ŚWIAT PIĄTY RAZ…
część III a
tekst i zdjęcia: Wojciech Dąbrowski ©


po raz pierwszy przyleciałem do Bangkoku byłem oszołomiony i zafascynowany. Gdy w
kilka lat później trafiłem tam po raz drugi doszedłem do wniosku, że właściwie nic
nowego nie ma tu już do zobaczenia i że miasto mnie męczy. Tłok, hałas i chmury
spalin, obezwładniający wilgotny upał – to wszystko zniechęca turystę do tego
miasta-molocha. Postanowiłem więc w przyszłości omijać Bangkok z daleka. Niestety,
nie udało się. Miasto nad Chao Phraya jest tak ważnym węzłem komunikacyjnym dla
całej Azji Południowo – Wschodniej, że zwiedzającemu ten region trampowi trudno je
ominąć. Tu tanio przylatuje się ze świata. Tu sprawnie załatwia się wizy do
sąsiadów. Stąd tanio leci się do Kambodży, Laosu czy Wietnamu… Ja
miałem stąd odlecieć do Yangonu…
miasta jeździłem miejskim autobusem. Kosztowało to grosze (czytaj: bahty) ale
zabierało ponad godzinę jazdy w tłoku i duchocie. Od niedawna turyści mają do
dyspozycji specjalne, pospieszne autobusy A1, A2, A3 kursujące z lotniska (sprzed
terminalu “Arrivals”) do trzech różnych punktów śródmieścia. Przed
odjazdem kierowca zapisuje na kartce gdzie chcesz wysiąść i to on pilnuje, abyś nie
pojechał za daleko. Wszyscy mają siedzące miejsca i nie musisz trzymać plecaka na
kolanach. Ale kosztuje to 100 bahtów… Od ciebie zależy co wybierzesz!

Myanmaru (dawnej Birmy) oferuje linia lotnicza Bangladeszu – Biman. Była to dla mnie
korzystne oferta również dlatego, że zamierzałem dalej lecieć do Dhaki. Biman
lata jednak na tej trasie tylko raz w tygodniu – w niedziele. Musiałem zatem poczekać w
Tajlandii do najbliższej niedzieli wykorzystując czas na załatwienie wizy Myanmaru i
wycieczkę do Chiang Mai na północy kraju…
W
krajobraz ulic Bangkoku wrosły tuk-tuki – motocyklowe riksze zabierające na ławeczkę z
tyłu 2-3 osoby. Kierowcy tych pojazdów działają także jako naganiacze sklepów i
warsztatów rzemieślniczych. Nie dajcie się zatem zwieść niskiej cenie żądanej za
kurs. Kierowca za to “po drodze” zawiezie was do sklepu z jedwabiami lub
zaprzyjaźnionej szlifierni kamieni półszlachetnych gdzie będą wam z uśmiechem
wciskać swoje towary.
na ulicach Bangkoku niech będzie fakt, że policjanci kierujący ruchem pracują na
skrzyżowaniach w maskach na twarzach. Szczerze im współczuję, bo mnie po dwóch
godzinach spacerowania ulicami Bangkoku bolała już głowa.
Gdzie mieszkałem tym razem? Chcąc uciec jak najdalej od zgiełku
wielkiego miasta i nie siedzieć w turystycznym “gettcie” przy Khaosan
znalazłem sobie zaciszny guesthouse w rejonie Soi Ngam Duphli. Z bocznej uliczki
wchodziło się na podwórko i po minięciu kilku innych noclegowni (“Lee GH”) u
jego krańca docierało do prywatnego domu którego górne kondygnacje zajmowały schludne
pokoiki. Za “single” z wiatrakiem płaciłem 200 bahtów czyli niecałe 5
dolarów. Na każdym piętrze mieliśmy po 2 łazienki, a na dachu – otwarty
taras. Właścicielka codziennie rano zapalała trociczki w tajskiej kapliczce przed
wejściem. Nie chciało się wierzyć, że w sercu tego ryczącego motorami i dyszącego
spalinami miasta może istnieć taka oaza spokoju. Polecam: Sala Thai Daily Mansion -15
Soi Sribamphen/Rama IV Road. Tel. 287 1436.


zaletę, że względnie blisko było stąd do ambasady Myanmaru. Rano spieszyłem
się by załatwić wizę… Bangkok tylko na planie jest niewielki. W
rzeczywistości odległości między obiektami są bardzo duże… Więc może
podjechać jakąś taksówką?
Na rogach wielu
ulic zobaczyć tu można czekające motocyklowe taksówki takie jak ta. Turyści
korzystają z nich raczej rzadko. Nie, pasażer nie dostaje kasku ochronnego więc
jazda w stadzie gnających przed siebie pojazdów nie jest zbyt bezpieczna. Ale widziałem
jednak, że z tego środka transportu często korzystają miejscowe dziewczęta z
wdziękiem siedząc “po damsku” na siodełku.

dość brawurowej jazdy. Zapłaciłem 50 bahtów. Przy wejściu trzeba było poddać się
kontroli. Potem wypełniłem prosty druczek i złożyłem razem z 2 fotografiami i
paszportem w okienku. Urzędnik kazał przyjść następnego dnia… Ale gdy dyskretnie
przesunąłem w jego stronę 200 bahtów reszty, którą mi wydał (opłata wizowa wynosi
800 bahtów) okazało się, że można tą samą wizę mieć za 10 minut. Była
dopiero 10-ta rano gdy uszczęśliwiony opuściłem ambasadę. Miałem do dyspozycji
całą resztę dnia – postanowiłem przypomnieć sobie oglądane wiele lat temu
najciekawsze zabytki Bangkoku i przy okazji sfotografować kilka ulicznych scenek…
Oto uliczny sprzedawca orzeszków który wędruje przez
miasto ze swoim kramem w poszukiwaniu klientów.
Bangkoku daje rzeka. Pełna barek, mniejszych i większych łodzi i promów.
Nad nią wyrosło już kilka wysokich hoteli, ale na brzegach zobaczyć można także
domy-rudery, składy, bazary i… przystań ozdobnych królewskich łodzi. Co
kilkaset metrów są tu małe mola do których cumują w biegu długie jednostki
“Chao Phraya Express”. Nikt nie trudzi się przerzucaniem kładki czy trapu.
Motorowa łódź podpływa, dobija burtą do mola. I teraz trzeba przeskoczyć na
pokład… Pokład, który co chwilę niebezpiecznie się oddala. Poczekaj!
Nie popłynie dalej dopóki konduktor przeciągle nie zagwiżdże! Wskakuję.
Płyniemy… Powiew powietrza przyjemnie chłodzi spocone czoło. Konduktor podzwania
matalową rurą w której trzyma drobniaki. 8 bahtów! 5, 10 minut, kolejne
przystanki. Czy to już Royal Palace?
Bangkok.
Co zatem trzeba w mieście zobaczyć zanim się z niego ucieknie? Na pewno kompleks
budowli pałacu królewskiego a także trzy ciekawe świątynie: Wat Arun, Wat Po i Wat
Traimit. To program minimum… Pod Bangkokiem trzeba natomiast zobaczyć klongi
czyli kanały. Najlepiej w tych godzinach, gdy odbywa się na nich wodny targ…


zbudowano po drugiej stronie rzeki. Świątynny kompleks rozłożył się wokół tej
jasnej iglicy wystającej wysoko ponad otaczającą zabudowę. Ma ona ponoć wysokość 79
metrów i dekorowana jest elementami z porcelany. Dopłyniecie tam promem. Za
wstęp (podobnie jak we wszystkich innych watach) trzeba zapłacić 20 bahtów.
Tajowie pobierają aż 200 bahtów. Sporo. Ale jest to obiekt który trzeba zobaczyć –
tajska architektura jest niepowtarzalna. Wzniesiono go pod koniec XVIII wieku.
Z daleka ponad murem lśni wielka złocona czedi (patrz zdjęcie obok). Przy bramach,
od ich strony wewnętrznej ustawiono wielkie posągi strażników, które odstraszać
mają wszelkie zło (przede wszystkim swoimi potwornymi minami odstraszają co bardziej
wrażliwych turystów, ale zwrotu biletów nie przyjmują)
Pałac doczekał się nawet własnej strony internetowej: http://www.palaces.thai.net/
W skład pałacowego kompleksu wchodzi między
innymi Wat Phra Kaeo nazywany także Królewską Kaplicą Szmaragdowego Buddy.

Emerald Buddha czyli
Szmaragdowy Budda. Wewnątrz świątyni w której siedzi (na szczycie wysokiego
ołtarza-piramidy) nie wolno robić zdjęć. Ale współczesna technika pozwala już
zrobić fotografię z dużej odległości – przez szeroko otwarte, wysokie drzwi. (Kamera
cyfrowa SONY, zoom optyczny x25). I oto przed wami najbardziej czczony w Tajlandii posąg
Buddy… Ma trzy złocone stroje na trzy pory roku. To co widzicie to szata zimowa.
Kaplica jest jednym z czterech pomieszczeń, których wnętrza dostępne są dla turystów
– wchodzi się tam po pozostawieniu na zewnątrz obuwia. Od osób obojga płci wymaga się
“stosownego ubioru” ale nie udało mi się dokładnie ustalić co administracja
przez to rozumie. Sala audiencyjna króla niestety od dłuższego czasu jest w renowacji i
zamknięta jest dla zwiedzających.
tylko status zabytku i oficjalnej siedziby monarchy. Jest to również święte miejsce do
którego ludzie przychodzą modlić się i składać ofiary. Przed wejściem do Świątyni
Szmaragdowego Buddy zapalają trociczki, na rodzaju ołtarza składają przyniesione
kwiaty i owoce.

ściany wykładane milionami lusterek – wszystko to składa się na obraz z pogranicza
kiczu. Mitologiczne i alegoryczne postacie, malowidła pokrywające ściany w
podcieniach wokół dziedzińców… Aby to wszystko chociaż pobieżnie obejrzeć
potrzeba 2-3 godzin. Potem wypada zebrać nadwątlone upałem siły i szukać
pobliskich świątyń…


Pho
sąsiaduje z królewskim pałacem. W dawnych czasach świątynia byłaośrodkiem edukacji i pewnie dlatego czasem nazywana jest pierwszym tajskim uniwersytetem.
Turystów przyciąga tu jednak gigantyczny, pozłacany posąg odpoczywającego Buddy
(Reclining Buddha). Ma on długość 46 metrów i mimo pozycji leżącej aż 15 metrów
wysokości. Ciekawostką są stopy Buddy wyłożone macicą perłową we wzory
naśladujące linie papilarne.
prozaicznej zabudowy w pobliżu stacji kolejowej jest z zewnątrz mała i niepozorna.
Mieści za to prawdziwy skarb – w przenośni i dosłownie. Ten posąg Buddy wykonany jest
ze szczerego złota, ma około trzech metrów wysokości i waży jakieś pięć i pół
tony. Ciekawe, że Złotego Buddy w Wat Traimit nie pilnują wcale uzbrojeni strażnicy.
Widać rozmiar posągu odstrasza przestępców. No bo jak ukraść takiego giganta?
Ciekawa jest historia posągu. Stał sobie w
świątyni gdzieś na prowincji. Prawdopodobnie po to aby ukryć go przed wrogami podczas
któregoś najazdu mnisi pokryli go wapienną zaprawą i tak, jako jeden z prozaicznych
posągów jakich tu setki przetrwał do naszych czasów. Złoto pod wapnem odkryto
przypadkowo podczas naprawy rzeźby i dopiero wtedy Złoty Budda trafił do
stolicy…
A ja nieco zmęczony wróciłem na Soi Ngam Duphli,
by w jednej z konkurujących ze sobą internetowych kafejek wysłać pocztę do kraju.
Internet w miastach Tajlandii jest bardzo popularny, a miejscowa organizacja
turystyczna ma swoją ładną witrynę pod: http://newsroom.tat.or.th/


VIP bus do Chiang Mai
Wcześnie rano następnego
dnia pożegnałem życzliwe progi Sala Thai, zarzuciłem plecak i pomaszerowałem do
miejskiego autobusu 77, który z rejonu Silom Road jedzie do Północnej Stacji Autobusów
Międzymiastowych. Trwa to bardzo długo, ale kosztuje tylko 5 bahtów. Tam naganiacze
zaprowadzili mnie do właściwego okienka kasowego gdzie za 470 bahtów kupiłem bilet na
VIP bus do Chiang Mai. Cena ta zawierała napoje i kanapki podawane w czasie jazdy a
także jeden skromny posiłek serwowany za okazaniem biletu w przydrożnej restauracji w
połowie drogi. Podróż miała trwać 11 godzin. Nieco tańsze są zwykłe autobusy,
ale nie chciałem czekać kolejnych dwóch godzin… Ruszyliśmy na północ…

