Wojtek Dabrowski – XII Pętla wokół globu, część 4: Raivavae (12th4.htm)


I started

into the new year 2015 with a new, great voyage!  Many times I was asked

about the my favorite region of the world and the countries to which I would

like to return. The answer was always the same: the small islands of the

South Pacific. In 2015 I wanted to go back to these islands, which I did not know

yet, and the ones I have visited many years ago. It was not my intention to go to go back

from the Pacific Ocean along the same route – through Asia, and that is why

the expedition converted into the Twelfth Journey Around the World. Just

look at the map below:


Rok 2015

rozpocząłem od nowej, wielkiej podróży.  Ile razy pytano mnie o ulubiony

region świata, o kraje do których chciałbym wrócić odpowiedź zawsze była

taka sama: małe wyspy Południowego Pacyfiku. W 2015 roku chciałem tam wrócić i dotrzeć

do tych wysp, których jeszcze nie znałem, a przy okazji zobaczyć jak

zmieniły się te, które

odwiedziłem już przed laty. Nie zamierzałem wracać z Pacyfiku tą samą trasą –

przez Azję i w ten sposób ekspedycja ta zmieniła się w Dwunastą Podróż Dookoła

Świata. Jej mapkę macie poniżej:

12rtwMAP760.jpg

Samolotem Air

Berlin poleciałem do Berlina, a dalej – samolotem Qatar Airways

przez Dohę do największego miasta Sri Lanki – Colombo. W

pierwszej części relacji opisałem

mój pobyt w Colombo i w północnej prowincji Jaffna. W

drugiej części relacji opisałem moją

podróż przez góry Sri Lanki i Park Narodowy Yala na południowe wybrzeże. To

były ciekawe peregrynacje, ale gdzieś tam daleko czekały wyspy moich marzeń.

W miesiąc później znalazłem się na środku Pacyfiku. Kusiły mnie rzadko

odwiedzane Wyspy Tubuai (Francuzi nazywają je Les Australes), położone na

południe od Tahiti (popatrzcie na mapkę obok). Śniła mi się po nocach szczególnie mała wysepka Raivavae,

którą dzięki internetowi podziwiałem na satelitarnych zdjęciach. Z półrocznym wyprzedzeniem, z Polski próbowałem

dowiedzieć się o rozkładzie rejsów “Tuhaa Pae” – jedynego statku, który

pływa ze stolicy Francuskiej Polinezji z zaopatrzeniem dla tych wysp. Po

długich staraniach rozkład mi przysłano, ale wkrótce okazało się, że jest

nieaktualny. Dopiero po wylądowaniu na Tahiti i odwiedzeniu kantorka

kompanii w porcie Motu Uta miałem dowiedzieć się, jakie są moje szanse.

Jakąś alternatywą dla statku były turbośmigłowe samolociki dwa razy w

tygodniu latające na wyspy. Te jednak były bardzo drogie. 

Marzenie udało mi się zrealizować. Aby jednak “złapać” zaopatrzeniowy

stateczek musiałem pierwszy segment podróży odbyć na pokładzie małego

samolotu. Oznaczało to rezygnację z przyzwoitego wyżywienia na kilka

kolejnych dni, ale gotowy byłem na takie poświecęnie, aby osiągnąć mój cel.

Przed odlotem z Papeete zważono nie tylko cały rejestrowany bagaż, ale także

wszystkich pasażerów małego ATRa wraz z ich bagażem kabinowym. Ten lot był

na granicy zasięgu naszej maszyny i to dodawało emocji jeszcze przed

startem… Po dwóch godzinach lotu nad granatowym, pustym Pacyfikiem

usiedliśmy lekko na wąskiej grobli usypanej w lagunie. Po otwarciu drzwi

pomaszerowałem do małego budyneczku terminalu. Tam czekali miejscowi, ale

nie na mnie –  ja

nie miałem żadnej rezerwacji.

 

Nasze spojrzenia i nasze uśmiechy

spotkały się ponad głowami roześmianych tubylców. I już wiedziałem – to u

niej zamieszkam na kilka dni. Linda założyła mi na szyję naszyjnik ze

świeżych kwiatów. Skąd wiedziała, że z tego samolotu wysiądzie samotny

podróżnik?

Wkrótce przekonałem się, że Linda

to dobry duch tej wyspy. Ma wiele ciekawych pomysłów dotyczących

turystycznej aktywizacji tego uroczego, ale wciąż zapomnianego zakątka Polinezji.

Prowadzony przez nią i Johna pensjonat “Chez Linda” składa się z czterech

bungalowów rozmieszczonych w ogrodzie – wokół głównego budynku, w którym

mieści się kuchnia i ogólne pomieszczenie, gdzie podają posiłki. Tu także

funkcjonuje słabiutkie połączenie wi-fi.  Mili właściciele mówią po

angielsku, co na Polinezji Francuskiej jest rzadkością!

W przestronnych bungalowach nie

ma klimatyzacji, a jedynie wentylatory. W każdym jest także toaleta z

ciepłym natryskiem. No i oczywiście siatki w drzwiach i oknach. Za bungalow

z dwoma posiłkami płaci się tu 10600 CFP i jak na Polinezję nie jest to

drogo. Jeżeli z wyprzedzeniem nie robi się rezerwacji z potwierdzeniem ceny,

to można taktownie wynegocjować zniżkę (ale to ryzykowne podejście, bo po

przyjeździe wszystkie

miejsca mogą być zajęte). W ramach opłaty można korzystać z rowerów i

kajaków. 

Na Raivavae

jest jeszcze kilka podobnych pensjonatów (trudno je odnaleźć bez pomocy

tubylców, bo nie mają szyldów) ale “Chez Linda” moim zdaniem to najlepszy

wybór ze względu na standard, atmosferę i położenie – leży zaledwie pół

kilometra na zachód od lądowiska. A przygotowane przez Lindę posiłki

serwowane w hallu głównego budyneczku są

bardzo smaczne:  

12rvvOLYL18.jpg

Dookoła

bungalowów pyszni się kwitnący ogród, w którym o każdej porze roku

znajdziecie egzotyczne kwiaty – na przykład takie oto niezwykłe hibiskusy:

12rvvOLY754BIG.jpg

W drugiej

linii zabudowań – u stóp wzgórza stoi następny niski dom, w którym mieszka

rodzina Lindy – rodzice i dwóch synków. W każdy powszedni dzień rano

komunalny minibus zabiera ich do odległej szkoły. A tam jednym z

obowiązkowych przedmiotów jest nauka gry na ukulele. Ten wdzięczny

instrument uważany jest obecnie za typowy dla Polinezji, ale   

tak naprawdę to dawni Polinezyjczycy grali na bębnach drążonych z kłody, a

ukulele przywędrowało na wyspy Pacyfiku dopiero z amerykańskimi żeglarzami.

Jeśli wasz

pobyt na wyspie obejmie niedzielę poproście Lindę (jak ja to zrobiłem), aby zabrała

Was na nabożeństwo do kościoła. Protestanckiego kościoła oczywiście, bo na

wyspie nie ma katolików. Linda ubrała elegancki kapelusz (dla miejscowych

dam to obowiązkowy element niedzielnego stroju) i pojechaliśmy na północne

wybrzeże wyspy – do Anatonu. Stoi tam u stóp wyniosłego zbocza bardzo ładny

kościółek:

12rvvOLY831.jpg

Teren wyspy

Raivavae (16 kilometrów kwadratowych lądu) podzielony jest administracyjnie na trzy komuny:

Rairua-Mahanatoa,

Vaiuru i Anatonu, W pierwszej komunie są dwie wioski, położone blisko

siebie. Rairua jest siedzibą administracji wyspy.

W każdej z

czterech wiosek jest protestancki kościół. Misjonarze z London Missionary

Society zjawili się tu pierwsi (w 1820 roku) by nawracać tubylców i tak już

zostało… Nawrócili i nakazali zniszczenie miejsc dawnego kultu.

Idąc na

niedzielne nabożeństwo wierni ubierają się odświętnie (popularny jest zestaw

biało-granatowy) i aby zamanifestować jedność zawiązują na szyjach chusty –

każda parafia innego koloru. Ci z Anatonu – jak widzicie – żółte.

Ulokowałem się

na balkonie, który w kształcie podkowy przebiega nad całą główną salą.

Ostatnie rzędy na dole zajmował zespół muzyczny w którym grały ukulele,

gitary i bębny. Rozpoczęły się żywiołowe śpiewy, a po nich kazania ministrów

(także płci pięknej). Niestety w kościele nie ma oświetlenia – to zdjęcie

nie jest najlepsze, ale oddaje atmosferę tej   świątyni:

12rvvOLY814big.jpg

W wieku XXI na wyspy Polinezji

przywędrowały sztuczne kwiaty. Wcześniej kobiety wyplatały sobie wieńce na

głowę z tych naturalnych. Teraz – jak widać na zdjęciu obok – względy

praktyczne wzięły górę. Wieniec robi się z kwiatów sztucznych – do

wielokrotnego użycia, bo przecież taki nie więdnie!  Tyle tylko, że ten

współczesny nie pachnie. (Chyba że skropić go wodą kwiatową :).

Po nabożeństwie

prowadzący je protestanccy ministrowie płci obojga ustawili się przed

wejściem, po to by ceremonialnie uścisnąć dłoń każdemu, kto wychodził ze

świątyni. Mnie też spotkał taki zaszczyt: 

12rvvOLY817big.jpg

 

 

Zupełnym zaskoczeniem dla mnie

był fakt, że po wyjściu z kościoła wierni wcale nie rozeszli się do domów,

ale ustawili się w kilku szeregach przed kościołem, by odśpiewać dziarską

pieśń. Dzieło się to podczas opuszczania flagi powiewającej na maszcie

ustawionym przed świątynią. Nie była to zielono-biało-zielona flaga wyspy,

ani flaga Polinezji Francuskiej, ale flaga wspólnoty religijnej. Być może

LMS.

 

Wprowadzony na

wyspie kilka wieków temu protestantyzm ma tak silne korzenie, że takie sceny

nie dziwią. Wierni są bardzo zdyscyplinowani. Słyszałem, że po pojawieniu

się na wyspie satelitarnej telewizji na czas nabożeństw wyłączano celowo

energię elektryczną, aby wierni nie rezygnowali z uczestnictwa w

nabożeństwie na rzecz rozrywki.  Dla mnie wszystko to były elementy

miejscowego folkloru: 

12rvvOLY825big.jpg

Misjonarze LMS

(London Missionary Society) wylądowali na Raivavae w 1820 i podobno ostro

wzięli się do nawracania tubylców, nakazując niszczenie dawnych miejsc

kultu. Reszty dokonała tropikalna przyroda – dziś trudno tu odnaleźć ślady

po dawnych kamiennych platformach marae. Ale z tych

przedchrześcijańskich czasów zachowały się trzy posagi bogów – tiki. W 1933

roku z rozkazu administracji załadowano je na statek i popłynęły na Tahiti.

Jeden z nich ustawiono na dziedzińcu Muzeum Gaugine’a, a drugi jest w Muzeum

Tahiti.

Trzeci

posąg… Legenda mówi, że uciekł z odpływającego statku i wrócił na

macierzystą wyspę. Stoi dziś na prywatnym podwórku przy trasie Rairua –

Mahanatoa (po stronie oceanu). Właściciele nie robią trudności – można

wejść, zrobić zdjęcie i… przekonać się, że trzeci tiki, mający około metra

wysokości jest zaniedbany i zmurszały. Macie go na zdjęciu obok. Taki to

widać los zapomnianych polinezyjskich bogów!

Raivavae ma

kształt zbliżony do wynurzającego się wieloryba. Popatrzcie na satelitarne

zdjęcie poniżej. To to zdjęcie przez wiele lat tak przemawiało do mojej

wyobraźni. Rairua – stolica wyspy jest u nasady płetwy ogonowej. Na głowie

“wieloryba”, tam skąd często tryska fontanna wody i pary leży Anatonu ze swoim

ładnym kościołem. Do podbrzusza nasz “wieloryb” ma przyczepioną sztuczną

groblę z pasem startowym lotniska. Trzecia wioska – Vaiuru zaznaczona jest

na szyi naszego wieloryba:

12thrvvGoogleMAP.jpg

Raivavae to

dawny wulkan. Wnętrze wyspy wypełniają góry. Jedyna wąska droga, mająca

odcinki asfaltowe, betonowe i szutrowe (w sumie około 25 km) przebiega

wzdłuż brzegu po obwodzie wyspy niemal cały czas tylko metr nad poziomem morza –

sprzyja to rowerzystom, którzy nie muszą męczyć się na podjazdach, jak np.

na siostrzanej wyspie Rurutu. 25 kilometrów to dystans na granicy mojej

dziennej możliwości jeśli chodzi o piesze wędrówki. Pewnego dnia

postanowiłem spróbować i wyruszyłem z pensjonatu Lindy drogą w kierunku

zgodnym z ruchem wskazówek zegara. Taka wycieczka daje na pewno możliwość

podglądania życia, przyglądania się, w jakich warunkach żyją tu ludzie, jak

wyglądają ich domy, przed którymi często można zobaczyć groby ich

najbliższych, osłonięte daszkiem: 

12rvv274big.jpg

Rybołówstwo i

rolnictwo to główne zajęcia mieszkańców wyspy. Ryby na własne potrzeby łowią

na rafie, polując na nie z kuszą.  O, właśnie wrócili z połowu; dużo tego nie

ma, ale dla rodziny wystarczy:

12rvvOLY752.jpg


Wielkie kiście bananów zawieszone na

żerdziach wbitych w dno laguny. W pierwszym odruchu pomyślałem, że to

samoobsługowy stragan dla ludzi pływających łodziami po lagunie. Wkrótce

jednak okazało się, że to tylko sposób na ochronę dojrzałych owoców przed

szczurami i kurczakami, które pożywiają się smacznymi owocami.

 

Kościół w stolicy wyspy zastałem

w stanie generalnego remontu. Najbardziej reprezentacyjnym budynkiem w

Rairua jest merostwo czyli siedziba władz wyspy (na zdjęciu poniżej). Poza

tym obiektem wyróżnia się mały posterunek żandarmerii.

12rvvOLY901BIG.jpg

Turysta w

takich miejscowościach szuka raczej punktów zaopatrzenia. Niestety jedyny

sklep w Rairua nie jest łatwo odnaleźć. Popatrzcie na zdjęcie obok.

Przeszedłem obok tego domu dwa razy, aż ktoś życzliwy powiedział mi: -Voila

le magasin!     Sklep bez żadnego szyldu! Chleba i tak

nie było. Piekarz sam sprzedaje go z samochodu jadącego wokół wyspy (z

wyjątkiem niedziel i poniedziałków). Bananów nie sprzedają, bo każdy ma tu

swoje w ogródku. Nic zatem w tym zamaskowanym sklepie nie kupiłem i

pomaszerowałem dalej…

Druga wioska w komunie Rairua –

Mahanatoa czyli właśnie ta Mahanatoa ma nie tylko kościół (na zdjęciu obok –

w powszedni dzień na głucho zamknięty) ale także szkołę, do której dzieciaki

ze wszystkich osad zwożone są codziennie komunalnym minibusem. Szkoła (na

zdjęciu poniżej) zwraca uwagę malowanym płotem i wielką wiatą, w której

odbywają się zbiorowe imprezy.

12rvvOLY759big.jpg

Bo ta szkoła to nie tylko miejsce,

gdzie uczy się dzieci, ale także placówka kulturalna, pielęgnująca

polinezyjskie tradycje, ludową muzykę i taniec i stare rzemiosło – aby ci

młodzi nie zapomnieli jak np. plecie się takie misterne wieńce i opaski na

głowę:

12rvvSchool.jpg

Odcinek drogi

biegnący wzdłuż północnego wybrzeża wyspy jest bardzo malowniczy, ale

kiepsko utrzymany. Miejscami wybiega na sam brzeg, gdzie nawierzchnia

podmywana jest przez fale. W wielu miejscach w asfalcie czy betonie są

mniejsze i większe dziury, których nie ma kto załatać.

 

 

 

Podążając tą

drogą pieszo w kierunku wschodnim mijałem piękne, ale wąskie plaże,

ocienione o dziwo nie palmami, ale kazuarynami – drzewami, które pamiętam z

Australii i uroczej wyspy Rodriguez na Oceanie Indyjskim. Ich liście bardzo

przypominają długie igły. Motu, które widać

za firankami z kazuaryny to Haamu – najdłuższa z wysepek okalających lagunę

Raivavae:

12rvvOLY835BIG.jpg

Rybacy z Raivavae wciąż używają

długich, dłubanych łodzi z bocznym pływakiem do połowów na rafie. Ten pan

właśnie wrócił z rafy z wiadrem pełnym mięsa małż. Małże, nazywane przez

nich pahua osiągają wielkości dwóch złożonych dłoni. Ci ludzie otwierają je

na miejscu, wyskrobują mięso, które wędruje do wiaderka, a muszle wracają do

morza. Po co zaśmiecać nimi małą wyspę?

 

Na całej

wyspie mieszka tylko 940 ludzi. Wspomniałem, że na Raivavae dominują

protestanci. Ale prócz nich są już dzisiaj śladowe grupy adwentystów (ich

kościół macie poniżej) oraz Mormonów.

12rvv289big.jpg

Ci tubylcy, których spotykałem

maszerując drogą byli

pogodni, pozdrawiali mnie -Ia orana!  i dziwowali się, że sam pieszo

wędruję wokół wyspy. Często proponowali, że mnie podwiozą i nie rozumieli,

że nie chcę skorzystać z ich życzliwej oferty.

12rvv294.jpg

Rybna dieta zdaje się nie

wszystkim tu wystarcza, bo zauważyłem, że mieszkańcy hodują także czarne

świnki. Karmią je miedzy innymi liśćmi taro.

W każdej z

czterech wiosek Raivavae jest mniejszy lub większy sklep. Ten najlepiej

zaopatrzony – Magasin Angelique – znajdziecie w Anatonu. Gdy tam dotarłem

wewnątrz nie było ani jednego klienta. Ba, nie było także obsługi! Dopiero

po moim kilkukrotnym -Bon jour! i -Allo! pojawiła się pani w średnim wieku.

Wypytała skąd jestem i gdzie mieszkam (tu wszyscy o wszystkich chcą wiedzieć

wszystko) i wcale nie miała pretensji, że kupiłem tylko butelkę wody:

12rvv310big.jpg

Gdy wyszedłem za Anatonu

utwardzona droga się skończyła – dalej był już tylko szuter pełen dziur i

kałuż. Okazało się, że na niezamieszkany, wschodni przylądek wyspy nie

opłacało się budować porządnej drogi. Do tego zaczął padać deszcz. Ruch na

drodze był prawie zerowy więc ogromnie ucieszyłem się ogromnie zobaczywszy

osobowy samochód. Ale on jechał w przeciwną stronę!   Cóż, mając

do wyboru dalszy marsz w ciepłym deszczu lub powrót samochodem do pensjonatu

z życzliwym krajowcem wybrałem to drugie  🙂   I przy okazji

dowiedziałem się podczas ciekawej rozmowy, że krajowcy pędzą bimber, bo importowany alkohol jest drogi. 

🙂

12rvv316big.jpg

Gdy kolejnego ranka zaświeciło

słońce wypożyczyłem w pensjonacie nieco pordzewiały rower i popedałowałem 

tym razem wzdłuż południowego wybrzeża wyspy na wschód – mijając lotnisko –

do Vaiuru. Protestancki

kościółek w  Vaiuru najlepiej prezentuje się ze wzgórza, pod którym

stoi. Przy okazji można docenić niezwykły kolor wód laguny:

12rvvOLYL32.jpg

 

W niewielkiej odległości od

kościółka stoi mały, zielony budynek tutejszego merostwa. I to już wszystko,

co jest tu do obejrzenia. Za ostatnimi domami małego Vaiuru betonowa

nawierzchnia drogi się urywa, a pojawiają się za to liczne nierówności  

i kałuże. Uznałem, że dalsza jazda w kierunku wschodniego przylądka nie ma

sensu. Pozostawiłem rower przy drodze i wspiąłem się na zbocze, by

sfotografować wysepki otaczające lagunę.

Wszystkich

motus (mniejszych i większych) w łańcuchu otaczającym wyspę jest aż 28.

12rvv357big.jpg

John dysponuje

zupełnie przyzwoitą motorówką, którą może zawieźć was na dowolne motus.

Przykładowo cena

powrotnego transferu na Motu Piscine to 4000 CFP.

Skorzystałem z

okazji, by zobaczyć to najbardziej uczęszczane motu z bliska. Płynąc na wschód mieliśmy

dobry widok na wschodni kraniec wyspy ze szczytami Mouatapu (272 m – to ten z

lewej) i Turivao – zawieszony nad wschodnim przylądkiem – 203 m)

12rvv374big.jpg

Cumulusy wspaniale zdobiły

błękitne niebo, gdy po około 20-minutowym rejsie zbliżyliśmy się do motu

piscine. Byłem zaintrygowany. Co to za dziwne motu na które pływają

wszyscy odwiedzający Raivavae podróżnicy?

12rvv375big.jpg

John wskazał ręka dużą łachę

białego piasku, wynurzającą się z laguny. Wystawała zaledwie kilkadziesiąt

centymetrów ponad wodę i jej powierzchnia zapewne zmieniała się znacznie

zależnie od tego czy trwał przypływ oceanu, czy odpływ:

12rvv387big.jpg


Na zdjęciu poniżej dobrze widać motu

piscine. We francuskich przewodnikach piszą, że to jedna z głównych

atrakcji krajobrazowych Raivavae. Motu to jedna z wielu wysepek rozrzuconych

wokół laguny. Słowem piscine określa się kąpielisko czy basen.

Planując podróż zastanawiałem się, co to może być. Wyobraźnia podsuwała

obraz jakiejś naturalnej sadzawki osadzonej wewnątrz dużego motu. Okazało się,

że to po prostu szmat piaszczystej płycizny osłoniętej długą “kosą” dużego

motu Vaiamanu. Widać to na zdjęciu: 

12rvv1246big.jpg


Wkrótce wylądowaliśmy na dzikim motu Vaiamanu.

Zachwyciły mnie miniaturowe, puste plaże. Nie muszę dodawać, ze woda jest tu

krystalicznie czysta i ciepła. I płytka – dla niektórych może nawet zbyt

płytka, bo jakże tu pływać, gdy sięga ona zaledwie pasa?

12rvv379big.jpg

Ta część
motu Vaiamanu, która dotyka rafy

porośnięta jest palmowym gąszczem i krzewami, w których gniazduje morskie

ptactwo:

12rvv382big.jpg

Ale we wnętrzu tego dużego motu

rosną także kazuaryny. Ich wyschnięte liście pokrywają ziemie brązowym

dywanem, podobnym do tego, jaki spotyka się w naszych lasach iglastych.

Odpoczywaliśmy tu przez chwilę, korzystając z przyjemnego cienia:

12rvv380big.jpg

Potem na moją prośbę John lawirując

ostrożnie między koralowymi głowami wystającymi w wielu miejscach z piaszczystego dna

podpłynął bliżej do małego motu. To Motu Opunui. Mogłem z bliska

fotografować ten rajski zakątek, na którym nie ma jeszcze żadnych śladów

działalności człowieka:  

12rvv392big.jpg

Urodę tego

miejsca można w pełni docenić oglądając je z lotu ptaka, a dokładniej – z

górskiego grzbietu wyrastającego w środku wyspy. Na zdjęciu poniżej widać

dokładnie motu piscine, Motu Opunohu i inne, drobniejsze wysepki. Zachwyca

lazur i turkus wód laguny:

12rvvOLYL46.jpg


Jeden z pensjonatów na Raivavae oferuje amatorom

robinsonady pobyt w  domku zbudowanym na takim małym motu. 

Właściciele zawożą współczesnych Robinsonów na wysepkę i zostawiają z

zapasem słodkiej wody i żywności. Gdy samotnicy mają dość wzywają łódź przez

telefon komórkowy. Byle tylko bateria się wcześniej nie rozładowała!  


Wizyta na Raivavae nie jest spełniona do

końca bez wspinaczki z przewodnikiem na górski grzbiet. Nie jest łatwo

odnaleźć szlak i dlatego odradzam próby szukania drogi na własną rękę. Po

deszczach ścieżka jest nie do przejścia – warto odczekać kilka dni na

spłyniecie wody ze szlaku. Konieczne są mocne trekkingowe buty zakrywające

kostkę. Wycieczka zabiera zwykle pół dnia. Na zdjęciu poniżej, zrobionym z górskiej

ścieżki widać sztuczną groblę usypaną wewnątrz laguny. To po tej grobli

przebiega pas startowy tutejszego maleńkiego lotniska.

12rvv1247big.jpg


Widoki są wspaniałe. Główny górski grzbiet wyspy ciągnie się

od Mont Hiro w kierunku wschodnim, a po nim wije się słabo przetarta ścieżka. W dali

widać długie i wygięte jak bumerang Motu Haamu, tworzące północno-wschodni

narożnik laguny: 

12rvv1248BIG.jpg


Północne stoki górskiego pasma są

bardziej dramatyczne niż południowe. W dole widać mały półwysep osłaniający zatokę, w

której leży Rairua i jedyna przystań wyspy. Widoczne małe motu to Tuitui –

jedyna wysepka w linii rafy po płn-zach stronie wyspy: 

12rvv1255BIG.jpg

Przypuszczam, że po obejrzeniu tych zdjęć zgodzicie się ze mną (i

wieloma innymi podróżnikami), że Raivavae to jedna z najpiękniejszych wysp

Pacyfiku.   Jako pierwszy Europejczyk zobaczył ją oficer

hiszpańskiej marynarki
Tomás

Gayangos wracający do Peru z Tahiti na pokładzie fregaty “El Aguila”. Było to 5 lutego 1775.  Wysłano wtedy ku nowoodkrytemu

lądowi małą łódź, ale do lądowania i kontaktu z krajowcami nie doszło. Wyspę

naniesiono jednak na mapy i nazwano Santa Rosa. Miejscowi oczywiście o tym

fakcie nie wiedzieli i używali własnej nazwy – Oraibaba. Francuzi anektowali

wyspę w 1880 i wprowadzili nazwę Raivavae.   Minął wiek i wciąż

mało kto spośród światowych podróżników wie, że to jeden z najpiękniejszych

zakątków Pacyfiku. Oto widok z Mont Hiro w kierunku stolicy wyspy Rairua. Z

prawej widać wejście do laguny z którego korzystają statki:

12rvv1261BIG.jpg

“Tuhaa Pae” – the only freighter

servicing Austral Islands:


Mój pobyt na rajskiej wyspie szybko

dobiegł końca. “Tuhaa Pae” – jedyny frachtowiec

dostarczający zaopatrzenie i pasażerów na Wyspy Tubuai zjawił się w

przystani Ruirua zgodnie z rozkładem. John odwiózł mnie rano na quai (tak po

francusku nazywa się nabrzeże). W okienku portowego magazynu kupiłem bilet na następną

wyspę Tubuai – za 2750 CFP w zbiorowej sali.  Bez wyżywienia, choć

takie jest oferowane za dodatkową opłatą.

12rvv409big.jpg

 


Wokół statku kipiała praca –

rozładowywano kontenery, palety z towarem, przeładowywano worki i paki na

furgonetki. Zapytałem kapitana, na którą godzinę przewiduje wyjście w morze.

-Na 17.00, ale wróć na pokład godzinę wcześniej! 

 

 

 

 


Tęga stewardessa (chyba jedyna kobieta w

załodze) zaprowadziła mnie na dół, do zbiorowej sali najniższej klasy.

Spróbujcie wyobrazić sobie niską halę, do której wtłoczono aż 48 (jak mi się

wydaje) piętrowych, metalowych łóżek. Wyglądało to jak wnętrze wojennego

transportowca…


Tłoku nie było – mogłem wybrać sobie

dowolną koję z materacem pokrytym ceratą. Poduszkę czy pościel w tej klasie

powinien przynieść sobie pasażer. Znalazłem takie dolne łoże, które nie

miało oberwanych firanek (dają one jednak trochę prywatności).  Zostawiłem

tobołki i wróciłem na pokład.

 


Miałem jeszcze kilka godzin, by

pospacerować po okolicy. Z maleńkiej przystani otwierała się piękna panorama

głównego grzbietu górskiego wyspy ze szczytami Mont Araua i Mont Hiro:

12rvvTABMtAraua.jpg

Opadające ku zachodowi słońce wspaniale barwiło górski grzbiet wyspy, gdy

pod wieczór wychodziliśmy z laguny. Pomyślałem o tym, że pasażerowie luksusowych jachtów

i wycieczkowców płacą tysiące dolarów, by oglądać takie widoki. Ja miałem to

samo za 30 dolarów i to w atmosferze ciszy, bez tłumu cisnącego się przy

relingach na spacerowym pokładzie…

Raivavae from

the north, just before sunset:

12rvvOLY924big.jpg

Potem mieliśmy piękny zachód słońca, a następnego dnia wysiadłem z mojego frachtowca na wyspie Tubuai – ale to

już

inna historia…

12rvvOLY932big.jpg

 

My hot

news from this expedition (in English) you can read in my travel log: 

www.globosapiens.net/travellog/wojtekd 

 

Notatki robione “na gorąco” na

trasie podróży (po angielsku) można przeczytać w moim 

dzienniku podróży w serwisie globosapiens.net