My 5th round-the-world voyage – part 2 – Wojtek Dąbrowski (5rtw2.htm)

tyt5rtw.jpg

część II: Nauru – Saipan – Hongkong

Air Nauru jest w tej chwili praktycznie jedyną linią lotniczą, która łączy wyspy

Polinezji z Mikronezją latając z jednej strony do Nadi na Fidżi, a z drugiej – na

Pohnpei i Guam. Zatem ktoś, kto chce bez “zawijania” na obrzeża Pacyfiku

przelecieć z jednej grupy wysp na drugą nie ma praktycznie wyboru… Ja też nie

miałem… Po drodze było jeszcze to Nauru – wyspa, o której kiedyś powiedziałem, że

wcale  nie zależy mi  na tym, aby kiedykolwiek na nią trafić. 

Wiedziałem z lektury o jej zniszczonej przyrodzie…  Los jednak spłatał mi figla:

sprawił, że Nauru nie mogłem ominąć… postanowiłem “przymusowy” pobyt na

wyspie potraktować jako ciekawostkę, która czekała na trasie. Również dlatego, że

żaden ze znanych mi polskich podróżników jej nie odwiedził…

5rtwmap2d.jpg

5nau006.jpg (6441 bytes)

Przerwaliśmy

naszą wędrówkę po Pacyfiku na Tarawie – “stołecznym” atolu państwa

Kiribati. Ze względu na awarię samolotu siedziałem na tych wyspach dłużej niż 

przewidywał plan. Kiedy w końcu po dwóch dodatkowych dobach oczekiwania i niepewności

samolot  jednak po mnie przyleciał   wzięliśmy kurs właśnie na Nauru

– samotną wyspę na Centralnym Pacyfiku, leżącą zaledwie kilkadziesiąt mil od

równika…   Oto przed Wami to zapomniane Nauru…  Środek wyspy jest

prawie płaski i wyniesiony kilkanaście metrów ponad poziom morza. Aby przedłużyć o

kilkadziesiąt niezbędnych metrów pas startowy wylano beton na odcinku rafy…  

Niezmiernie rzadko ląduje tu inny samolot niż ten, którym przyleciałem.   Ale Air

Nauru planuje podobno kupno drugiego aby móc latać także na Hawaje.

Nauru jest niepodległym państwem, o

którym w przewodnikach piszą, że jest bardzo bogate… Źródłem tego bogactwa są

złoża fosforytów zalegające we wnętrzu wyspy i eksploatowane od kilkudziesięciu

lat… Szczerze mówiąc tego bogactwa wcale na tutejszych ulicach nie widać… To co

widać na zdjęciu obok to schludne budynki rządowe zbudowane naprzeciw lotniska…

Na Nauru czekała mnie bardzo miła niespodzianka:

znalazłem tam prawdziwą Polkę, sympatyczną panią Mirkę, która mieszka tam od 30

lat!  Jest żoną Naurańczyka, który przez kilka lat był prezydentem Republiki

Nauru. No proszę! Nie wiedzieliśmy tego wcale, że na dalekim Nauru mającym około 10

tysięcy obywateli Polka była Pierwszą Damą… Dziś prowadzi sklep z

podarkami…  Bardzo miła osoba… Gdy pogadaliśmy sobie od serca o Polsce i o

Nauru odważyłem się zadać w końcu bardzo krępujące pytanie: -Pani Mirko, czy pani

ma pralkę? (To był półmetek podróży i moje dżinsy oraz szorty marzyły już od

dawna  o rzetelnej kąpieli w pianie z jakiegoś dobrego proszku).  Pani Mirka

miała nawet dwie pralki i do tego jeszcze złote serce.  Z Nauru odlatywałem

czyściutki i pachnący…

5nau015.jpg (15705 bytes)

5nau049.jpg (16904 bytes)

Na Nauru nie ma portu. Przy najlepszej

miejscowej plaży w Aiwo stoją po kolana w wodzie – jak przedpotopowe zwierzęta – wieże

potężnych transporterów z których sypie się fosforyty do ładowni statków…

Aiwo jest centrum handlowym Nauru – jest tu poczta, bank,

jeden z dwóch hoteli (ten tańszy – w nim właśnie się zatrzymałem), ładny

protestancki kościółek i kilka chińskich sklepików w których sprzedaje się wszystko

– przysłowiowe mydło i powidło… W jednym z takich sklepików znalazłem

pochyloną nad maszyną do szycia Chinkę o imieniu Zhao. Zszyła solidnie najpierw moje

rozerwane spodnie, a potem porwany w luku bagażowym pokrowiec od plecaka i… nie

chciała wziąć ani centa.  Byłem bardzo zbudowany…

5nau029.jpg (17368 bytes)

Niewiele tu do zwiedzania. W kilku

miejscach na wybrzeżu są pamiątki po wojnie – niewielkie bunkry wzniesione przez

Japończyków. W zachodniej części wyspy jest skromny katolicki kościół przy którym

rezyduje ksiądz-Niemiec. Przy kościele jest szkoła… I to już chyba wszystko… 

Na innych wyspach Mikronezji można gdzieś popłynąć  – na mniejsze, bezludne

wysepki. A Nauru tkwi w oceanie samotne jak palec – do najbliższego innego lądu jest

kilkaset kilometrów…  Szukając turystycznych atrakcji trafiłem na północne

wybrzeże, gdzie zlokalizowany jest drugi i najlepszy hotel wyspy (Menen). Przy plaży

rośnie tam trochę zakurzonych palm, a z morza wyrastają ciekawe skałki… Są one

chyba największą przyrodniczą atrakcją wyspy…

5nau032.jpg (16294 bytes)

Wokół wyspy przebiega dobra,

asfaltowa szosa wzdłuż której rozłożyły się główne osiedla. Najbardziej zielona

jest zachodnia część wyspy.  Ale i tak daleko temu krajobrazowi do

kipiących  zielenią pejzaży innych wysp Pacyfiku… Dlaczego?  Eksploatując

fosforyty ludzie zniszczyli pierwotną przyrodę we wnętrzu wyspy. Uwolnili przy tym tony

białego pyłu, które oceaniczna bryza unosi i osadza na tym co pozostało. Ostatnio

nałożyły się na to także zmiany klimatu. Od trzech bodaj lat na Nauru porządnie nie

padało. Niektórzy twierdzą, że to wina El Ninio.  Wodę spożywczą (jest droga!)

uzyskuje się przez odsalanie wody morskiej.   Obraz jest w sumie bardzo smutny

– chcę o tym napisać artykuł pod tytułem “Nauru – raj utracony”…

5nau043.jpg (29773 bytes)

Taki “księżycowy” krajobraz

dominuje we wnętrzu wyspy.  Złoża fosforytów są na wyczerpaniu. Wystarczy

jeszcze na kilka lat niezbyt intensywnej eksploatacji.   I co dalej?

   Rząd przygotował przewidziany do realizacji na 25 lat program rekultywacji

wnętrza wyspy.  Tylko, że jakoś nie mogą zacząć… A po to żeby

starczyło środków finansowych także “na potem” za część

“fosforytowych” pieniędzy władza kupiła jakieś duże hotele na

Hawajach… Nie wszyscy uważają to za najlepszą lokatę.

Z Nauru na Guam odleciałem znów pechowo – z kilkugodzinnym

opóźnieniem. Vivat Air Nauru!  I oczywiście straciłem zaplanowane połączenie na

Saipan. Tylko dzięki niezwykłej życzliwości personelu z lotniska na Guam udało

się  “upchnąć” mnie w samolocie innego przewoźnika lecącym przez Rotę

na Saipan…

5spn059.jpg (17004 bytes)

I tylko dzięki temu

mogłem poznać bliżej Saipan – główną wyspę Konfederacji Północnych

Marianów – takiego dziwnego państewka, które o dziwo wymaga  od Polaków

posiadania wiz – nawet przy jednodniowym pobycie. Miałem takową – a jakże –

załatwioną zdalnie – faksem.

Na lotnisku wypożyczyłem samochód

(dla jednodniowego turysty to najlepsza metoda zwiedzania) i pojechałem na północny

kraniec Saipanu, który jest najciekawszy krajobrazowo. Cieszy tu oczy turystów wysoki

klifowy brzeg – tzw. Banzai Cliff. Tu był ostatni punkt oporu broniących się zaciekle

Japończyków. Wielu z nich znalazło śmierć u stóp klifu. Teraz Japończycy

przylatują tu oddać cześć swoim poległym (są liczne pomniki) i wypoczywać w

luksusowych hotelach…

5spn071.jpg (13443 bytes)

Z Banzai Cliff dobra asfaltowa droga

prowadzi do pobliskiej zatoczki ze środka której wyrasta mała, skalista wysepka – Bird

Island. Jest to moim zdaniem jeden z najbardziej malowniczych zakątków na

Saipanie. 

Wypada jeszcze

zobaczyć stolicę wyspy – Garapan – bardzo zamerykanizowane miasteczko rozciągnięte

wzdłuż plaży Micro Beach. Ale po tym co widziałem na atolach nie prezentuje się ona

wcale rewelacyjnie, a podczas przypływu robi się bardzo wąska. Wzdłuż plaży

urządzono bardzo ładny park ze ścieżką do uprawiania joggingu mającą  kilka

kilometrów długości…

Jeden dzień wystarczył na

obejrzenie wszystkich atrakcji Saipanu. Nie ma tu po co siedzieć, bo wyspa jest

droga.  Trudno znaleźć zakwaterowanie w cenie odpowiadającej trampowi. Wieczorem

Continental Airlines w ramach mojego bezpłatnego biletu zabrały mnie do Hongkongu…

5hkg084.jpg (7620 bytes)

Na nowym i bardzo

nowoczesnym lotnisku w Hongkongu wylądowałem późnym wieczorem. Zanim dotarłem

do przytuliska globtroterów – słynnych Chunking Mansions na Nathan Road było już po

północy. Mglisty ranek odsłonił wielkomiejską panoramę porównywalną z nowojorskim

Manhattanem. Przyglądałem się miastu ciekaw, jakie zmiany nastąpiły w nim po

przejęciu rządów przez ludowych Chińczyków. Poprzednim razem byłem w Hongkongu

jeszcze za panowania Brytyjczyków.  Nie, nie zauważyłem żadnych zmian – nawet

policja chodzi w takich samych mundurach.  Żadnych eksponowanych czerwonych gwiazd,

haseł itp. Wydaje mi się tylko, ze przybyło drapaczy chmur… Tą samą co niegdyś,

starą i poczciwą “Star Ferry” popłynąłem na wyspę Hong Kong razem z

tłumem umundurowanych w krawaty i garnitury urzędników którzy własnie spieszyli do

pracy…

Spacerując po wyspie Hong Kong (oni mówią:

“Hong Kong Central” dla odróżnienia od części miasta leżącej na stałym

lądzie, która nazywa się Kowloon)  nie mogłem sobie odmówić przyjemności

przejechania się piętrowym tramwajem. Te “piętrusy”  z Hongkongu to moje

ulubione tramwaje – nie ma takich gdzie indziej na świecie…  Konturować z nimi

atrakcyjnością mogą chyba  jedynie słynne cable cars ze stromych ulic San

Francisco.

Warto wiedzieć, że pasażerowie, którzy

przyjechali z lotniska do Kowloonu tą wspaniałą, nowoczesną kolejką, którą

wybudowano równocześnie z nowym portem lotniczym mogą bez dodatkowych opłat

zarejestrować swój bagaż na następny lot na miejskiej stacji kolejki – to bardzo

wygodne, szczególnie w sytuacji, gdy odlatuje się wieczorem, a hotelowy pokój 

trzeba zwolnić już rano lub w południe. Bramkę do stanowisk rejestracji otwiera się

automatycznie używając do tego celu biletu ważnego na kolejkę.

Jeszcze tego samego

dnia  odleciałem z Hongkongu do Bangkoku wielkim odrzutowcem (747)  

tajwańskich linii Air China.  Ta właśnie linia okazała się najtańsza na tej

trasie. Bilet był kupiony w Tajlandii. Jak?   Internet pomógł mi nawiązać

kontakt z agentem w Bangkoku, który sprawdził, że są miejsca i gotów był sprzedać

mi bilet na ten rejs.  Zrobił  rezerwację…  Zapłaciła i przywiozła

go do Polski koleżanka podróżująca przez Tajlandię.   Tu jedna ważna

uwaga: kupując te tanie bilety nie zapomnijcie rekonfirmować rezerwacji najpóźniej 72

godziny przed odlotem – jeśli bilet najtańszych klas nie jest rekonfirmowany to na 72

godziny przed lotem system automatycznie kasuje taką rezerwację zwalniając miejsce dla

innego pasażera… W chwili odlotu miejsce dla Was przypadkiem może się jeszcze

znaleźć, ale nie warto

ryzykować!                                                

                   

Wojtek Dąbrowski

5bhu085.jpg (19759 bytes)

                   

Ciąg dalszy relacji

>>>>