Wojtek Dabrowski – XII Pętla wokół globu część 2: Sri Lanka (12th1.htm)


I started

into the new year 2015 with a new, great voyage!  Many times I was asked

about the my favorite region of the world and the countries to which I would

like to return. The answer was always the same: the small islands of the

South Pacific. In 2015 I wanted to go back to these islands, which I did not know

yet, and the ones I have visited many years ago. It was not my intention to go to go back

from the Pacific Ocean along the same route – through Asia, and that is why

the expedition converted into the Twelfth Journey Around the World. Just

look at the map below:


Nowy rok 2015

rozpocząłem od nowej, wielkiej podróży.  Ile razy pytano mnie o ulubiony

region świata, o kraje do których chciałbym wrócić odpowiedź zawsze była

taka sama: małe wyspy Południowego Pacyfiku. W 2015 roku chciałem tam wrócić i dotrzeć

do tych wysp, których jeszcze nie znałem, a przy okazji zobaczyć jak

zmieniły się te, które

odwiedziłem już przed laty. Nie zamierzałem wracać z Pacyfiku tą samą trasą –

przez Azję i w ten sposób ekspedycja ta zmieniła się w Dwunastą Podróż Dookoła

Świata. Jej mapkę macie poniżej:

12rtwMAP760.jpg

Air Berlin plane flew me from Gdansk to Berlin, and further – Qatar Airways

planes via Doha to the largest city of Sri Lanka – Colombo. In the first

part of the report I described my stay in Colombo and in the northern

province of Jaffna. This part of the report begins on a train going from

Jaffna back to the south. I got out of the train at Anuradhapura. And

although on the outskirts of the city there are interesting sights to visit,

I started to look for the bus to Kandy. I was already once in Anuradhapura

and other cities lying on the main tourist trail. This time I wanted as soon

as you find in the mountains of Sri Lanka.

Samolotem Air

Berlin poleciałem z Gdańska do Berllna, a dalej – samolotem Qatar Airways

przez Dohę do największego miasta Sri Lanki – Colombo. W

pierwszej części relacji opisałem

mój pobyt w Colombo i w północnej prowincji Jaffna. Ta część relacji

rozpoczyna się w pociągu jadącym z Dżafny z powrotem – na południe.

Wysiadłem z tego pociągu na stacji Anuradhapura. I choć na peryferiach tego

miasta są ciekawe zabytki, to ja zacząłem szukać autobusu jadącego do Kandy.

Byłem już kiedyś w Anuradhapurze i innych miastach leżących na głównym

turystycznym szlaku. Tym razem chciałem jak najszybciej znaleźć się w górach

Sri Lanki. 

12sriOLY211BIG.jpg

Do Kandy nasz autobus dotarł już po zmroku. wysiadłem przy małej, końcowej

stacji kolejowej (zdjęcia po lewej). W kasie powiedziano mi, że wszystkie

miejsca drugiej klasy na pociąg do Badulli odjeżdżający następnego ranka są

wyprzedane. Ale mogę spróbować rano, gdy do sprzedaży trafia pula

niewykorzystanych miejsc z innych stacji. Pomaszerowałem więc do

sympatycznego “Mount View Guesthouse” gdzie za 2000 rupii zaoferowano mi

pokój z ciepłym, zasłużonym prysznicem. Przy okazji pod tym samym prysznicem

wyprałem przepoconą koszulę i spodnie. Do rana wyschły… A rano w kasie

dostałem za 600 rupii upragniony bilet drugiej klasy do Badulli. Przy okazji okazało się, ze pociąg prowadzi także

wagony klasy 3, w których nie ma obowiązkowej rezerwacji miejsc. Nie

wpadajcie zatem w panikę, gdy okaże się, że druga klasa jest wyprzedana.

12sriOLY209BIG.jpg

Miasto Kandy znałem ze swojego poprzedniego pobytu na Sri Lance. Udało mi

się wtedy dostać nawet do słynnej świątyni Zęba Buddy i obejrzeć ciekawy

wieczór ludowych tańców. Tym razem Kandy było dla mnie tylko punktem

przesiadkowym. W mieście niewiele się zmieniło. Ale zdaje się, że przybyła

wielka statua siedzącego Buddy na ostrym zakręcie powyżej stacji (zdjęcie

powyżej). No i większy jest ruch samochodowy, co skutkuje chmurami spalin na

głównych ulicach miasta.

  Poranny pociąg do Badulli przyjeżdża do Kandy z Colombo. Jest

oblegany przez turystów, bo podąża dalej przez górską krainę w ciągu dnia,

co pozwala na podziwianie krajobrazów.  Ich atrakcją są pokrywające

zbocza plantacje słynnej cejlońskiej herbaty:

12sriOLY230BIG.jpg

Gdzie indziej można z okna pociągu podziwiać mniejsze i większe wodospady.

Warto trzymać aparat czy kamerę w pogotowiu. A nie jest to łatwe, bo cała

podróż z Kandy do Badulli zabiera aż 7,5 godziny. Tę linię kolejową

zbudowano jeszcze w czasach kolonialnych i jej stan nie jest najlepszy.

Podczas jazdy wagonami wściekle rzuca – notować mogę tylko na postojach.

Koła i części wagonów tak zgrzytają, że trudno zrozumieć, co mówi osoba

siedząca obok.  Ale to jest część wielkiej cejlońskiej przygody. Im

wyżej się wspinamy, tym częściej na zboczach zielonych gór pojawiają się

iglaste drzewa:

12sriOLY227big.jpg

Stajemy czasem na pośrednich stacyjkach na mijankach, czekając na pociąg

nadjeżdżający z przeciwnego kierunku. Gdy w końcu

staje on na sąsiednim torze mam chwilę, aby zajrzeć do przedziału

naprzeciwko. Jeśli ma się wtedy uśmiech na twarzy i odpowiedni refleks, to

można wtedy zrobić takie ciekawe zdjęcie:

12sriOLY260BIG.jpg

Gwizd lokomotywy, szarpnięcie i zgrzyt i znów ruszamy…

Tor kolejowy nie przebiega wcale dnem doliny, ale po zboczach, co znacznie

rozszerza pole widzenia. Pozwala podziwiać bystrza i niewielkie stopnie

górskich rzek:

12sri625.jpg

Od czasu do czasu pokonujemy wiadukty przerzucone ponad kanionami rzek.

jeżeli dodatkowo w takim miejscu tor przebiega po łuku, to można ocenić

długość naszego niebieskiego pociągu:

12sri626.jpg

Szlak kolejowy pracowicie wspina się w górę, by w końcu osiągnąć kulminację

na wysokości 1898 metrów. “Summit”  zaznaczony jest specjalnym znakiem

ustawionym przy torze. Toż to wyżej, niż szczyt naszego Giewontu! –

konstatuję. Powyżej zielonych zboczy wyrastają tu odcinki skalistego

grzbietu: 

12sriOLY233BIG.jpg

To nie jest jednak tzw. turystyczny pociąg. Podróżują nim zwykli ludzie, szczególnie w

najtańszej, trzeciej klasie. Dzieci jadą rano do szkoły w sąsiedniej

osadzie. Rodziny czekają z kwiatami na swoich bliskich. Przekupnie podążają z

tobołami na targ. A turysta ma możliwość podglądania “tubylców” i ich

codziennego życia:

12sriOLY234BIG.jpg

Mój skrzypiący, postukujący i

rozkołysany pociąg pożegnałem na stacyjce w Badulli.  Było późne popołudnie i

trzeba było rozejrzeć się za kwaterą. Pomaszerowałem z plecakiem przez most

na górskiej rzece do niezbyt odległego centrum miasteczka.

Ucieszyłem się widząc z daleka na wysoko umieszczonym szyldzie napis “Rohitha

Hotel”.  Mój entuzjazm wygasł jednak, gdy przekroczyłem drzwi “hotelu”.

Okazało się bowiem, że to jeszcze jeden fałszywy hotel. Wspominałem już o

tym, że w Indiach i na Sri Lance słowem “hotel” określa się restaurację,

często połączoną ze sklepem. Zazwyczaj nie dysponuje ona żadnymi pokojami

noclegowymi. Tak było i tym razem. Zacząłem więc rozpytywać o guesthouse –

tym słowem określa się tu hoteliki niższych kategorii. Wskazano mi położony

nieopodal, w podwórku Thilina Guest House, gdzie udało mi się wytargować

pokój z łazienką i wiatrakiem za 1700 rupii.

12sriOLY236BIG.jpg

Zdążyłem jeszcze kupić coś do jedzenia. Bochenek 400g chleba kosztuje

wszędzie 60 rupii. Ten sam, ale krojony – 70 rupii, kilo bananów 150, kostka

200g masła – 250, jajko – 15 .

Jedynym ciekawym obiektem w zapyziałym miasteczku jest buddyjska świątynia,

stojąca przy skrzyżowaniu w centrum. Przed wejściem jest posterunek, gdzie

legitymują cudzoziemców, ale żadnych trudności nie robią: 

12sriOLY237BIG.jpg

Na placyku przed świątynią

sprzedają ofiarne kwiaty. W Indiach są to zazwyczaj naszyjniki, ale tu –

inaczej – na tekturowych tackach same kielichy i płatki. Starannie układane – tak, by przyciągnąć

uwagę przechodnia. Ceny zaczynają się od 100 rupii.

 

W Badulli turysta samotnie

wałęsający się po ulicach jest raczej rzadkim widokiem, sprawia to, że

łatwiej robić tu ludziom niepozowane zdjęcia, pokazujące prawdziwe oblicze

ich kraju. Na fotografii poniżej po praej mamy ulicznego sprzedawcę betelu,

a właściwie orzechów palmy areka zawijanych w betelowe liście:

 

12sritabBadulla.jpg

Uliczne sklepiki są bardzo kolorowe i (przynajmniej na pierwszy rzut oka)

dobrze zaopatrzone. Obok kiści miejscowych bananów oferowane są także

importowane jabłka (z Północnych Indii) no i niestety – różne rodzaje

chipsów:

12sritabletBadulla4.jpg

Takie delikatesy jak masło, margaryna czy serki nie są wyłożone na sklepową

ladę ze względu na panujące wysokie temperatury. Jeżeli w ogóle są w

sklepiku, to właściciel trzyma je w lodówce – gdzieś na zapleczu. Trzeba

pytać! Z pieczywem nie jest tak źle, ale to co jest osiągalne, to zazwyczaj

tylko biały chleb tostowy. Szyld “bakery” lub “bakers” oznacza, że to tam

można dostać nasz chleb powszedni: 

12sritablBadulla2.jpg

Do Badulli ja – wielki miłośnik wodospadów przyjechałem dla pobliskich

Dunhinda Falls. Ale najpierw trzeba było do nich dojechać…

Był wczesny poranek, gdy maszerowałem na terminal publicznych autobusów.

Wiedziałem, że to stamtąd odjeżdżają sfatygowane “government buses”

zmierzające do mojego celu. Jazda “tatą” zapowiadała się niezbyt komfortowo.

Popatrzcie:

12sritablBadulla3.jpg

Wsiadam, jest jeszcze siedzące miejsce. Płacę konduktorowi 20 rupii i

dostaję skrawek papieru z wypisaną przez kalkę ceną. Jedziemy górska szosą,

która chyba zupełnie niedawno została oczyszczona z osypisk ziemi i skalnego

gruzu. W kilku miejscach “landslides” w dalszym ciągu blokują połowę

szerokości drogi. Po około 20 minutach jazdy kierowca wysadza mnie na ostrym

zakręcie, przy takim oto gigantycznym billboardzie:

12sriOLY255BIG.jpg

Nie potrafię przeczytać tych “robaczków”, ale wiem już, że ten zamaszyście

maszerujący gość to niedawno wybrany nowy premier Sri Lanki. A to

towarzystwo poniżej, to członkowie jego rządu. Pod billboardem stoi kilka

kramów z pamiątkami, są już otwarte, mimo, że to dopiero 6.40 am. 

Przekupnie pokazują mi początek ścieżki prowadzącej do wodospadów. Bo

wodospady są dwa: dolny (oni nazywają go “mini”) – mający jakieś 20 metrów i

ten górny – właściwy Dunhinda Fall, wysoki na 63 metry. Z nieznanych mi

powodów do dolnego wodospadu nie doprowadzono żadnej ścieżki i można nań

popatrzeć tylko z daleka – jedyny dogodny punkt widokowy jest tuż za

wejściem na ścieżkę. Popatrzcie, to ten “mini” wodospad w porannej

mgiełce:

12sriOLY241sBIG.jpg

Na początku ścieżki do wodospadów

zobaczyłem budkę, w której normalnie kupuje się bilet wstępu do wodospadów.

Ale o 7 rano budka była na głucho zamknięta i w ten sposób zaoszczędziłem

200 rupii 🙂  Marsz do dużego wodospadu zabiera jakieś 20 minut. Na

ścieżce są odcinki stopni i poręczy, ale większość trasy to kamienie – warto

mieć na nogach chociaż mocne sandały! W końcu docieramy na niewielki, ale

solidny taras zbudowany u stóp wodospadu. Widok jest fantastyczny – z lekko

nachylonej skały spadają potężne masy wody:

12sriOLY246BIG.jpg

Aparat cyfrowy pozwalający robić

zdjęcia o dużej rozdzielczości daje możliwość pokazania bardzo dużego obrazu.

Zdecydowałem się zatem po raz pierwszy – eksperymentalnie wstawić tu

zdjęcie, które zapewne nie zmieści się wam w całości na ekranie monitora…

A może jednak?  Popatrzcie:

12sriOLY250sBIG.jpg

Siedząc na betonowym tarasie w samotności mogłem kontemplować

wspaniały widok i huk spadającej wody. Po dwóch kwadransach wyruszyłem w drogę powrotną. Kierując

się w kierunku wodospadu ścieżka opada w dolinę. Za to idąc w przeciwnym

kierunku trzeba już trochę wypocić.  Byle do drogi! Gdy przejeżdżający obok kramów

przy szosie autobus “tata” trochę zwolnił wskoczyłem na stopień i po pół

godzinie byłem znów w Badulli.


Zabrałem z kwatery swój plecak i pomaszerowałem na

stacyjkę, gdzie czekał już pociąg do Kandy. Kupiłem bilet trzeciej klasy do

Elli (płacąc tylko 20 rupii), tłoku nie było. Na odcinku Badulla-Ella w rejonie stacyjki Demodara

tor kolejowy zatacza pełną pętlę – 360 stopni, aby znaleźć się na niższym

poziomie. Umożliwia to tunel. Ten nietuzinkowy odcinek kolejowego szlaku

uznany został za atrakcję turystyczną. Najbardziej efektownie wygląda jednak

na zdjęciu zrobionym z lotu ptaka. Oto reprodukcja zdjęcia z materiałów

promocyjnych:

12sriOLY256big.jpg

Wagony trzeciej klasy są

tu, delikatnie mówiąc, obskurne. Pasażer klei się do ceratowych siedzeń. Na

szczęście nie była to długa podróż. Przy okazji poznałem bliżej podróżującą

w tym samym wagonie rodzinkę. Młodsza kobieta mówiła trochę po angielsku: 

12sriOLY257BIG.jpg

Ella, gdzie opuściłem pociąg

(uwaga, wszędzie tu przy wychodzeniu ze stacji sprawdzają ponownie bilety!)

ma opinię renomowanej górskiej miejscowości turystycznej. Ale miasteczko,

które zaczyna się jakieś 200 metrów poniżej stacji rozczarowuje. To

konglomerat bud, warsztatów i sklepików ozdobiony różnymi reklamami:

12sriOLY261big.jpg

Zatem gdzie te obiekty dla

turystów? Są! – guesthousy różnych kategorii rozrzucone w bocznych drogach i

na peryferiach osady. Główną zaletą tego miejsca jest jednak krajobraz. W kierunku

południowym od stacji zaczyna się tzw. Ella Gap – wąska i głęboka dolina o

stromych ścianach. Po jej prawej stronie wznosi się potężna góra nazywana

Rock: 

12sriOLY263big.jpg

Lewą ścianę doliny tworzy

malowniczy zielony grzbiet z kilkoma kolejnymi kulminacjami – to Little

Adam’s Peak. (pamiętacie moja nocną wspinaczkę na Adam’s Peak podczas

poprzedniego pobytu na Sri Lance?) Na ten grzbiet prowadzi turystyczna ścieżka – ci którzy

zatrzymują się w Elli często wybierają ten szlak jako cel półdniowej

wycieczki:

12sriOLY265BIG.jpg

Droga państwowa kierująca się ku

oceanowi opada prawym

zboczem w dół Ella Gap, by po kilku kilometrach osiągnąć jeszcze jeden

wodospad – Ravana Ella Fall. Tu nigdzie nie trzeba się wspinać – wodospad

jest tuż przy szosie, najlepiej fotografować go z małego mostu:

12sriOLY273BIG.jpg

Jak sami widzicie ten wodospad

składa się z kilku kolejnych kaskad. W sumie mogą one mieć około 100 metrów.

Ta najbardziej efektowna, mająca jakieś 20 m jest gdzieś w środku zbocza. I

zdaje się, że od mostu doprowadza do niej górska ścieżka. Ale nawet nie

próbowałem się tam wspinać: po pierwsze nie było gdzie zostawić plecaka, a

dźwiganie go w górę w lepkim upale nie bardzo mi odpowiadało, a po drugie

spieszyłem się, aby przed zmrokiem dotrzeć do Tissy. Poprzestałem zatem na

zrobieniu takiego oto zbliżenia:

12sriOLY275BIG.jpg

Od Ravana Ella Fall otwiera się w górę Ella Gap nowa perspektywa – nowy widok na Little

Adam’s Peak. Dopiero na tym zdjęciu widać , że kulminacja – ostry

wierzchołek znajduje się mniej więcej w środku grzbietu:

12sritabletElla.jpg

Przy wodospadzie Ravana-Ella nie ma

przystanku autobusowego z rozkładem. Gdyby machać na przejeżdżający bus, to

na pewno stanie. Tylko kiedy taki będzie tędy jechać? Postanowiłem

skorzystać z autostopu – z powodzeniem! Furgonetka zabrała mnie do

następnego miasteczka Wellawaya, a tam złapałem regularny autobus do

Tissamaharamy. Tissa jest bramą do Parku Narodowego Yala, który chciałem

odwiedzić. Miejsce jest turystyczne. Na kilka kilometrów przed Tissą do

autobusu wsiedli naganiacze polujący na turystów, oferujący im “najtańsze”

zakwaterowanie i “najtańszą” wyprawę do parku. Trzeba bardzo uważać i z

kamienną twarzą targować się o każdy tysiąc rupii!  Ale zwykli ludzie

są tu niezwykle pogodni i sympatyczni:

12sriOLY288big.jpg

Tissa jest bardzo rozciągnięta.

Wysiadłem z naganiaczami już 2 km przed centrum (nie wiedząc o tym) – przy

całkiem dobrym Tissa Inn Hotel, gdzie targując się konsekwentnie dostałem

duży pokój z łazienką i a/c za 1500 rupii (bez śniadania). Stamtąd do

centrum za wieżą zegarową stojącą na rozjeździe (zdjęcie obok) miałem pół

godziny pieszo. Musiałem tam pójść, aby kupić coś do jedzenia. No i

wyobraźcie sobie, że chłopak w sklepie piekarniczym bez mrugnięcia okiem

zażądał ode mnie 100 rupii za bochenek chleba. Dopiero gdy grzecznie

powiedziałem mu, że w innych miastach płaciłem za taki bochenek 60 rupii

zmieszał się i cena spadła do tego samego poziomu. Gringo i tutaj może

zapłacić więcej, jeśli nie ma doświadczenia. Obok uczciwej większości

niestety można spotkać także naciągaczy.

Jedynym zabytkiem w

Tissamaharamie jest stara buddyjska dagoba (na zdjęciu obok). Amatorzy

romantycznych wieczornych spacerów docenią zapewne piękną promenadę nad

jeziorem…  Ale ja – nie mając ze sobą osoby z którą można b

powzdychać do księżyca myślałem raczej o wyprawie do parku Narodowego Yala –

drugiego co do wielkości parku narodowego Sri Lanki. 

Okazało się,

że miejscowy biznes turystyczny oferuje wycieczki w trzech wersjach: 4, 7 i

12 godzin. Zdecydowałem się na wersję 7-godzinną (za 7000 rupii), co było trafnym wyborem,

bo okazało się, że pierwszą i ostatnią godzinę zabiera dojazd do bramy parku

i załatwianie formalności na tej bramie. W każdym przypadku wyjazd następuje

przed świtem, bo wczesnym rankiem zwierzęta są bardziej aktywne i łatwiej je

obserwować. Potem – w środku dnia zaszywają się w zaroślach. Obudzili mnie o 4.30…

12sri663.jpg


Poranek był pochmurny, gdy słońce

wypełzło zza horyzontu jego promienie z trudnością przedzierały się przez

warstwy obłoków. Mimo to niebo na wschodzie wyglądało efektownie. Wkrótce

razem z kawalkadą innych turystycznych furgonetek znaleźliśmy się nad wodnym

rozlewiskiem:

12sriOLY290big.jpg

Pierwsze zwierzęta, które zobaczyłem w Parku Yala były to dzikie

wodne bawoły brodzące na płyciźnie. Oświetlenie było jeszcze słabe, ale może właśnie

dlatego kontury ich ciał ostro rysowały się na tle tafli wody:

12sri660big.jpg

 


Pawie, które u nas mieszkają tylko w

publicznych parkach i ogrodach zoologicznych tu żyją na dziko i to w dużych

ilościach. Nie są płochliwe, może dlatego, że przy zwiedzaniu Yali podobnie jak w parkach

afrykańskich nie wolno opuszczać samochodu. Jednak na kilkugodzinnej trasie

samochód zatrzymuje się co najmniej trzy razy na wyznaczonych piknikowych

miejscach, gdzie można skorzystać z toalet i pospacerować. Znaczna część

parku to wetlands – mokradła, na których rosną (i obumierają)

tropikalne drzewa o ciekawych kształtach koron: 

12sri668big.jpg


W parku zobaczyć można wiele gatunków

egzotycznych ptaków: Marabuty, herony, orły. Mało kto z turystów podejrzewa, że w niewinnie i malowniczo wyglądających

bajorach mieszkają między innymi… krokodyle!

12sriOLY298big.jpg

Ja też w to nie wierzyłem, aż zobaczyłem:
12sri669big.jpg


Wcale nie mniej groźne dla turystów są

małpy, których kilka gatunków można zobaczyć w Yali. Te hasają przy drogach,

gdzie zatrzymują się samochody z turystami oraz na miejscach piknikowych,

polując tam na na zdobycz w postaci toreb z żywnością:

12sri704.jpg


Powyżej na drodze siedzi rodzina

Hanuman langurs (tak przynajmniej nazywał je nasz kierowca – przewodnik).

Mają charakterystyczne czarne twarze. A obok

na gałęzi siedzi makak, dybający na torby turystów.


Jak już wspomniałem turyści poruszają się

po parku wyłącznie samochodami. Są to najczęściej furgonetki z zamocowanymi

na zadaszonej skrzyni wygodnymi, samochodowymi siedzeniami – takie jak na

zdjęciu obok. Małpy mają do wnętrza takich samochodów łatwy dostęp, gdy tylko

opuszczą je turyści. Ja sam miałem kiedyś w Zimbabwe nieciekawą “małpią”

przygodę, gdy taka nieduża małpa porwała sprzed namiotu na drzewo całe moje

śniadanie… 


Jeżdżąc po parku w kilku miejscach

widzieliśmy pławiące się w jeziorkach wodne bawoły, czasem z bardzo niewielkiej

odległości:

12sri702big.jpg


Wśród wielu gatunków ptactwa ciekawostką

były remizy, a dokładnie ich niezwykłe gniazda w postaci wiszących na

gałęziach koszyków uwitych z gałązek i źdźbeł trawy.

 

 


Dzikie świnie reprezentowane były przez

wild boars czyli po naszemu – dziki, bardzo zresztą podobne do

naszych.

12sri693big.jpg


Wielki waran bengalski (mają one do 2

metrów długości i podobnie jak węże połykają zdobycz w całości) zatrzymał się na widok

naszego samochodu i dzięki temu mogłem mu zrobić takie “pozowane” zdjęcie: 

12sri687big.jpg


Dopiero po trzech godzinach krążenia po

parku natknęliśmy się na spore stadko nakrapianych jeleni. To były

nakrapiane axis deers. Pasły się pod

lasem. Tropikalna roślinność Yali jest bardzo bujna więc pożywienia nigdy im

nie brakuje: 

12sri684big.jpg


Słonie, których w całej Yali mieszka

podobno około 300 widzieliśmy w kilku miejscach

parku – najczęściej w zaroślach. Ale przydarzył się w końcu samotnik, który

po prostu maszerował drogą. Jechaliśmy za nim kilka minut, aż w końcu

skręcił w busz, z trzaskiem torując sobie drogę wśród krzewów. 

12sriOLY303BIG.jpg


 

Sri Lanka – Yala National Park 


Park Yala jednym bokiem dotyka oceanu. W

sporej zatoce morskiej naprzeciw wyniosłego skalnego monolitu Patanangala jest tu długa

i ładna plaża. Kiedyś była tu także rybacka wioska. Aż w 2004 roku przyszło tsunami i

zmiotło ją niemal całkowicie. Zmiotło także piknikowe ławki i stoły.

Mieliśmy tu postój na zjedzenie śniadania wliczonego w cenę imprezy i

przywiezionego w pudełkach.

12sriOLY295big.jpg


Teoretycznie czas postoju można

tu wykorzystać na kąpiel w oceanie. Ale tego dnia fala była wysoka i nikt

się nie odważył pływać. Służb ratowniczych tu nie ma!  Po pół godzinie

ruszyliśmy w dalszą drogę wyboistymi parkowymi drogami – już w kierunku

bramy. W parku Yala jest podobno największe na Sri Lance zagęszczenie

leopardów czyli lampartów. Niestety podczas mojej wizyty w parku nie udało

się zobaczyć nawet lamparciego ogona. Cóż, trzeba mieć szczęście! Opuszczając

park pomyślałem, że na oglądanie zwierząt to turyści powinni jeździć raczej

do Wschodniej Afryki.

12sriOLY296big.jpg


W Tissamaharamie rozwoziliśmy turystów do

ich miejsc zakwaterowania. Trwało to długo i ja w swoim hotelu byłem dopiero

około południa, marząc po wielogodzinnej jeździe w kurzu i upale o prysznicu

i odpoczynku.

Kliknij tutaj, by otworzyć w

osobnym oknie mapkę trasy mojej podróży przez Sri Lankę.


Kolejnego poranka pomaszerowałem z

plecakiem do rozjazdu przy zegarowej wieży, bo to tam jest przystanek

międzymiastowych autobusów. Wkrótce nadjechał taki właśnie czerwony leyland

z tablicą “Matara”. Zapłaciłem 140 rupii za 4-godzinną podróż wśród

zielonych ryżowych pól przetykanych palmami. W Hambantota

zobaczyłem ponownie ocean i całkiem pokaźny rybacki porcik osłonięty

falochronem. Ale autobus pożegnałem dopiero w miejscowości Dondra, gdzie w

centrum miejscowości, przy przelotowej szosie zwraca uwagę duża buddyjska

świątynia. Zmierzając do niej przekracza się kolejno dwie monumentalne

bramy:

12sriOLY318BIG.jpg


Na trawniku za pierwszą bramą świątyni

stał sobie słoń. Ale nie taki dziki słoń jakiego widziałem poprzedniego dnia

w narodowym parku, tylko oswojony i grubym łańcuchem przykuty do dwóch

wielkich drzew. Biedny słoń! Wyglądało na to, że rozkuwają go tylko wtedy,

gdy odpowiednio przybrany ma wystąpić w religijnych procesjach. Niby jeść

dają, a obok sika woda z rury – dla ochłody. Tylko co to za życie?

12sriOLY320BIG.jpg


Kobiety niosły do świątyni koszyk z ofiarnymi owocami. Zapytałem

szarmancko, czy mogę im zrobić zdjęcie.  -Oczywiście! 

Nie zapytały nawet po co mi to ich zdjęcie. Czy zobaczą je kiedykolwiek w internecie?

12sriOLY321BIG.jpg


Koszyki z owocami wędrowały przed ołtarz

w jednym budynku, gdzie wielki Budda czekał na stojąco, a kwiaty zostawiano przed posągiem śpiącego Buddy:

12sriOLY315BIG.jpg


Do Dondry przyjechałem jednak nie po to,

aby zobaczyć jeszcze jednego śpiącego Buddę, ale by dotrzeć na najbardziej

wysunięty na południe przylądek Sri Lanki, gdzie już przed kilkoma wiekami wybudowano z kamienia

50-metrową latarnię morską. Stoi sobie ona wśród malowniczych palm i wciąż

funkcjonuje! A strażnik nielegalnie (bez wydawania biletów) wpuszcza

turystów na górną galerię pobierając po 500 rupii od osoby (dolary i euro

też przyjmuje). Korupcji nie popieram, więc ograniczyłem się do zrobienia

zdjęć z zewnątrz.

12sriOLY322BIG.jpg


Stojąc na skałach przylądka zdałem sobie

sprawę z tego, że oto w ciągu kilku dni, korzystając z różnych środków

lokomocji przemierzyłem Sri Lankę od jej północnego krańca (Point Pedro) do

południowego…


Wybrzeże wokół jest skaliste, ale w

niewielkiej zatoczce, którą osłania przylądek ukryła się mała piaszczysta

plaża, z której korzystają  rybacy i miejscowe dzieciaki – warto o niej

pamiętać w upalny, tropikalny dzień:

12sri730big.jpg


Przy latarni spotkałem grupę europejskich

turystów z przewodnikiem. Był czas na wymianę doświadczeń. Od nich

dowiedziałem się, że kilka kilometrów w głąb lądu jest duża i ciekawa

świątynia VEHERENA.  Z centrum miasta kursuje w tamtą stronę autobus.

Pojechałem. z przystanku trzeba było przejść jeszcze około kilometra pieszo.

Przy wejściu na dziedziniec musiałem zostawić na stojaku obuwie. A dalej:

12sri735big.jpg


…dalej przyciągały uwagę ustawione

wokół dziedzińca dziesiątki bliźniaczych posągów Buddy.


Dopiero gdy stanąłem na środku dziedzińca

i odwróciłem się ku wejściu zauważyłem ukrytą pod dachem figurę Buddy o

wysokości – bagatela – czterech pięter. Jak widać przed Buddą zbudowano

uruchamiane i podświetlane nocą fontanny w kształcie rozwiniętych kwiatów

lotosu.  Ciekawostką jest, że świątynia ma także swoją część podziemną.

 

 


Jeszcze tego samego popołudnia udało mi

się przejechać autobusem z Dendry do nadmorskiego miasteczka Matara i nawet

jeszcze dalej – do wypoczynkowej miejscowości Mirissa. W przewodnikach

piszą, że plaża w Mirissie to najpiękniejsza plaża Sri Lanki. Chciałem

przekonać się na własne oczy. Popatrzcie – oto ona:

12sri750big.jpg


Plaża w Mirissie jest czysta, ale wąska,

szczególnie w porze przypływu. I bardzo skomercjalizowana! W wielu miejscach

podesty barów i restauracyjek wciskają się na piasek, dodatkowo

ograniczając przestrzeń przeznaczoną dla plażowiczów.


W Mirissie nie ma wielkich hoteli. Za to

200-metrowy pas terenu między przelotową szosą i plażą pocięty jest siecią

wąziutkich uliczek i naszpikowany małymi guesthousami i pensjonatami.

Miejscowość jest modna i w tej części osady trudno znaleźć nocleg w cenie

poniżej 3000 rupii. Na końcu ścieżki udało mi się w końcu znaleźć kwaterę na

piętrze prywatnego domu za 1500 (po targach i telefonie do właściciela) – szerokie łoże z moskitierą mogło pomieścić

nawet 3 osoby. Instytucja nazywa się Sethun House i ma sieć wi-fi.


Następnego poranka pojechałem autobusem

do Galle – najciekawszego miasta na południowym wybrzeżu Sri Lanki, a

niektórzy twierdzą nawet, że na całej Sri Lance. Ze względu na historię i

zachowane zabytki UNESCO umieściło Galle na liście światowego dziedzictwa.

12sri752big.jpg


Za pierścieniem murów obronnych

znajdziecie tu labirynt wąskich uliczek zabudowanych starymi domami, których

wiele przebudowano na sklepiki i pensjonaty. Uliczkami w upale snują się

turyści; hałaśliwi i źle wychowani Chińczycy i prostaccy Rosjanie. Nie

należy oczywiście uogólniać – może właśnie tego dnia miałem nieszczęście

takich spotkać?


W długim budynku z przyporami (to dawny

skład, czy też koszary) mieści się obecnie Muzeum Archeologii Morskiej:

12sri759big.jpg


Współczesna i udokumentowana historia Galle

rozpoczyna się w 1502 roku, gdy przybyli tu Portugalczycy. Zachowany do dziś

fort zbudowali jednak Holendrzy, którzy przejęli kolonię w 1640 roku.


Z okresu ich panowania pochodzi wiekszość

zachowanych budynków. Największym kościołem w obrębie murów Galle

jest kościół All Saints – Wszystkich Świętych:

12sri755BIG.jpg


Mnie osobiście bardziej podobał się

stojący nieopodal maleńki, ale bardzo zgrabny Dutch Reformed Church.

Przylega do niego publiczna biblioteka:

12sri761BIG.jpg


Stary, zbudowany z kamieni mur obronny

bronił dostępu do miasta także od strony morza:

12sri772big.jpg

 

 


Na wschodnim krańcu tego muru stoi biała

latarnia morska. Wciąż pełni swoją funkcję pokazywania drogi morskiej i

ostrzegania statków. U stóp muru obronnego w pobliżu latarni jest mała

plaża.

 

 

 

 

 

 

 

 


Teren przyległy do latarni to dzielnica

muzułmańska. Stoi tam duży, biały meczet, ale jego architektura przypomina

raczej dwuwieżowy kościół niż świątynię islamu. Różne w świecie widziałem

meczety, ale takiego – jeszcze nigdy. Popatrzcie sami na zdjęcie poniżej:

12sri771big.jpg


A tak wygląda meczet w Galle

fotografowany z bliska:

 

 


W pensjonatach starego miasta nie mogłem

znaleźć taniego noclegu. Żądano od 2500 rupii w górę, przy czym pokój za

2500 przytłaczał swoją ciasnotą i farbą schodzącą ze ścian. Postanowiłem

cofnąć się do rybackiej wioski Weligama, przez którą przejeżdżałem

zmierzając do Galle i która zaciekawiła mnie widokiem kolorowych rybackich

łodzi. Po przybyciu na miejsce przekonałem się, że była to dobra decyzja:

Plaza w Weligamie jest szeroka i wolna od turystów. A jej prawdziwą ozdobą

są liczne i pieknie zdobione rybackie łodzie: 

12sriOLY375big.jpg


To, że te łodzie maja boczne pływaki,

pozwalające im stabilnie utrzymywać się na fali to normalne. Ale zdumiał

mnie fakt, że ich kadłuby są tak wąskie. Przecież tu nawet dwóch ludzi nie

może usiąść obok siebie:

12sri781big.jpg

Na  plaży toczyło się zwykłe życie.

Rybacy naprawiali i składali sieci. Inni przygotowywali swoje stateczki do

wyjścia w ocean:

12sri782big.jpg


Musiałem znaleźć sobie miejsce na nocleg.

Hoteliki przy przelotowej szosie biegnącej wzdłuż wybrzeża były drogie i

hałaśliwie. Prawdziwym rajem dla budżetowego turysty okazał się Raja Guest

House, ukryty w wąziutkiej uliczce biegnącej od plaży w głąb lądu.  Za

pokój z łazienką i moskitierą zapłaciłem tylko 1000 rupii. Wi-fi w recepcji

działało!

 


Zostawiłem plecak i… ponownie wróciłem

na plażę. Rybacy właśnie wypychali jedną z łodzi w morze, walcząc z dość

wysoką falą:

12sri785big.jpg


Dopiero kiedy łódź znalazła sie na

głębszej wodzie zwróciłem uwagę na to, że ten prymitywny skądinąd stateczek

ma przyczepiony z tyłu nowoczesny motor yamaha. Na wąskim pokładzie

zmieściło się ich aż siedmiu i… popłynęli:

12sriOLY385BIG.jpg


Naprzeciwko plaży leży w morzu kilka

małych wysepek. Na najbliższej (zdjęcie obok) zbudowano podobno hotelik. Nie

udało mi się jednak ustalić, czy hotel funkcjonuje. Miejsce wyglądało raczej

na zamknięte i opuszczone. Mają dużo wody wokół… Tylko że do

funkcjonowania hotelu potrzebna jest słodka woda – i być może to jest ich

najpoważniejszy problem!

 


Gdy rano przyszedłem na nadbrzeżną ulicę

w pustych pod wieczór kramach zastałem to, co złowili nocą miejscowi rybacy.

Popatrzcie tylko:

12sriOLY402big.jpg


Czego tu nie było w tych kramach! Od

maleńkich krewetek do wielkich tuńczyków… Ryby różnej wielkości i

najróżniejszych kolorów… Praktykujący z konieczności skromną dietę B&B (bread

and bananas) pomyślałem, że bardzo by mi smakowała taka ryba usmażona na

petelni w moim guest house. Okazało sie jednak, ze tu, o krok od producenta

ryby są wciaż drogie: sprzedawcy żądali 800 rupii za kilogram. Żartowałem z

jednym z nich, że to drożej niż w Europie. -Idę na śniadanie, jak w tym

czasie sprzedasz chociaż kilo, to taką średnią rybę dostaniesz gratis! 

Zgodziłem się, a on poszedł zostawiając mnie pod czujnym okiem swoich

kolegów. Zachęcałem przechodniów jak umiałem, miałem na straganie nawet

małego rekinka (zdjęcie poniżej). Niestety, nikt nic nie kupił i musiałem

obejść się smakiem  🙂   

12sri44tablet.jpg


Potem odkryłem w ciasnej uliczce barwny

bazar, na którym (tylko rano) miejscowi oferują owoce, warzywa i kwiaty.

Były tu ananasy, bataty, jack-fruity i wiele, wiele innych produktów

ważonych na przedpotopowych szalkowych wagach. Ale jaki to wszystko miało

koloryt!

12sriOLY397BIG.jpg


I wyobraźcie sobie, ze w tym tłumie

płynącym od kramu do kramu byłem jedynym turystą. Ludzie uśmiechali się na

widok aparatu – jak ta “królowa bananów” na zdjęciu obok.


Przykładowe ceny z tego targu: banany i

papaje po 130 za kg, ananas duży 100 za sztukę, mały – 50.  Wielkie

jack-fruity były “rozbierane” na miejscu i ich cząstki pakowano do

plastykowych toreb, torba zawierająca 50 cząstek kosztowała 70 rupii.

 


Teraz, z perspektywy czasu mogę

powiedzieć, że w tej niewielkiej osadzie na wybrzeżu oglądałem najciekawszy

i najbardziej autentyczny folklor na Sri Lance. Nie zapomnijcie zatem

zajrzeć choć na dwa dni do Weligamy – tu jest wiele więcej do zobaczenia niż

na modnych plażach Mirissy!

12sriOLY398BIG.jpg

Z Weligamy

pociągiem, w wagonie trzeciej klasy za 130 rupii wróciłem do Colombo. Pociąg

był wprawdzie zatłoczony, ale dla mnie była to kolejna okazja do ciekawych

spotkań z tubylcami i obserwacji ich zachowań. Ten pan na zdjeciu obok to

miejscowy muzułmanin, który podróżował w tym samym przedziale.

Wkrótce

przyszło mi pożegnać Sri Lankę – rozpoczął sie kolejny etap podróży wokół

globu. Przez Malezję poleciałem do Sydney w Australii.

Ale o moich

przygodach na antypodach napiszę już w kolejnych częściach tej relacji. 

Trasa, którą

przemierzyłem lokalnymi środkami transportu podczas mojego drugiego pobytu

na Sri Lance zaznaczona jest na mapce obok grubą czerwoną linią. Pokonałem

całkiem spore dystanse zważywszy, ze wyspa ma 432 km z północy na południe i

224 kilometrów ze wschodu na zachód.

 

My hot

news from this expedition (in English) you can read in my travel log: 

www.globosapiens.net/travellog/wojtekd 

 

Notatki robione “na gorąco” na

trasie podróży (po angielsku) można przeczytać w moim 

dzienniku podróży w serwisie globosapiens.net