Wojtek Dabrowski – XII Pętla wokół globu część 1: Sri Lanka (12th0.htm)


I started

into the new year 2015 with a new, great voyage!  Many times I was asked

about the my favorite region of the world and the countries to which I would

like to return. The answer was always the same: the small islands of the

South Pacific. In 2015 I wanted to go back to these islands, which I did not know

yet, and the ones I have visited many years ago. It was not my intention to go to go back

from the Pacific Ocean along the same route – through Asia, and that is why

the expedition converted into the Twelfth Journey Around the World. Just

look at the map below:


Nowy rok 2015

rozpocząłem od nowej, wielkiej podróży.  Ile razy pytano mnie o ulubiony

region świata, o kraje do których chciałbym wrócić odpowiedź zawsze była

taka sama: małe wyspy Południowego Pacyfiku. W 2015 roku chciałem tam wrócić i dotrzeć

do tych wysp, których jeszcze nie znałem, a przy okazji zobaczyć jak

zmieniły się te, które

odwiedziłem już przed laty. Nie zamierzałem wracać z Pacyfiku tą samą trasą –

przez Azję i w ten sposób ekspedycja ta zmieniła się w Dwunastą Podróż Dookoła

Świata. Jej mapkę macie poniżej:

12rtwMAP760.jpg

My English-speaking readers are kindly requested to use Google translator to

read this web page

Optymalnym rozwiązaniem dla tak dalekiej podróży okazał się bilet lotniczy

kupiony według taryfy “dookoła 

świata” (RTW). Więcej o tych biletach napisałem na stronie o podróżach

wokół globu. Na razie monopol na

przeloty nad Południowym Pacyfikiem ma sojusz One World. Więc to był ich

bilet – w wariancie potrzebnym do pokonania 4 kontynentów. Kupiłem go w

bardzo profesjonalnej i pomocnej agencji DTL, która jest przedstawicielem na

Polskę linii LAN i TAM. A do Gdańska lata członek sojuszu One World – Air

Berlin. Ich małym samolotem poleciałem do Berlna, a dalej – samolotem Qatar Airways:

przez Dohę do największego miasta Sri Lanki – Colombo.

Pierwszy dłuższy postój zaplanowałem właśnie na Sri Lance. Polacy wciąż

jeszcze potrzebują wizę udając się do tego kraju. Ale tą wizę – w formie

elektronicznej można uzyskać dziś nie wychodząc z domu – wypełniając

formularz na internetowej stronie i płacąc 30 dolarów kartą kredytową.

Lotnisko w Colombo nie imponuje ani rozmiarami, ani architekturą, ani

poziomem obsługi. Odczekałem prawie godzinę zanim na taśmie zobaczyłem

plecak i w końcu wyjechałem bezpłatnym

wózkiem bagażowym przed terminal widoczny na zdjęciu obok. Po styczniowych chłodach Polski uderzyła we mnie

nagle duszna wilgoć tropiku. Uff…

Jak dostać się z lotniska do centrum miasta? Zagraniczny turysta nagabywany

jest przy wyjściu przez tłum taksówkarzy. Lepiej jest ich zignorować, a

przed terminalem skręcić w lewo i naprzeciwko parkingu odnaleźć taki autobus

jak na zdjęciu obok. Za cenę zbliżoną do ceny miejskiego autobusu, który

staje przy przelotowej ulicy o 150 m dalej to klimatyzowane cacko zawiezie

was do odległego o 29 km centrum Colombo.

W centrum

przesiadłem się na miejski autobus nr 100, jadący wzdłuż wybrzeża na południe – do

satelickiego miasteczka Mount Lavinia. Nie chciałem mieszkać w zatłoczonym i

hałaśliwym centrum. Mount Lavinia okazała się niewielką wczasową

miejscowością rozciągniętą wzdłuż przelotowej szosy. Przy tej szosie,

będącej jednocześnie główną ulicą

spotkacie hotele (zdjęcie poniżej), ale podobnie jak w Indiach nazwa “hotel”

nie oznacza wcale, że oferują tam miejsca noclegowe. Często jest to tylko

jadłodajnia.

12sri485big.jpg

Hoteliki i pensjonaty Mount Lavinia ukryte są w wąskich uliczkach między

przelotową szosą i plażą. Wybór jest duży, wiele z nich zarezerwować można np. przez booking.com. Ale ja znalazłem sobie przytulne miejsce, które

bardzo polecam: rodzinny pensjonat Lavinia Beach Hostel (nie pomylcie z

Colombo Beach Hostel, który jest nieopodal) Pokoik single z łazienką

kosztuje tu 1750 rupii, a double – 3900. Za jednego dolara dają około 130

rupii. Wliczone w cenę jest korzystanie z sieci wi-fi, a także poranna kawa

lub herbata. Jeżeli jadąc w interior macie zbyt dużo bagażu, to można tu go

zostawić na kilka dni – bez dodatkowych opłat. Duża butelka piwa z lodówki

kosztuje 250 rupii.

Lavinia Beach

Hostel stoi w ogrodzie pełnym kwiatów i świergocących ptaków.

Do morza

miałem jakieś 100 metrów. Aby dostać się

z mojego pensjonatu na plażę trzeba było przeciąć dwutorową linię kolejową Colombo – Galle. Kilkanaście razy dziennie kursują tędy mocno sfatygowane

pociągi, dające alternatywną możliwość dotarcia do centrum Colombo. Bilet

(sprawdzany przy wejściu na peron i przy wychodzeniu z peronu na końcu

podróży) kosztuje zaledwie 15 rupii. Standard

podróżowania nie jest jednak wysoki:

12sriOLY013.jpg

Piękna plaża w

Mount Lavinia kusi nie tylko białym piaskiem i czystą, ciepłą wodą, ale pozwala

także podziwiać  wspaniałe zachody słońca. Wzdłuż niej ciągnie się łańcuch

restauracyjek i wypożyczalni sprzętu.

12sri494.jpg

I choć podczas

mojego pobytu w styczniu nie było tam tłumów to powinniście być przygotowani

na to, że jest to miejscowość turystyczna ze wszystkimi tego statusu

konsekwencjami – będziecie nagabywani przez naganiaczy oferującymi

romantyczną (i odpowiednio drogą) kolację w restauracji, masaże, pamiątki itd. Trzeba

się nauczyć grzecznie i stanowczo odmawiać. Dla turystów przylatujących na Sri Lankę konkurencyjną dla Mount Lavinia pobytową miejscowością  jest

Hikkaduwa. Ma tą zaletę, że jest położona zaledwie kilka kilometrów od

międzynarodowego lotniska. Ale tamto miejsce jest jeszcze bardziej

turystyczne. Tak wyglądają plażowe restauracje w Mount Lavinia:

12sriOLY07.jpg

Najbardziej eleganckim i

najdroższym hotelem w Mount Lavinia jest stary, kolonialny Mount Lavinia

Hotel. Biały budynek wzniesiono w 1806 roku na cyplu

zamykającym plażę od południa, tuż obok stacyjki kolejowej Mount Lavinia.

Był rezydencją Sir Thomasa Maitlanda – brytyjskiego gubernatora Cejlonu, który zakochał się w

Portugalsko-Syngalezkiej tancerce o imieniu Lovinia. I od jej imienia nazwał

swoją rezydencję, nazwę przyjęło potem całe powstałe wokół niej miasteczko.

Sir Thomas nie mógł jawnie romansować z Lovinią, bo należała do najniższej

kasty. Spotykali się dzięki istnieniu podziemnego tunelu łączącego

rezydencję z domem, w którym mieszkała tancerka. Romans skończył się, gdy

gubernator podupadł na zdrowiu i po sześciu latach pobytu na Cejlonie wrócił

do Anglii. Nazwa została, a dawną rezydencję przebudowano na luksusowy hotel.

 

Jak widzicie

na zdjęciu doorman nosi tu jak sto lat temu korkowy hełm i białe

podkolanówki.

Ze skalistego

cypla, na którym zbudowano hotel otwiera się widok w kierunku północnym – na

plażę i wieżowce Colombo na horyzoncie:

12sri490big.jpg


Trzeba coś jeść! Każdego ranka uliczkami

przylegającymi do plaży krążył sprzedawca pieczywa. Cały towar trzymał w

oszklonej gablotce, zamontowanej na rowerowej rikszy. Za 70 rupii kupowałem

u niego 400-gramowy bochenek chleba. Po inne produkty musiałem wspiąć się na

główną ulicę. Tam można było kupić między innymi banany (160 rupii za

kilogram – drogo, jak na tropikalny kraj!) masło czy rybki w puszkach.


Kolejnego dnia zamierzałem odwiedzić

centrum Colombo. Pojechałem tam takim rozklekotanym autobusem za 50 rupii,

by zobaczyć, jak zmieniło się miasto w ciągu 20 lat – od mojego

poprzedniego pobytu.

 


Przybyło wieżowców. które czasem stoją

teraz obok buddyjskich stup:

12sri507big.jpg


Na południe od centrum miasta wzdłuż

wybrzeża wybudowano odcinek ładnej promenady. To miejsce nazywa się Galle

Face Green.  Przylegający do promenady trawiasty plac niegdyś był torem

wyścigów konnych, a dziś jest to miejsce

publicznych zgromadzeń – tuż przed moim przyjazdem odprawiał tam mszę papież

Franciszek. Na horyzoncie widać suwnice kontenerowego portu – przed laty ich

tam nie było.

12sri516big.jpg

Najbardziej reprezentacyjną budowlą

Colombo jest – jak mi się wydaje – dawny budynek parlamentu, mieszczący obecnie jakieś instytucje

rządowe i nazywany Sekretariatem (na zdjęciu poniżej). Często zapominamy, że

oficjalnie Colombo nie jest już stolicą Sri Lanki. Nowa stolica,

Sri Jayawardenepura Kotte z nowym 

budynkiem parlamentu funkcjonuje na przedmieściach Colombo.

Nazwę tej nowej stolicy nie jest łatwo zapamiętać!

12sriOLY45big.jpg

 


Colombo trudno nazwać pięknym miastem.

Ale można je na pewno nazwać miastem ciekawym. Te ciekawostki ja znajdowałem

przede wszystkim w wąskich ulicach najstarszej części miasta. To tam toczy

się barwne życie azjatyckiej metropolii, z mobilnych kramów sprzedaje się

świeże kokosy. warzywa, kwiaty i… chińską tandetę.


W płynącym ulicami tłumie wyróżniają się

jaskrawopomarańczowe szaty buddyjskich mnichów. Według oficjalnych statystyk

aż 70 procent ludności Sri Lanki to wyznawcy buddyzmu.

 

 


A pomiędzy grupami pieszych nawet w

najwęższych uliczkach przeciskają się hałaśliwe trójkołowe motocyklowe

riksze – tzw. tuk-tuki. Za krótki kurs biorą 100 rupii, ale od cudzoziemca

często próbują wyciągnąć więcej.

 

 

 

 


Samotna wędrówka przez miasto pozwala

zajrzeć do różnych zakamarków w których toczy się normalne życie. Zaglądałem

więc często do wnętrz warsztatów rzemieślniczych, gdzie mogłem nie poganiany

przez nikogo posiedzieć, popatrzeć jak spod rąk tych prostych ludzi wychodzą

przedmioty, które można chyba nazwać artystycznymi. Tutaj na przykład

pracują snycerze:

12sriOLY062.jpg

 


W domino można grać siedząc na chodniku

przed domem…

 

 

 


Przybywając do największego miasta Sri

Lanki raz jeszcze – po 20 latach mogłem stwierdzić, że kolonialna twarz Colombo

powoli ulega zatarciu. Stylowe budynki z czasów brytyjskich skupione w kilku

ulicach w okolicy starego portu są po kolei wyburzane, a na ich miejscu

wyrastają wysokie, nowoczesne budowle z betonu i szkła. Może po prostu

znalazły się w takim stanie, że nie warto ich konserwować? Popatrzcie na tą

uliczkę na zdjęciu poniżej. To handlowa ulica na Slave Island pamiętająca czasy kolonialne.

Ma swój nastrój. Ale na dachy, w rynny i na balkony wdarła się już

tropikalna roślinność. Nikt nie dba o tą zabudowę. Niedługo będzie za późno,

by ją ratować:

12sri511big.jpg


Jak każdy turysta chciałem oczywiście

sfotografować najciekawsze obiekty architektury sakralnej. Najstarszym zabytkiem Colombo wydaje się

być budynek Holenderskiego Kościoła Reformowanego (Dutch Reformed Church)

wzniesiony w 1642 roku:

12sri531big.jpg


Znakomita większość mieszkańców Colombo

to Syngalezi wyznający buddyzm. Buddyjskich szkół i świątyń jest tutaj

wiele. Jedną z nich znalazłem w centrum miasta, obok budynku starej poczty:

12sri523big.jpg


Maszerując z centrum w kierunku północnym

mijałem schowany w bocznej uliczce meczet (zdjęcie obok) i kolorową

świątynię hinduistyczną. Islam pojawił się na wyspie razem z arabskimi

kupcami. Żenili się z miejscowymi pięknymi kobietami osiedlali się na

Cejlonie. Dziś muzułmanie stanowią około 10% społeczeństwa.

 

 

 

 

 

 


Najważniejszą świątynią katolicką w

Colombo jest katedra Św. Łucji, kopulasta wieża ukryła się na tym zdjęciu za

wysoką fasadą:

12sri534.jpg


Ale spośród kościołów tego miasta

najbardziej podobał mi się anglikański kościół Christ Church stojący w małym

parku wśród ukwieconych drzew:

12sriOLY031BIG.jpg


Na Sri Lance zamierzałem tym razem odwiedzić

przede wszystkim północną prowincję Jaffna, która podczas mojej pierwszej

wizyty w tym kraju w 1995 roku była niedostępna ze względu na toczące się tam walki. Na

początek jednak trzeba było dostać się na główny dworzec w Colombo.  Na

stację Mount Lavinia z mojego hostelu pomaszerowałem pieszo, najkrótszą

drogą czyli ścieżką prowadzącą  wzdłuż torów. W wilgotnym upale liczy

się każdy zaoszczędzony kilometr!


Przy dworcowej kasie (zdjęcie po lewej)

nie było kolejki. Kupiłem bilet za 15 rupii. A kiedy będzie pociąg?


Rozkłady jazdy wywieszone są w gablotce,

ale najpewniejszy jest ten, który pokazuje tylko najbliższy pociąg w danym

kierunku. Godzina wpisywana jest kredą na czarnym polu przez pana zawiadowcę

i stosownie do sytuacji łatwo korygowana. 4/50 należy odczytywać jako 16.50.

Pociąg do Colombo przyjechał (i odjechał) dziesięć minut przed czasem, co

zdaje się nikogo poza mną nie zdziwiło. Po około 25 minutach wjechaliśmy na

stację Colombo Fort…


     

 

On Sri Lanka I wanted to

visit Jaffna province in the north of the island, which was closed during my first visit to Ceylon due

to the civil war. Two or three trains are departing each day to Jaffna from

colonial Colombo Fort station:

12sri524.jpg


Stacja Colombo – Fort (zdjęcie powyżej)

jest niewielka i pamięta czasy kolonialne. Za widoczną na zdjęciu niepozorną fasadą (na lewym

jej krańcu jest pomieszczenie, gdzie odbywa się przedsprzedaż biletów)  kryje

się całkiem spora wiata z kilkoma peronami (zdjęcie poniżej). Porządku na

peronach pilnuje policja w mundurach khaki. Panie policjantki – jak sami

widzicie na zdjęciu obok – nie są niestety zbyt seksowne   🙂

12sri543bigA.jpg


O bilet na pociąg do Jaffny nie musiałem

się martwić – wykupiłem go w biurze przedsprzedaży na stacji Fort zaraz po

przyjeździe do Colombo (w okolicach dworca zmieniałem wtedy autobus lotniskowy na

miejski i aż się prosiło, aby wykorzystać tę szansę). Miejsce w drugiej

klasie kosztowało tylko 800 rupii. Gdy podstawiali pociąg na peronie był już

spory tłum, ale nie było sensu się pchać – miałem przecież zarezerwowane

miejsce! Dochodziło południe, gdy wyruszyliśmy w

7-godzinną kolejową podróż. Za otwartym oknem przewijały się krajobrazy

wielkiej wyspy: ryżowe pola, palmowe gaje, zielone wzgórza:

12sri543big.jpg


Na mapce obok zaznaczono główne

turystyczne atrakcje Sri Lanki. Zdominowana przez Tamilów prowincja Jaffna

zajmuje północny kraniec wielkiej wyspy. Z Colombo na południowo-zachodnim

wybrzeżu (gdzie samolot symbolizuje jedyne międzynarodowe lotnisko Sri

Lanki) do Jaffny jest szmat drogi. Przez wiele lat można tam było dojechać

tylko autobusem. Miałem szczęście – zaledwie na kilka miesięcy przed moim

przyjazdem zakończono prace przy odbudowie ostatniego odcinka linii

kolejowej prowadzącej na północ i mogłem skorzystać z podróży pociągiem,

która daje znacznie większy komfort i w dodatku wcale nie jest droga.


Na północnym krańcu wyspy zaznaczona jest

niewielka miejscowość Point Pedro, tam właśnie jest przylądek wyznaczający

najbardziej wysunięty na północ punkt Sri Lanki. Tam również udało mi się

dotrzeć, o czym piszę na końcu tej strony.


Natomiast na samym południu wyspy

narysowano latarnię morską wyznaczającą południowy kraniec Sri Lanki – to

Dendra, do której również dotarłem nieco później. Napisałem o tym miejscu w

drugiej części relacji z tej podróży.


Odległość 400 kilometrów pociąg pokonuje

w 7 godzin. Południowy odcinek szlaku kolejowego nie jest w najlepszym

stanie – wagonem podczas jazdy nieźle rzuca. Paradoksalnie o wiele lepsze

tory mają na północy – tam, gdzie trwała wojna domowa. Zniszczone podczas

walk tory i stacje zbudowano w wielu przypadkach od podstaw. Bałem się kupować jedzenie

roznoszone w pociągu w koszykach. Na lunch tego dnia miałem chleb

posmarowany… polską czekoladą, która w wysokiej temperaturze zamieniła się w

miękką masę.


Miasto Jaffna leży na półwyspie,

połączonym z resztą Sri Lanki długą i wąską groblą, nazywaną Elephant Pass.

Przebiega po niej tor i szosa – macie ją na zdjęciu obok.


Dworzec kolejowy w Dżafnie przyciąga

wzrok świeżą, białą farbą. Przez większą część dnia jest tu pusto i cicho.

Bo stoi on prawie na krańcu kolejowej linii:

12sriOLY86big.jpg


Do zarezerwowanego przez booking.com

niepozornego

hoteliku

Treatooo Jaffna przy Kandy Road 41 (zdjęcie obok) miałem ze stacji 20

minut pieszo. Mało kto wie o istnieniu tej malej instytucji – dobrym punktem

orientacyjnym jest stojący obok, znacznie droższy Bastian Hotel. Za pokój z łazienką i klimatyzacją płaciłem

w Treatoo równowartość 23

dolarów, a dyrektor był tak zadowolony z wizyty cudzoziemca, że dołożył mi

do tego gratisowe skromne śniadanie. Sieć wi-fi nawet działała, ale trzeba

było przyjść z komputerem do recepcji, wokół której o każdej porze dnia i

nocy atakowały mnie moskity.

12sriOLY88big.jpg

Najbardziej ruchliwa część Dżafny to bazar, skupiony wokół tej starej

murowanej hali pokazanej na zdjęciu powyżej. W jego kramach handluje się

warzywami, owocami i inną żywnością. Ale są tutaj także małe zakłady

usługowe krawców, szewców czy fryzjerów. Kobiety paradują zazwyczaj w

hinduskich sari:

12sriOLY89big.jpg

W stoiskach znaleźć także można sterty świeżej prasy, przyciśniętej

prozaicznymi cegłami:

12sriOLY90big.jpg

Stoiska z prasą i książkami nie są dla nas przejawami egzotyki, choć w

Europie rzadko spotyka się takie widoki. Ale cuchnący z daleka sklep z

suszonymi rybami w którym pod sufitem zawieszone są na hakach niemal metrowe

okazy – to już było coś:

12sriOLY188BIG.jpg

Chrześcijanie są w Jaffnie drugą najliczniejszą grupą wyznaniową po

wyznawcach hinduizmu. W stolicy prowincji jest kilka całkiem ładnych

katolickich kościołów. Po lewej mamy kościół Saint James (Św. Jakuba) w którym trafiłem

na ślub (osobliwie wyglądały miejscowe katoliczki ubrane w tradycyjne,

barwne sari – takie stroje widziałem wcześniej tylko w hinduistycznych

świątyniach). Poniżej kościół St John the Baptist’s ( Św. Jana Chrzciciela) na Hospital Road. Mijałem go

codziennie maszerując z mojego hoteliku w kierunku centrum.

12sriOLY87BIG.jpg

Clock tower – wieża zegarowa w centrum miasta przypomina swoją architekturą raczej muzułmański meczet.

Kolonialna historia Dżafny rozpoczęła się w 1621 roku, gdy Portugalczycy

założyli tu stolicę swoich posiadłości. Zbudowali duży fort. W 37 lat

później miasto i twierdzę zdobyli Holendrzy i utrzymali je do roku

1796, gdy z kolei przejęli je Brytyjczycy. Od uzyskania niepodległości przez Ceylon

w 1948 roku Dżafna stała się widownią tarć między Tamilami i Syngalezami,

które doprowadziły w końcu do wybuchu walk i przerodziły się w wojnę domową. Zakończyła się

ona dopiero w 2009 roku. Przez kilka następnych lat władze Sri Lanki

wymagały od cudzoziemców specjalnych zezwoleń na podróż do Jaffny, ale to

już przeszłość…

 

 


Fort, który podczas walk przechodził z

rąk do rąk i doznał zniszczeń. Dziś jest odbudowywany i udostępniony do

zwiedzania. Moim zdaniem twierdza póki co znacznie efektowniej wygląda z

zewnątrz niż w środku, za murami. Oto zdjęcie bastionów fortu zrobione z

drugiej strony fosy:    

12sriOLY182big.jpg


W Jaffnie nie ma żadnego biura informacji

turystycznej, trudno dostać jakakolwiek mapę miasta, ja korzystałem z mapki

pochodzącej ze starego wydania przewodnika Lonely Planet. Szukając w centrum

miasta ciekawostek turystycznych natknąłem sie na dziwną betonową kolumnę.

To podobno SJV Selvanayakum Monument – pomnik wzniesiony ku czci założyciela

Tamil Federal Party.

 

 

 


Jednym z ładniejszych budynków miasta

jest na pewno biały gmach biblioteki – Jaffna Public Library, którego budowę

rozpoczęto w 1933 roku (zdjęcie poniżej). W gmachu przechowują historyczne

dokumenty związane z historią Dżafny.

12sriOLY178BIG.jpg


Świątyń

hinduistycznych, uczęszczanych przez Tamilów jest w mieście  kilka.

Nazywają je tutaj kovilami. Przynajmniej trzy spośród nich

zasługują na uwagę. Perumal Kovil (na zdjęciu poniżej) wyróżnia się

wyjątkowo bogatą dekoracją rzeźbiarską głównej wieży. Świątynia jest nieco

odsunięta od głównej ulicy:

12sriOLY197BIG.jpg

Przy jednej z głównych ulic (KKS – Kankesanturai Rd) stoi znacznie mniejszy,

ale równie pięknie dekorowany Vaitheeswara Kovil. Z tej samej ulicy wchodzi

się przez niepozorna furtke do miejscowego meczetu, ale gdy tam dotarłem

wszystko było na głucho zamknięte. Podobno nieliczni muzułmanie wyjechali

podczas wojny domowej. Vaitheeswara Kovil :

12sriOLY194BIG.jpg

Prowincja Jaffna zamieszkana jest w większości przez Tamilów wyznających

hinduizm. Ten fakt i zdominowanie miejscowej administracji przez Syngalezów

z południa stały się przyczyną wieloletniej wojny domowej. Dumą i chwałą

Jaffny jest hinduistyczna świątynia
Nallur Kandaswamy Kovil.
Kiedy do niej

dotarłem słońce chyliło się ku zachodowi wspaniale złocąc główną bramę – gopurę (zdjęcie poniżej). Ale przejście do wnętrza w tej gopurze było na

stałe zamknięte. Okazało się, że do świątyni wchodzi się z boku.

12sri603BIG.jpg

Tu, przed widocznym na zdjęciu poniżej płotkiem musiałem zostawić moje sandały, aby móc wejść

do środka. To normalne w kościołach wielu orientalnych wyznań. Ale jakież

było moje zdumienie, gdy okazało się, że oprócz butów muszę także zdjąć…

koszulę. Czegoś takiego jeszcze nie doświadczyłem, jak świat długi i

szeroki!  No trudno – złożona koszula zmieściła się w torbie… Szkoda,

że ten niezwykły nakaz stosuje się tylko do mężczyzn. Właściwie można to

traktować jako dyskryminację. Protestuję! 🙂

12sri593big.jpg

Już od wejścia z użyciem teleobiektywu udało mi się “zajrzeć” do wnętrza

świątyni. Na wprost od wejścia był widoczny pozłacany portal wprowadzający

do sanktuarium. Tylko kapłanom wolno tam wchodzić. Wierni zatrzymują się

przed widoczną na zdjęciu barierką i przekazują ofiary półnagim kapłanom. Ci

zanoszą je do wnętrza.

12sri596big.jpg

Fotografowanie i filmowanie we wnętrzu świątyni jest z niewiadomych mi

powodów surowo zabronione. Ale gdy się tam znalazłem krużganki budowli były niemal puste i udało mi się

dzięki temu zrobić kilka zdjęć,  które można chyba uznać za unikalne.

Na środku prostokątnego dziedzińca zbudowano u basen do rytualnych kąpieli.

Przegląda się w nim kolumnada krużganków:

12sriOLY153BIG.jpg

Kroniki mówią, że budowę pierwszej świątyni na tym miejscu rozpoczęto w 948

roku. Obecna postać świątyni pochodzi podobno w roku 1749.

Kolumnady krużganków są bardzo ozdobne i malowane na złoty kolor. Każda z

kolumn to osobne dzieło rzeźbiarskiej sztuki:

12sriOLY150BIG.jpg

W narożnikach dziedzińca umieszczono kaplice, a na ścianach w krużgankach 

można podziwiać freski o tematyce religijnej:

12sriOLY151big.jpg

 

 

 

 

Drugiego dnia pobytu na północy kraju wybrałem się rozklekotanym publicznym

autobusem (na zdjęciu obok) do miasteczka Point Pedro – najbardziej

wysuniętej na północ miejscowości Sri Lanki. Taka przejażdżka to atrakcja

sama w sobie – jechałem jako jedyny turysta wśród pasażerów. Konduktor

wypisywał bilety (75 rupii w każdą stronę) przez kalkę na małych świstkach papieru, a silnik rzęził

nawet na małych obrotach.


Zanim wyjechaliśmy z Dżafny udało mi się

sfotografować na wylotowej ulicy pomalowany złotą farbą pomnik miejscowego

króla Sangli uwięzionego w 1620 roku przez Portugalczyków:

12sriOLY146BIG.jpg

Autobus kluczył podrzędnymi drogami odwiedzając wiele wiosek. Droga biegła

po groblach wśród jezior i mokradeł, ponad którymi szybowały stada wodnego

ptactwa. W oddali majaczyły pióropusze palm.

Od strony wschodniej do miasteczka (Point Pedro jest drugim co do wielkości

miastem Dżafny, mieszka tu dziś około 31 tysięcy ludzi) wjeżdża się przez

kamienną Bramę Celną, wzniesioną jeszcze w czasach gdy kraj okupowany był

przez Holendrów.

W bramie celnej pobierano myto za towary wyładowywane na wybrzeżu i wiezione

do wnętrza Sri Lanki. Zachowały się dwa rzędy kamiennych filarów.

 

W Point Pedro jest kilka tamilskich świątyń różnej wielkości. Najbardziej

efektowna stoi przy drodze z przystanku autobusowego ku plaży:

12sri590BIG.jpg

Centrum miasteczka odsunięte jest od morza na około kilometr Kierując się ku

oceanowi spotkałem na drodze grupę uczniów na rowerach powracających ze

szkoły. Kraj jest ubogi, ale szkolne dzieci noszą jednolite stroje. Może by

tak i u nas?

12sriOLY141BIG.jpg


I mimo że to na Sri Lance point Pedro jest miejscem

gdzie przysłowiowy diabeł mówi dobranoc sklepy

są dobrze zaopatrzone: zarówno w miejscowe banany jak i importowane jabłka i

przywiezione z daleka chipsy.

12sriOLY139big.jpg

Na brzegu morza zastałem wiele wyciągniętych na piasek łodzi rybackich i

stojące od czasów portugalskich krzyże. To w kraju, gdzie dominują wyznawcy

hinduizmu i buddyzmu widok niezwykły:

12sri557big.jpg

Plaże osłonięte są pasmami koralowych skał. Tworzą one jak gdyby naturalne

falochrony, za którymi łodzie znajdują schronienie przed wysoką falą. Wśród

tych skał rybacy bez trudu znajdują wyjście na ocean:

12sri570big.jpg

Współczesna łodzie wykonane są w większości z tworzyw. Ale nie zawsze tak to

było. Na tej samej plaży zobaczyć można resztki łodzi wykonanych z grubych

drewnianych bali. Na pewno były to solidne jednostki, ale ze zdumieniem

stwierdziłem, że nie posiadały burt. Przypominały raczej tratwy:

12sri586big.jpg

Tych nowych łodzi widziałem na plaży w Point Pedro na pewno ponad sto. W środku dnia na plaży było

pusto. Skwar wypłoszył ludzi. Ale i bez nich był to bardzo malowniczy

zakątek:

12sri571big.jpg

Złowione nad ranem ryby były już wypatroszone i pokrojone i suszyły się w

słońcu, rozłożone na płachcie.

 


Idąc na wschód wzdłuż szpaleru

malowniczych palm doszedłem w końcu do miejsca, gdzie w cieniu pracowało

kilku miejscowych:

12sri572big.jpg

Okazało się, że naprawiają sieci. Scenka wzięta z codziennego życia prosiła

sie o fotkę. Na szczęście nie

mieli nic przeciwko temu, aby ich fotografować i filmować. Turystów widuje

się tutaj niezmiernie rzadko:

12sriOLY116BIG.jpg

Wąski pasek asfaltu (z dziurami) służy i pojazdom i pieszym i wałęsającym

się kozom.

Prowadzi wzdłuż plaży w kierunku przylądka, a którym zbudowano kiedyś

latarnię morską. Dziś latarnia, mająca 31 m wysokości już nie funkcjonuje, bo zastąpiła ją

ustawiona obok radiolatarnia. Szpeci ona niestety krajobraz. Obie latarnie –

stara i nowa stoją na terenie małej bazy marynarki wojennej, zajmującej

przylądek. Na zdjęciu poniżej widać także należący do bazy porcik. Był

zupełnie pusty. Oficjalnie obiektów bazy fotografować nie wolno. Ale kto tam

będzie pilnować samotnego cudzoziemca, który wałęsa się w tym zwalającym z

nóg upale?  🙂

12sri578big.jpg

Fragment oceanu, który widać z plaży w Point Pedro to

Palk Straits – cieśnina oddzielająca Sri Lankę od Indii. Jest ona zbyt płytka dla

normalnych handlowych statków. W dodatku po zachodniej stronie przegradza ją

pas raf i skalistych wysepek nazywany Mostem Adama. Według hinduskiej

mitologii Most Adama został zbudowany przez legendarnego księcia Ramę, by

uratować jego małżonkę Sitę przed ścigającym ją Ravaną. Z tego powodu

projekty budowy kanału przecinającego “most” upadają. I dlatego w drodze z Dalekiego Wschodu do Kanału

Sueskiego statki muszą okrążać Sri Lankę nadkładając jakieś 650 km.


Tam, gdzie na wschód od latarni morskiej

Point Pedro znikają w końcu wyciągnięte na piasek rybackie łodzie urządzono

publiczną plażę, z placykiem zabaw dla dzieci. Z daleka można rozpoznać to

miejsce po dwóch samotnych palmach:

12sri580big.jpg

W wielu miejscach straszą tu ruiny budowli wzniesionych w czasach

kolonialnych. Były solidniejsze od tych, w których mieszka dzisiejsza

ludność Point Pedro. Można przypuszczać, że ich właściciele uciekli stąd,

gdy rozpoczęła się wojna domowa. Czy kiedykolwiek wrócą?


Na wschód od Point Pedro ciągnie się

20-milowy obszar piaszczystych diun. Najwyższe z nich mają blisko 100 metrów

wysokości. widać je na horyzoncie na zdjęciu poniżej. Eksploracja tego

obszaru jest jednak utrudniona, bo zorganizowana baza turystyczna tu nie

istnieje. A wyprawiając tam na własną rękę trzeba taszczyć ze sobą całą

aprowizację, a przede wszystkim zapas wody.

12sriOLY125big.jpg

Wracając wzdłuż plaży do centrum osady mijałem prymitywne, kryte strzechą

chaty rybaków. Przed jedną z nich bawiły się dzieci. Zażartowałem, a potem

wyciągnąłem aparat. Nagle otworzyła się bramka zagrody i ukazał się w niej

zwabiony naszym śmiechem ojciec rodziny. Co pan tu robi?  -Po co panu te

zdjęcia? – był zaskoczony i wyraźnie nieufny…

12sriOLY133BIG.jpg

Ale lody nieufności szybko stopniały. Gdy przed płotem pojawiła się jego

żona z najmłodszą pociechą mogłem tą sympatyczną parę spokojnie

sfotografować:

12sriOLY136BIG.jpg

A potem sprytny średni chłopak zrobił mi pamiątkowe zdjęcie z rybakiem i

jego najstarszym synem. Rozstawaliśmy się w atmosferze “przyjaźni i

wzajemnego zrozumienia”. Mam nadzieję, że podobnie jak ja wspominają nasze

spotkanie z sympatią:

12sriOLY135BIG.jpg

Pod wieczór wróciłem rozklekotanym i zatłoczonym busem do Jaffny, a

następnego dnia odjechałem pociągiem do Anuradhapury, by kontynuować podróż

w kierunku gór Sri Lanki i południowego wybrzeża wyspy. Ale o tym napiszę

już na kolejnej stronie  relacji z Dwunastej Podróży Dookoła Świata.

 

My hot

news from this expedition (in English) you can read in my travel log: 

www.globosapiens.net/travellog/wojtekd 

 

Notatki robione “na gorąco” na

trasie podróży (po angielsku) można przeczytać w moim 

dzienniku podróży w serwisie globosapiens.net