wygrodzone pole namiotowe (niskie “dwójki” z

czystą pościelą) które będzie waszą bazą podczas pobytu w parku. Dwuosobowa

obsługa w kuchennym namiocie będzie przygotowywać posiłki (bez rewelacji,

ale najeść się można). Obok czyste sanitariaty. W obozie jest też otwarty

basen i sklepik spożywczo – pamiątkarski (drogo!).

Dwa-trzy razy dziennie gospodarze pola

namiotowego pakują chętnych do specjalnie przystosowanego otwartego

landcruisera (brezentowy daszek, amfiteatralne siedzenia) i wyruszają na

poszukiwanie zwierząt. Zjeżdżają z asfaltu na boczne, szutrowe drogi. Wóz

jedzie powoli, przystaje, gdy w polu widzenia pojawiają się zwierzęta.

Niestety przepisy zabraniają kategorycznie wysiadania z samochodu, wiec

warto mieć ze sobą solidny teleobiektyw…  Parkowe drogi, nawet te

podrzędne są solidnie oznakowane na skrzyżowaniach, więc nawet w przypadku

jazdy własnym samochodem nie ma problemu z orientacją. Zwiedzanie

zorganizowane ma jednak tą przewagę, że przewodnicy wiedzą w jakim rejonie

ostatnio widziano jakie zwierzęta…

Poza przewodnikiem trzeba mieć także

trochę szczęścia… Lwy i lamparty najłatwiej spotkać o świcie i

wieczorem… Nam podczas dwóch dni jeżdżenia po południowej części parku nie

udało się spotkać tych “kotów”. Były bawoły, słonie, hipopotam wystawiający

ponad wodę tylko oczy, kudu, zebry, żyrafy… Najwięcej jest tu

antylop-impal (na zdjęciu powyżej) których stadka zadomowiły się nawet w

niektórych campach. Park Krugera jest bardzo rozległy – aby przejechać go w

sensownym tempie z południa na północ potrzeba minimum trzech dni… Dla

kogoś, kto w Krugerze przeżywa swoje pierwsze spotkanie z dzikimi

zwierzętami Afryki wizyta ta będzie wielkim przeżyciem. Ale komuś, kto jak

ja wcześniej widział parki narodowe Tanzanii czy Zimbabwe Kruger (przy całej

swojej wspaniałej organizacji) może się wydać nieco przereklamowany.