ŚWIAT PIĄTY RAZ…
część VI d – Thimphu



tekst i zdjęcia: Wojciech Dąbrowski ©
Władca tajemniczego Królestwa
Bhutanu rezyduje w Thimphu. Ma tu pałac Dechen Choling (który z daleka wygląda wiele
skromniej od stołecznego dzongu). Turyści nie mają tam oczywiście wstępu i
zamieszkuje w nim podobno tylko królowa-matka ze służbą, bo sam król woli
przebywać w willi za miastem. Naród kocha swojego króla, który – jak powiadają –
wcale nie jest despotą, rządzi mądrze i zadeklarował, że zrezygnuje z tronu gdy tylko
2/3 zgromadzenia narodowego tego zażąda.

jest stolicą kraju od niedawna. Dopiero w 1955 roku poprzedni król przeniósł tu swoją
siedzibę z położonej dalej na wschód Punaki.
Miasto, mające obecnie około 30 tysięcy mieszkańców rozłożyło
się na łagodnym stoku rozległej doliny. Taki widok na stolicę Bhutanu roztacza się z
szosy od strony Simtoka Dzong. Moj przewodnik zakwaterował mnie w nowym hotelu
“Riverview” zbudowanym niedawno przy Dechen lam – po prawej stronie doliny. Z
hotelowych okien roztaczał się widok nie tylko na rzekę, ale także na całe centrum
miasta położone po jej drugiej stronie.

restauracji spotkali się przy kolacji wszyscy hotelowi goście: 8-osobowa grupa Turków,
dwójka Amerykanów i ja. Był pierwszy dzień marca i hotel był prawie pusty. Dostałem
przyzwoity pokój z łazienką i grzejnikiem, który pozostał włączony przez całą
noc, bo temperatura po zmierzchu spadła do pięciu stopni. Ale nie oznacza to wcale, że
w bhutańskich hotelach zawsze jest tak przestronnie. W szczycie sezonu, który przypada
na jesień i w okresie spektakularnych festiwali religijnych, które odbywają się
według ruchomego kalendarza zdarza się, że zagraniczni turyści lokowani są także w
prymitywnych, podrzędnych hotelikach a nawet w namiotach. I nie mają prawa do
reklamacji, że za swoje wpłacone za każdy dzień 200 USD otrzymują standard znacznie
niższy od innych…
W jadłospisach
hotelowych restauracji figurowało więcej dań europejskich niż bhutańskich.
Wybierałem co chciałem – na koszt mojego biura turystycznego. Tylko za importowane z
Indii piwo musiałem dodatkowo zapłacić (w restauracji 1,5 USD podczas gdy w tutejszym
sklepie cena wynosi 0,5 USD).
Rano wyruszyliśmy na zwiedzanie… Stolica
Bhutanu jest bardzo rozciągnięta w górskiej dolinie dlatego ta mapa nie mieści się w
ekranie. Chciałem na niej pokazać nie tylko centrum miasta ale także położenie dwóch
ciekawych obiektów turystycznych, które zbudowano na dalekich, północnych i
południowych peryferiach: na północy to Pangri Zampa, a na południu – Dzong
Simtoka.

centralne skrzyżowanie stolicy. Z lewej na prawą biegnie reprezentacyjna ulica handlowa
– Nordzin lam. W stylizowanej budce na środku stoi nawet policjant. Zdjęcie było
zrobione z tarasu Swiss Bakery – niewielkiej, ale słynnej kafeterii w której podają
pieczone na europejską modłę pieczywo i ciastka. Tu jadłem skromny lunch. W
pobliżu jest jeszcze jedna bardzo ważna instytucja – urząd pocztowy. Ważna nie tylko
dlatego, że pośredniczy w kontaktach ze światem, ale także dlatego, ze sprzedaje tak
poszukiwane przez filatelistów znaczki. Po prawej stronie budynku jest specjalny
oddział, gdzie własnoręcznie można wybierać z klaserów co ciekawsze serie. Tu także
sprzedają po 5 Ng kiepskie pocztówki.
Bardzo
charakterystycznym elementem w krajobrazie miasta jest National Chorten (albo
Memorial Chorten) wzniesiony ku czci poprzedniego króla Jigme Dorje Wangchucka nazywanego
w podręcznikach historii ojcem nowoczesnego Bhutanu. To on zainicjował podstawowe
reformy i przerwał polityczną izolację Bhutanu – to za jego panowania Bhutan został
przyjęty do ONZ.
Monarchia nie ma w tym kraju zbyt
długiej tradycji. Obecny król – Jigme Singye Wangchuck jest dopiero czwartym królem
Bhutanu. Po śmierci tybetańskiego lamy Ngawanga Namgyala który zjednoczył kraj w XVII
wieku nastąpił dwustuletni okres wewnętrznych walk o władzę prowadzonych przez
gubernatorów poszczególnych prowincji i opatów ważniejszych klasztorów. Dopiero
w 1907 roku jednego z nich wybrano na króla (z poparciem ze strony Brytyjczyków, którzy
podporządkowali już sobie sąsiednie Indie). Nazywał się Ugen Wangchuck. Obecny,
czwarty król wstąpił na tron w 1972 roku mając 17 lat – był wtedy najmłodszym
panującym monarchą świata.


szczęście nie ma jeszcze ani wieżowców, ani betonowych, kilkukondygnacyjnych
bloków mieszkalnych. Podobno prawo nakazuje budować tylko nisko i tylko w tradycyjnym
dla Bhutanu stylu. Podobnie jak w domach Doliny Paro na parterach tych domów trzyma się
żywy inwentarz i magazynuje zapasy. Po widocznych na zdjęciu zewnętrznych schodach
wchodzi się na piętro – do części mieszkalnej. Mój przewodnik Tshering
Jamtscho zaprosił mnie na herbatę do swojego domu. Jego wnętrze zawierało już sporo
elementów europejskich czy może raczej amerykańskich, bo Tshering bywał kilka razy w
USA.
W kuchni podłoga była wprawdzie już wyłożona kafelkami ale zachowano
tradycyjny układ pozostałych pomieszczeń. W środkowym living room była
kanapa z fotelami, ale także tradycyjna mata z poduszkami do siedzenia na podłodze.
Stąd przechodziło się do domowej kapliczki. Na zdjęciu obok najstarsza córeczka
Tsheringa stoi przed ołtarzem tej domowej kapliczki trzymając w rękach wypełnioną
ryżem ofiarną miseczkę.
Obowiązująca
w Bhutanie jako religia państwowa tantryczna forma Buddyzmu Mahayana oparta jest jak i
inne formy na wierzeniu w reinkarnację. Każdy człowiek otrzymuje gorsze lub lepsze
wcielenie jako rezultat swych czynów w poprzednich życiach. Swoim zachowaniem ludzie
powinni dążyć do wyzwolenia się z cyklu kolejnych reinkarnacji i przejścia do
stanu nirwany – absolutnej doskonałości, dającego uwolnienie od cierpień
towarzyszących ludzkiej egzystencji. Dla osiągnięcia tego celu stosuje się medytację
w odosobnieniu, umartwianie się, odmawianie mantr i inne praktyki religijne. Wszystko to
brzmi bardzo pięknie i wzniośle. Zastanawiam się wszakże czy niepiśmienni
górale z odciętych od świata himalajskich dolin są w stanie zrozumieć ten
skomplikowany proces osiągania doskonałości…


odróżnia się od innych form między innymi tym, że poza Buddą-człowiekiem i zarazem
bogiem, postacią historyczną która żyła około 500 lat przed naszą erą uznaje
także Buddę kosmicznego wierząc, że historyczny Budda był tylko jednym z jego
wcieleń. Poza tym forma tantryczna uznaje cały panteon mniej ważnych bóstw i
Boddhisatwów – Oświeconych, a także złych i dobrych duchów, których wyobrażenia
znaleźć można w bhutańskich świątyniach. Na przykład w górującej ponad
miastem Changangkha Temple – wzniesionej w XV wieku świątyni buddyjskiej szkoły
Drukpa Kagyu (na zdjęciu obok).

duchy pojawiły się w buddyjskich wierzeniach wskutek wchłonięcia pewnych elementów
animistycznej religii bon, która dominowała na obszarze Tybetu zanim jeszcze pojawił
się tam buddyzm… No i straszą do dziś…
Na niewielkim dziedzińcu Changangkha Temple zastałem grupę
pielgrzymów przybyłych z prowincji. -Oni przygotowują się do 36-godzinnej medytacji
podczas której nie będą przyjmować żadnych potraw ani napojów! – tłumaczył
Tshering, a ja szczerze współczułem szczególnie starym babciom z tej grupy. No
bo odchudzanie się jest podobno zdrowe, ale żeby odmawiać sobie nawet wody?

zdjęciu obuwia zajrzeć do mrocznego wnętrza świątyni – może dlatego, że byłem w
jednoosobowej zaledwie grupie. Popatrzyłem na zastygłe w bezruchu, spatynowane
posągi obwieszone szarfami… W sali było mroczno. Płonące
ofiarne kaganki wyniesiono z wnętrza świątyni do oddzielnego pomieszczenia na
dziedzińcu. Ma to swoje uzasadnienie. To właśnie te ofiarne lampki bywały
często zarzewiem pożarów niszczących na przestrzeni wieków drewniane budowle
bhutańskich świątyń i klasztorów.

A to
już imponujący, przebudowany gruntownie w 1962 roku Tashi Chodzong. To największy dzong
Bhutanu i słusznie wzniesiono go w stolicy. Jego nazwa oznacza podobno
“Forteca Wspaniałej Religii” – to nawiązanie do jej religijnej funkcji. Bo
dzong jest siedzibą Je Khenpo, przywódcy buddyjskiej sekty Drukpa, która dominuje w
Bhutanie. Je Khenpo jest jakby najwyższym kapłanem Bhutanu. Turystów wpuszcza się
tylko na dziedziniec budowli i to dopiero po godzinie 17.00. Niestety ta pora
zupełnie nie pasowała do mojego planu podróży, nie przekroczyłem zatem bram dzongu.
Może Wy będziecie mieć więcej czasu i szczęścia…

umieszczone są także królewskie urzędy. Samego króla Bhutanu (ma obecnie
47 lat) widziałem niestety tylko na tutejszych banknotach oraz na portretach wiszących
nie tylko w oficjalnych instytucjach ale także w prywatnych domach Bhutańczyków.
Banknoty po drugiej stronie mają wizerunki historycznych budowli tego kraju.
Parytet miejscowego ngultruma równy jest dokładnie parytetowi indyjskiej rupii. To
nie jest przypadek….

Chińczycy zajęli Tybet zaniepokojony król Bhutanu zwrócił się do rządu Indii z
prośbą o opiekę. Zawarte wówczas porozumienia zaowocowały między innymi budową
dróg, które połączyły dwa kraje, współpracą wojskową i ekonomiczną trwającą do
dziś…
Dzisiejszy Butan jest
monarchią konstytucyjną, jedynym państwem w świecie w którym obowiązuje teokratyczna
demokracja. Zgromadzenie Narodowe wybierane jest na 3 lata, liczy 154 członków, z czego
105 to przedstawiciele 20 prowincji królestwa, kolejnych 12 to przedstawiciele
buddyjskiego kleru. Dochodzi do tego 37 cywilnych urzędników nominowanych przez
króla. Nowy gmach zgromadzenia nie jest zbyt ciekawy. Znacznie lepiej prezentuje
się pawilon Sadu Najwyższego (na zdjęciu obok).

Bhutanie są bardzo silne. To prawdopodobnie z inspiracji mnichów zabroniono turystom
wchodzenia do większości znaczących świątyń. Z reguły zwiedzanie kończy się na
dziedzińcu. Czasem jednak udaje się zajrzeć do wnętrza obiektów mniej znanych
czy ukrytych gdzieś na prowincji. Wiele zależy od umiejętności negocjacji naszego
przewodnika. W stolicy udostępniony do zwiedzania jest niewielki żeński klasztor
buddyjski Drubthob wzniesiony na zboczu ponad budynkiem Najwyższego Sądu. Z
wnętrza pawilonu o bielonych ścianach bez przerwy dochodzą głosy mniszek
odmawiających zgodnym chórem buddyjskie wersety…
zostałem nawet wpuszczony do głównej świątyni – tej w której stoją posągi.
Niestety nie wolno tam fotografować ani filmować kilkumetrowych wyobrażeń Buddy i jego
następców. W mrocznym przedsionku tej budowli kilka ubranych na czerwono mniszek
mamrotało modlitwy przeplatając je grą na rytualnych instrumentach. O dziwo te kobiety
nie miały nic przeciwko fotografowaniu, zwłaszcza że przewodnik wręczył im jakiś
banknot “na ofiarę”. Zapisały nawet na skrawku gazety swój adres prosząc o
przysłanie odbitek. Niestety zdjęcia w ciemnym wnętrzu wyszły marne… Zdjęcie
obok zostało zrobione na dziedzińcu: mniszka spala ofiarne kadzidło podzwaniając
przy tym mosiężnymi talerzykami.


jedynie z daleka, a to dlatego że stała na wzgórzu po przeciwnej stronie rzeki i nie
starczyło nam czasu, aby do niej dojechać okrężną drogą przez oddalony most. To
Dechen Phodrang – pierwszy, niewielki jeszcze dzong, który wzniesiono w Dolinie
Thimphu. Podobno do 1772 roku pełnił swoje religijno- administracyjne funkcje. Dzisiaj
mieści się tu “Central Monastic School” czyli centralne seminarium duchowne dla
buddyjskich kapłanów. Przewodnik zapewniał, ze niewiele straciłem, bo cudzoziemców
wpuszcza się tam jedynie na niewielki dziedziniec.

Takie
same reguły obowiązują w położonej u północnego krańca doliny malowniczej
świątyni Pangri Zampa, w której podobno rezydował po przybyciu z Tybetu w 1616
roku święty lama Zhabdrung Ngawang Namgyel – ten, który zjednoczył Bhutan.
Oficjalnie bhutańskie biuro
podróży może wystąpić w imieniu turysty do sekretarza instytucji, która nazywa się
“Special Commission for Cultural Affairs” z prośbą o zezwolenie na zwiedzanie
tych zakazanych świątyń ale to długa droga, a pobyt jest krótki więc lepiej nie
robić sobie zbyt dużych nadziei…

pożegnać stolicę i wyruszyć w kierunku indyjskiej granicy. Zdecydowałem się
opuścić Bhutan lądem ze względu na niższe koszty i brak (w konkretnym dniu)
połączenia lotniczego z Kalkutą. Liczyłem ponadto, że z okna samochodu zobaczę po
drodze jak wygląda południowo- zachodnia połać kraju. A koszty lądowego
transportu do granicy były i tak wliczone do zapłaconej Bhutańczykom z góry dolarowej
dniówki.

Ta trasa obfituje we
wspaniałe górskie panoramy, ale w mijanych osiedlach nie ma nic rewelacyjnego do
zobaczenia…
Jeszcze w latach
sześćdziesiątych aby ze stolicy kraju dotrzeć do indyjskiej granicy trzeba było
sześć dni wędrować z karawaną mułów. Dziś na pokonanie odległości 180
kilometrów samochodem potrzeba zaledwie 6 godzin. Sądziłem, że w miarę jazdy szosa
(uszkodzona w wielu miejscach przez osypiska) będzie się stopniowo obniżać ku
indyjskim nizinom. Nic podobnego! Przez pierwszych 5 godzin jazdy
balansowaliśmy cały czas gdzieś na wysokości chmur, obniżając się czasem do osiedli
w dolinach. Dopiero na ostatnim odcinku droga zaczęła opadać ostrymi
“agrafkami” ku widocznym w dole światłom Phuntsholingu. Ledwie
zdążyliśmy przed 20.00 po wyjazdowy stempel do posterunku na rogatkach miasta.
Zaraz potem szosa została zamknięta na noc.

Phuntsholing.
Brama widoczna na zdjęciu to symboliczne graniczne przejście między państwami. Nie ma
przy nim ani jednego żołnierza i żadnej kontroli. Prawdziwa kontrola graniczna odbywa
się bowiem przy wjeździe na szosę – u stóp gór. Ludzie krążą swobodnie
między indyjską i bhutańską częścią. Całe miasto ma raczej charakter indyjski niż
bhutański i ci turyści, którzy ograniczają swój pobyt w Bhutanie do Phuntsholingu
stwarzają sobie fałszywy obraz królestwa. Z miejsc wartych zobaczenia można
wymienić tylko tą bramę i bhutańską świątynię na placyku w pobliżu nobliwego
hotelu “Druk” w którym spędziłem moją ostatnią noc w królestwie.
Phuntsholing mój przewodnik bez trudu znalazł kierowcę, który za 1500 rupii terenowym
samochodem zgodził się odwieźć mnie rano na najbliższe indyjskie lotnisko – do
Bagdogry (170 km). Znalazł się jeszcze drugi pasażer, z którym podzieliliśmy ten
koszt. Nie bez trudu odnalazłem w hinduskiej części miasta maleńkie biuro
“immigration”. Urzędnicy jeszcze spali – niewiele tu mają roboty.
Asfaltowa droga, nadspodziewanie dobra prowadzi cały czas u podnóża gór.
Pędziliśmy wśród ryżowisk i plantacji herbaty, by już po 3 godzinach być na
lotnisku. Stąd wewnętrznymi liniami “Jet Airways” (mają lepszą opinię niż
Indian Airlines) odleciałem do Kalkuty.

o czwartej nad ranem. Udało mi się za dziesięć dolarów załatwić łóżko w tzw. retiring
room (warto wiedzieć o istnieniu takiej instytucji na indyjskich lotniskach). W kilka
godzin później lecieliśmy już opasłym jumbo-jetem KLM ponad ośnieżonymi pasmami
Hindukuszu.
Na lotnisku w Amsterdamie
zamknęła się pętla którą zatoczyłem wokół globu. W kilka godzin później
wylądowałem w Warszawie. I tak szczęśliwie dobiegła końca moja piąta podróż
dookoła świata. Raz jeszcze udało się zrealizować to, co do niedawna było
tylko marzeniem…
Wojtek Dąbrowski